
Mała czarna
Nazajutrz po śniadaniu Bona oznajmiła, że jedziemy.
Nie zapytałem dokąd. Po kilku miesiącach służby na królewskim dworze nauczyłem się, że istnieją pytania, które człowiek zadaje wyłącznie po to, żeby później żałować, że poznał odpowiedź. Zapytałem więc tylko, o której mam być gotowy.
– Za godzinę.
– Daleko?
– Do Olbrachta.
Zatrzymałem się w pół kroku i spojrzałem na nią zdziwionym wzrokiem szczeniaka, z nadzieją, że się przesłyszałem.
– Gasztołda?
– A znasz innego Olbrachta, który kazał twojemu królowi pocałować się w dupę?
Argument był przekonujący.
– A król?
– Stary zostaje.
– Wie, że królowa wyjeżdża?
Bona spojrzała na mnie tak, jak patrzy się na człowieka, który właśnie zadał idiotyczne pytanie, całkowicie pozbawione sensu.
– Wie, że załatwiam Podlasie.
– To niezupełnie to samo.
– Skryba…
– Już milczę i zamieniam się w nic niesłyszącego buddę.
Na dworzec kolejki Wileńsko-Wiedeńskiej dotarliśmy kilka minut przed odjazdem pociągu Jagiełło. Bona szła pierwsza, ja za nią z walizami, torbą, dokumentami i rosnącym przekonaniem, że w hierarchii dworskiej zajmuję miejsce gdzieś pomiędzy sekretarzem królowej a tragarzem bagażowym. Było to zresztą celne spostrzeżenie, bo za nami człapał prawdziwy bagażowy z resztą kufrów mieszczących wyprawkę królowej na jednodniowy pobyt w Wilnie.
W kasie siedziała nadęta damesa, która nożem czyściła paznokcie. Odchrząknąłem i dworsko zaordynowałem, co następuje.
– Dwa do Wilna.
Panienka z okienka spojrzała na mnie, potem na Bonę.
– Dla szanownej pani ulgowy, pani Broniu?
Bona uniosła brew.
– Oczywiście, co za pytanie.
– Jaka ulga tym razem?
– Królewska.
Panienkę lekko przytkało, ale szybko doszła do siebie. Przewertowała jakiś zeszyt. Potem drugi. Wreszcie wyciągnęła spod lady grubą księgę, w której najwyraźniej zapisano wszystkie ulgi przysługujące mieszkańcom Rzeczypospolitej od początku panowania Piastów.
– Jest – oznajmiła.
– Jest?!
– Królowa, małżonka króla, wdowa po królu, królowa matka, infantka oraz osoba posiadająca ważne zaświadczenie o czasowym sprawowaniu władzy. Sto procent… ulgi.
Odetchnąłem pełną piersią, aż szyba zaparowała w okienku.
– Dwa poproszę.
– A dla pana?
– Też ulgowy.
– Z jakiego tytułu?
– Jadę z królową.
– To nie podstawa do ulgowego biletu. Zaraz cały pociąg, wszystkie kiziory z Krakowa, chciałyby ulgowy, bo jadą z królową.
– Jestem Skrybą.
– A to jakaś choroba?
– Pisarzem.
– Tym bardziej trzeba płacić.
– Mam sześćdziesiąt trzy lata.
Panienka przyjrzała mi się uważniej.
– Nie dałabym panu.
Poczułem do niej nagłą sympatię.
– Dziękuję. Nawet bym nie próbował proponować.
– Pełna stawka. Trzydzieści groszy polskich.
Sympatia minęła.
– Królowa jedzie za darmo, a ja płacę całość?
– Ma ulgę.
– Ja też powinienem mieć. Chociażby za zasługi dla kultury narodowej.
Panienka zaczęła czegoś szukać w tabeli. Przez chwilę miałem nadzieję.
– Skryba nie ma.
– A gdybym był poetą?
– Siedemdziesiąt pięć procent.
– Powstańcem?
– Zależy którym.
– Posłem?
– Niech pan mnie nie prowokuje. Te darmozjady powinny płacić dwieście procent.
Bona odsunęła się od kasy.
– Skryba, kupuj ten bilet i nie nadziwiaj.
– Wasza Królewska Mość, tu chodzi o zasadę.
– Pociąg odjeżdża za siedem minut.
Panienka popatrzyła na mnie spokojnie.
– Normalny czy zostaje pan na dworcu?
Zapłaciłem.
Pełną stawkę.
Królowa Polski ruszyła na peron z biletem ulgowym, a ja za nią z biletem normalnym, walizką, torbą i poczuciem, że monarchia jest ustrojem głęboko niesprawiedliwym, ale póki co lepszej nie wymyślono.
– Nie dąsaj się – powiedziała Bona.
– Nie dąsam się.
– Dąsasz.
– Pani jedzie za darmo.
– Jestem królową.
– A ja dźwigam pani walizkę.
– Dlatego jedziesz ze mną.
– Za pełną cenę.
– Skrybo… uśmiechnij się i ciesz się wiatrem we włosach.
Z okienka dobiegł jeszcze głos:
– Proszę zachować bilet do kontroli!
Odwróciłem się.
– Zachowam go do śmierci! Jędzo – dodałem już szeptem.
Bona złapała mnie pod rękę.
– Chodź, zanim dostaniesz zakaz podróżowania polską koleją królewską.
Wsiedliśmy.
Ledwie zdążyliśmy zająć miejsca, kiedy w drzwiach przedziału pojawił się konduktor.
– Bileciki do kontroli…
Spojrzał na Bonę i natychmiast się rozpromienił.
– Pani Bronia! Kopę lat!
– Pan Władysław! Jak miło pana widzieć.
Wziął jej bilet i zmarszczył brwi.
– Wilno? A nie Włochy pod Warszawą?
– Tym razem nie.
– Szkoda. Bo ja tam wysiadam.
Oddał jej bilet z uśmiechem, po czym spojrzał na mnie. Uśmiech zniknął.
– Bilet.
Podałem.
– Normalny. Dobrze.
– Dla kogo dobrze?
Nie odpowiedział. Spojrzał za to na walizy.
– Nadbagaż.
– To królowej!
– Pan niósł. Widziałem.
– Bo jestem dżentelmenem.
– Kolej nie przewiduje ulgi dżentelmeńskiej. Dziesięć groszy.
Bona nagle bardzo zainteresowała się krajobrazem za oknem.
– Panie Władysławie…
– Pan niósł, pan płaci.
Zapłaciłem.
Pan Władysław schował pieniądze i natychmiast złagodniał.
– Spokojnej podróży, pani Broniu.
– Dziękuję, panie Władziu.
Mnie pożegnał skinieniem głowy i wyszedł.
– Bardzo miły człowiek – powiedziała Bona.
– Niezwykle.
Na tym skończyliśmy rozmowę. Bona wyciągnęła dokumenty Gasztołda i po kilku minutach zniknęła za papierami. Ja próbowałem zainteresować się krajobrazem, ale pola, lasy i stukot kół szybko zrobiły swoje. Przymknąłem oczy tylko na chwilę.
Kiedy je otworzyłem, Wilno było już blisko.
Na zamku rozlokowano nas bez zbędnych ceremonii. Bona dostała apartament odpowiadający godności królowej, mnie zaś przydzielono komnatę odpowiadającą, jak sądzę, pozycji Skryby w strukturze państwa. Miała rozmiary schowka na szczotki, jedno małe okno, kamienne ściany i pachniała wilgocią, której historia mogła sięgać czasów Giedymina.
Nie narzekałem. Była jedynką.
Po wawelskich doświadczeniach, kiedy zdarzało mi się dzielić komnatę z trzema innymi nieszczęśnikami śpiącymi na piętrowych pryczach, samotność stanowiła luksus, przy którym wilgoć można było uznać za element wystroju.
Kolacja była przewidziana dla Olbrachta Gasztołda i jego gościa, królowej Bony. Skryba znajdował się poza protokołem, menu i zainteresowaniem kuchni zamkowej. Zjadłem więc kawałek suchara, popiłem wodą i uznałem, że człowiek kultury powinien umieć cierpieć za ojczyznę. Zwłaszcza jeżeli ojczyzna akurat jadła kolację bez niego.
O umówionej porze stanąłem przed drzwiami komnaty Bony. Czekałem kilka minut.
Drzwi się otworzyły.
I nie mogłem zrozumieć, po co królowa zabrała do Wilna tyle kufrów.
Widziałem Bonę w stroju koronacyjnym, podróżnym, porannym, w wałkach na głowie, a nawet w peniuarze. Zdawało mi się więc, że jestem człowiekiem zahartowanym i odpornym na królewskie wdzięki.
Nie byłem.
Z komnaty nie wyszła Bona.
Wypłynęła.
Mała czarna kończyła się dokładnie tam, gdzie rozsądek podpowiadał, że nie powinna, a wyobraźnia zaczynała protestować, że stanowczo za wcześnie. Do tego szpilki, czerwona szminka, paznokcie polakierowane tym samym kolorem i włosy ułożone w coś, co nazwałem na własny użytek fryzurą na szaloną mediolankę.
Krótko mówiąc: rakieta.
Bona zatrzymała się przede mną.
– Skryba?
Milczałem.
– Skryba!
– Tak?
– Oczy mam wyżej.
– Wiem.
– Nie zauważyłam.
Ruszyła korytarzem.
Poszedłem za nią, próbując odzyskać godność osobistą oraz kontrolę nad wzrokiem. Pierwsze udało mi się mniej więcej po trzydziestu krokach. Z drugim miałem większy problem, ponieważ mała czarna podczas marszu zachowywała się w sposób prowokacyjny, który zdecydowanie utrudniał skupienie na sprawach państwowych.
– Skryba.
– Tak?
Nie odwróciła się.
– Jeszcze raz.
Podniosłem wzrok.
– Przepraszam.
– Nie szkodzi. Chciałam tylko sprawdzić, czy działa.
Działało.
Jeżeli na mnie, człowieka, który widział ją w peniuarze, działało aż tak dobrze, Olbracht Gasztołd nie miał najmniejszych szans.
Przyjął nas w niewielkiej jadalni. Stół przygotowano dla dwojga, więc moje miejsce w hierarchii wieczoru zostało określone natychmiast. Bona usiadła naprzeciwko gospodarza, ja zaś zająłem dyskretne miejsce pod ścianą, gdzie najwyraźniej przechowywano sekretarzy, świadków oraz inne przedmioty potrzebne czasami do podpisywania dokumentów.
Olbracht był mężczyzną w wersji schyłkowej, ale jednak wciąż mężczyzną i na wdzięki niewieście całkowicie odporny nie był. Kiedy Bona weszła, podniósł się, ukłonił i przez pierwsze kilka sekund zapomniał, że powinien się wyprostować.
Królowa podała mu dłoń.
– Olbrechcie. Jak miło cię widzieć.
– Wasza Królewska Mość…
– Bona. Dla przyjaciół Bona.
Uśmiechnęła się promiennie.
Olbracht przełknął głośno ślinę.
Kolacja zaczęła się niewinnie. Wino, pieczyste, jakieś warzywa, których nazw nie znałem, i rozmowa o wszystkim poza Podlasiem. Mediolan. Wilno. Polowania. Muzyka. Wino. Bona śmiała się z dowcipów Gasztołda odrobinę bardziej, niż na to zasługiwały, a on z każdą chwilą prostował plecy i odzyskiwał wiarę w swoją męską atrakcyjność.
Zaczynało mi być Olbrachta trochę żal.
Bona od czasu do czasu odrzucała włosy, pochylała się nad stołem, żeby powiedzieć coś ciszej, albo zakładała nogę na nogę. Dekolt małej czarnej przy tych manewrach najwyraźniej również brał udział w negocjacjach, ponieważ wzrok Olbrachta coraz częściej zatrzymywał się w miejscu, w którym nie znajdowały się ani oczy, ani tym bardziej talerz.
Podlasie pojawiło się dopiero przy deserze.
– Olbrechcie… – Bona przesunęła palcem po krawędzi kieliszka. – Mamy jeszcze tę drobną sprawę.
– Jaką drobną?
– Tyci. Bielsk. Brańsk. Suraż…
Olbracht westchnął.
– Będziemy dzisiaj rozmawiać o pieniądzach?
– Ależ skąd.
Uśmiechnęła się.
– Dzisiaj chcę tylko wszystko uporządkować.
To powinno go zaniepokoić.
Nie zaniepokoiło.
Na stole pojawiły się pergaminy.
Olbracht rzucił na nie okiem.
– Pięć tysięcy?
– Uzgodnione.
– I dwa tysiące siedemset…
– Drobiazg.
– Kop groszy litewskich.
– Właśnie. Tylko potwierdź, że odpowiada to twojej propozycji.
Gasztołd sięgnął po pióro.
Bona pochyliła się nad dokumentem. Włosy opadły jej na ramię, dekolt zrobił swoje, a czerwony paznokieć zastukał w pergamin.
– I tu, Skarbeńku, postaw parafeczkę.
Postawił.
– I tutaj też greźdnij.
Greźdnął.
– Jeszcze tu.
Podpisał.
Bona wyprostowała się i obdarzyła go uśmiechem, za który niejeden mężczyzna podpisałby zrzeczenie się nie tylko Podlasia, ale zapewne również domu, konia i połowy rodowego srebra.
– Wiedziałam, że znajdziemy jakieś rozwiązanie.
Olbracht był najwyraźniej tego samego zdania. Odsunął dokumenty i spojrzał na nią w sposób sugerujący, że jego zdaniem część urzędowa wieczoru właśnie się skończyła, a dalsza może okazać się znacznie przyjemniejsza.
Bona wstała.
– Wybacz mi tylko chwilkę. Muszę przypudrować nosek.
– Oczywiście.
Wyszła.
Olbracht nalał sobie wina.
Minęła minuta.
Potem druga.
W końcu, najwyraźniej z braku ciekawszego zajęcia, sięgnął po podpisany pergamin.
Czytał.
Uśmiech znikał mu z twarzy powoli.
Przeczytał jeszcze raz.
Potem następny dokument.
– Skryba…
Stałem pod ścianą.
– Tak, Wasza Dostojność?
– Co ja podpisałem?
Uznałem, że jest to jedno z tych pytań, na które najlepiej odpowiadać zgodnie z prawdą.
– Rozliczenie?
– Jakie rozliczenie?!
– PGR Podlasie.
Olbracht zerwał się od stołu.
– Gdzie jest Bona?!
Spojrzałem na drzwi.
– Poszła przypudrować nosek.
– Pół godziny temu!
To rzeczywiście komplikowało sytuację.
Gasztołd chwycił dokumenty i zaczął je przeglądać coraz szybciej.
– Bielsk… Brańsk… Suraż… Narew… Kleszczele… Ona mnie oszukała!
– Nie powiedziałbym.
Spojrzał na mnie tak, że natychmiast pożałowałem swojej uczciwości.
– Wszystko Wasza Dostojność podpisała dobrowolnie.
– Gdzie ona jest?!
Nie wiedziałem.
Ale postanowiłem sprawdzić.
Na dziedzińcu nie było karety. Przy bramie nie było Bony. Na dworcu również jej nie było.
Był za to Jagiełło.
Ruszał.
Zobaczyłem ostatni wagon i pobiegłem.
Nie jestem człowiekiem stworzonym do biegów długodystansowych. Nie jestem również człowiekiem stworzonym do biegów krótkodystansowych. Prawdę mówiąc, od pewnego wieku człowiek zaczyna podejrzewać, że w ogóle nie został stworzony do biegania.
Dopadłem ostatniego wagonu zziajany jak dorożkarska szkapa po Wielkiej Pardubickiej. Chwyciłem poręcz i wskoczyłem na stopień w chwili, gdy peron zaczął zostawać za nami.
Drzwi się otworzyły.
Stała w nich Bona.
Nadal w małej czarnej.
– Gdzie byłeś?
Przez chwilę nie mogłem złapać oddechu.
– Ja… gdzie… byłem?! Walczyłem o życie!
– Ciszej. Ludzie śpią. Czego się wydzierasz? Gdybyś nie patrzył na mój tyłek, zauważyłbyś sygnał do wyjścia.
Wciągnęła mnie do środka.
– Olbracht się zorientował – wydyszałem.
– Wiem.
– Skąd?
Bona poprawiła włosy.
– Dlatego wyjechaliśmy.
Spojrzałem przez okno. Wilno powoli znikało w ciemności.
– Królowo…
– No?
– Te pięć tysięcy i dwa tysiące siedemset kop groszy… to była zapłata?
– Tak.
– Czyli Gasztołd dostanie pieniądze?
– Nie.
Popatrzyłem na nią.
– Jak to nie?
– Normalnie.
– Przecież przed chwilą pani powiedziała, że to zapłata.
– Bo to jest zapłata.
– Której nie dostanie?
Bona westchnęła.
– Olbracht zgodził się na pięć tysięcy złotych węgierskich i dwa tysiące siedemset kop groszy litewskich za zrzeczenie się praw do Bielska, Brańska, Suraża, Narwi i Kleszczel.
– Czyli gdzie są jego pieniądze?
– W Skarbie Korony.
– Dlaczego?
– Bo Olbracht ma zaległości.
– Jakie?
– Podatkowe. Czynszowe. Odsetki. Opłaty. Ponaglenia. Koszty ponagleń…
– Chwileczkę. Czyli sprzedał swoje prawa do PGR Podlasie za pieniądze, które Skarb Korony zabrał mu na poczet jego długów?
– Nie zabrał. – Bona pokręciła głową. – On je wyegzekwował. Tak jest prościej.
Patrzyłem na nią coraz bardziej zafascynowany.
– I on się na to zgodził?
– Oczywiście.
– Kiedy?!
– Jak podpisywał.
– Nie widziałem.
– Bo nie czytałeś odnośników.
– Jakich odnośników?
– Tych z gwiazdkami.
Zamilkłem.
– Były jakieś gwiazdki?
– Cztery.
– Nic tam nie było.
– Było.
– Drobniutkim maczkiem!
– Ale czytelnym.
Przypomniałem sobie czerwony paznokieć stukający w pergamin i Olbrachta, który w tamtej chwili zdecydowanie nie interesował się typografią.
– Czyli pojechaliśmy do Wilna bez pieniędzy, pani założyła małą czarną, Olbracht dostał kolację, wino i dekolt, podpisał zrzeczenie się praw do Bielska, Brańska, Suraża, Narwi i Kleszczel, a należne mu pieniądze zostały w Skarbie Korony za podatki, czynsze, odsetki i ponaglenia?
Bona zastanowiła się chwilę.
– W dużym uproszczeniu.
– Co pominąłem?
– Koszty ponagleń.
Pokiwałem głową.
– Rozumiem.
Nie rozumiałem.
– A mój bagaż?
– Przyślą.
– Suchary też?
– Skryba…
– Już nic nie mówię. Jestem jak ten ślepy i głuchy budda.
Usiadłem ciężko na ławce. Bona zajęła miejsce naprzeciwko, założyła nogę na nogę i wyciągnęła z torebki małe lusterko.
– Jeszcze jedno.
– Co?
– Rewelacyjnie pani dzisiaj wyglądała.
Spojrzała na mnie ponad lusterkiem.
– A ty zapamiętaj jeszcze jedno, Skryba. Zero kontrolowanych przecieków do Kuryera Dworskiego. Chyba że chcesz skończyć…
– Wiem, wiem. Jak ten pies Azja Tuhajbejowicz.
Wyjęła puder.
I przypudrowała nosek.
Jeśli dotarłeś do końca mojego opowiadania, to już wielki plus dla mnie jako autora. Jeśli postawisz mi kawę, potraktuję ją nie tylko jako podziękowanie za wspólnie spędzony czas, ale również jako mały impuls, że warto pisać dalej, bo gdzieś po drugiej stronie ekranu ktoś czeka na następne opowiadanie
6 odpowiedzi na “Rozczochrane opowieści dworskie Skryby – Mała czarna”
-
Mistrzostwo👌 gorąco polecam !
-
Dziękuję bardzo w imieniu swoim i własnym 😁
-
-
Ubawiłam się setnie.
Skryba w świetnej formie👍😁-
Dziękuję 😀
-
-
Lekko się czyta po 12 godzinnym dyrzurze, miła odskocznia 😊
Dziękuję Panie Skrybo 😊-
Do usług Szanownej Pani. 😀
-
Dodaj komentarz