
Władca absolutny
Bona wróciła z Wilna z wiadomością, której Stary początkowo nie chciał przyjąć do wiadomości.
Gasztołd ustąpił. Podlasie wróciło pod pełne władanie Korony. Dwa dni później potwierdził to kanclerz. Trzeciego ranka Zygmunt zrozumiał, że ma problem.
– Czyli co? – zapytał, patrząc podejrzliwie na żonę. – Teraz naprawdę mam ci dać Podlasie?
Bona odstawiła małą czarną.
– I Grodno. Obiecałeś.
Stary spojrzał na mnie, jakbym to ja odpowiadał za lekkomyślność polskich monarchów.
– Byłeś przy tym?
– Niestety.
– A Inflanty? – przypomniała Bona.
Zygmunt aż się zakrztusił kawą.
– Jakie Inflanty?! Mówiłem o Niderlandach!
– Sam nie wiedziałeś, o których.
– Bronciu…
– Spokojnie. Inflanty możesz sobie zatrzymać. Na razie.
Stary popatrzył na nią podejrzliwie. Bona natomiast sięgnęła po Kuryer Dworski i podsunęła mu gazetę.
– Czytaj, Zygmuś. Może się dowiesz, co jeszcze posiadasz.
Na pierwszej stronie krzyczał tytuł:
OSMANOWIE ZNÓW GROŹNI. CHRZEŚCIJAŃSKA EUROPA W NIEBEZPIECZEŃSTWIE.
Zygmunt rozłożył gazetę. Przez chwilę rzeczywiście wyglądał na człowieka przejętego sytuacją międzynarodową. Potem zagiął pierwszą stronę pod spód.
WISEŁKA KRAKÓW – ŻALGARIS WILNO. W SOBOTĘ MECZ, KTÓRY MOŻE ZDECYDOWAĆ O WSZYSTKIM.
– Niedobrze – mruknął.
Bona oderwała wzrok od gazety.
– Wreszcie do ciebie dotarło?
– No. Ale co takiego?
– Turcy.
– A, Turcy. A to nie. Żalgaris to problem.
Przesunął palcem po gazecie i zaczął czytać półgłosem.
– Butrym w bramce. Kmicic z Soroką na łączniku. Robak cofnięty, Soplica w środku, a z przodu Zbyszko.
Bona przyjrzała mu się uważniej.
– Robak i Soplica… To nie jest przypadkiem ten sam człowiek?
Stary przez chwilę studiował skład.
– Lewy transfer?
– I może grać na dwóch pozycjach jednocześnie?
– Jak sędzia nie zauważy.
Bona wróciła do swojego artykułu.
– Chrześcijaństwo naprawdę jest zgubione.
– Też tak myślę. Zwłaszcza jeśli Wisełka znowu posadzi Wołodyjowskiego na ławce.
– Zygmunt, ja mówię o Osmanach. Podobno spalili kilka wsi.
– Kmicic? To pewnie pomówienia.
– Turcy!
– A… Tak. To możliwe.
Stary odwrócił stronę i zmarszczył brwi.
– Chociaż czekaj. Wołodyjowski jednak w pierwszym składzie.
– Podobno księżną praską uprowadzili do haremu.
– Nooo. Teraz to zupełnie inaczej wygląda.
W tej właśnie chwili drzwi uchyliły się i do komnaty zajrzał August. Najpierw wsunął głowę. Potem resztę. Zatrzymał się przy drzwiach, popatrzył na matkę, na ojca, na rozłożony Kuryer i najwyraźniej uznał, że sytuacja nie jest jeszcze beznadziejna.
Stary spojrzał na niego znad gazety. August zrobił krok.
– Mamuś kochana…
Bona nie podniosła wzroku.
– Nie.
– Ale…
– Nie.
– Przecież jeszcze nic nie powiedziałem.
– Wiem.
August popatrzył na ojca. Stary bardzo lekko pokręcił głową. Gest był dyskretny, ale jednoznaczny: wycofaj się, póki możesz. Syn zignorował ostrzeżenie. Podszedł do matki, objął ją od tyłu i przytulił policzek do jej ramienia.
– Mamuś kochana…
Bona spokojnie odłożyła Kuryer.
– Gucci, kocham cię bardzo.
Przyznam, że nie pierwszy raz słyszałem to osobliwe zdrobnienie. Zygmunt mówił do syna Gucio albo Guciu, ja nazywałem go Augustem, ale Bona, kiedy przechodziła na włoski system wychowawczy, robiła z Gucia Gucci.
I proszę sobie zapamiętać ten drobny szczegół, zwłaszcza ci wszyscy niedowiarkowie twierdzący, że my, Polacy, niczego nie wnieśliśmy do kultury włoskiej. Wnieśliśmy.
Gucci.
To, że kilka wieków później pewien Florentczyk zrobił z tego markę i nawet nie wspomniał o prawach autorskich polskiej rodziny królewskiej, pozostawiam bez komentarza. Skryba nie jest człowiekiem małostkowym. Ma swój honor i o prawa autorskie po latach dochodził nie będzie.
August uśmiechnął się do matki.
– Ja ciebie bardziej.
– Nie.
Uśmiech zgasł.
– Ale skąd wiesz, o co chcę cię prosić?
– Bo od rana jesteś dla mnie wyjątkowo miły.
– Zawsze jestem miły.
Bona spojrzała na niego.
– Chcesz, żebym odpowiedziała jako matka czy jako świadek przestępstwa?
August westchnął.
– Wisełka gra w sobotę z Żalgarisem. To bardzo ważny mecz i pomyślałem, że może mógłbym pójść z tatą.
– Nie możesz. A zanim twój ojciec zacznie cię bronić, uprzedzam, że on też nigdzie nie idzie.
Stary opuścił gazetę.
– Ja? Za co? Bronciu, ja mam sześćdziesiąt sześć lat, jestem królem Polski i wielkim księciem litewskim. Nie możesz mi dać szlabanu.
Bona sięgnęła po swoją małą czarną.
– Mogę. Właśnie dałam.
August parsknął śmiechem.
– Ty się nie ciesz – powiedział król. – Też nigdzie nie idziesz.
– Ja dostałem szlaban od mamy. Ty od żony.
– Szuja. Zamilcz, pętaku, bo się pogrążasz.
Spojrzałem na Augusta, potem na jego ojca. Niedaleko pada jabłko od jabłoni.
– Mam wam przypomnieć, dlaczego obaj macie szlaban? – zapytała Bona. – Pół Wawelu słyszało, jak wracaliście z ostatniego meczu. Pierwsza przyśpiewka była o Legii, druga o sędzim i jego matce, a trzeciej nawet nie zamierzam powtarzać.
– Bo jak łajza gwizdał – mruknął August. – A poza tym wygraliśmy trzy do jednego.
Znałem trzecią. Znał ją zresztą cały Wawel. Był to krótki, łatwo wpadający w ucho utwór ludowy, którego anonimowemu autorowi udało się w czterech wersach obrazić mieszkańców Wilna, ich matki, przodków oraz kilka gatunków zwierząt gospodarskich.
– Gucci ma trzynaście lat – przypomniała Bona.
– Kiedyś musi poznać tradycję – odezwał się Stary. – Bo tradycja rzecz święta.
Bona popatrzyła na męża. Długo.
– Ty naprawdę psujesz mi dziecko. I żebyśmy się dobrze zrozumieli: nie mam nic przeciwko temu, żebyś zabierał go na polowania, ryby czy mecze. Naucz go strzelać z łuku, jeździć konno, strzelać z procy. Możecie nawet razem taplać się w błocie, jeżeli sprawia wam to przyjemność. Tylko dlaczego, do cholery, uczyłeś go strzelać z procy pod klasztorem?
– Tam jest dobre miejsce – powiedział Stary.
– Właśnie! – ucieszył się August. – Tato dobrze je zna. Ostatnio nawet pożyczył od ogrodnika drabinę.
Stary znieruchomiał. Bona powoli przeniosła wzrok na syna.
– Po co mu była drabina?
– Guciu… – ostrzegł Zygmunt.
– Żeby zajrzeć za mur. Ale mówił, że nie wiedział, że siostry akurat się kąpią.
Zapadła cisza.
Odsunąłem się pod okno. Tego nie dało się już uratować.
Bona bardzo powoli przeniosła wzrok na męża.
– Stary?
– To był przypadek.
– Drabina też?
– Drabina była zaplanowana. Zakonnice nie.
– Ale tato długo nie patrzył – pospieszył z pomocą August.
Stary zamknął oczy.
– I ty, Brutusie?
– No co? Przecież cię bronię.
– Właśnie widzę. Jeszcze jedno słowo i sprzedam cię Krzyżakom.
Bona jeszcze przez chwilę patrzyła na męża. Nie powiedziała jednak nic więcej. I właśnie to wydało mi się najbardziej niepokojące. Sprawa drabiny i kąpiących się zakonnic nie została zakończona. Została jedynie odłożona na później.
Król najwyraźniej doszedł do podobnego wniosku, bo schował się za Kuryerem. Bona natomiast sięgnęła po leżącą obok mapę, rozłożyła ją na stole i wygładziła dłonią.
– Skoro ustaliliśmy już, że w sobotę obaj macie wolne, mam dla was dobrą wiadomość. Jedziemy na Podlasie.
Gazeta opadła.
– My, czyli kto? – zapytał niepewnie Zygmunt.
– Rodzina, Zygmuś. Kojarzysz? Ty, ja i dzieci.
August podszedł bliżej.
– Wszystkie?
– Wszystkie. Izabela, Zofia, Anna i Kasia. Dawno nigdzie nie byliśmy razem, a skoro mam tam teraz swoje ziemie, chciałabym wreszcie zobaczyć, co właściwie dostałam.
August nachylił się nad mapą.
– Będą zamki?
– Powinny się jakieś znaleźć.
– A polowanie?
Bona spojrzała na męża.
– Jeżeli król będzie w stanie zachowywać się przyzwoicie.
– Będzie – zapewnił August.
– Pytałam o ojca.
Chłopak popatrzył na Starego.
– To nie wiem.
Zygmunt zmrużył oczy.
– Guciu, bardzo szybko zapominasz, kto wypłaca ci kieszonkowe.
August wzruszył ramionami. Jeszcze kilka minut wcześniej gotów był walczyć o mecz do ostatniej kropli krwi, ale perspektywa zamków i polowania najwyraźniej zaczynała przeważać.
– To może być fajne.
Stary spojrzał na niego jak na człowieka, który właśnie przeszedł na stronę wroga.
– Zdrajca.
Bona przesunęła palcem po mapie.
– Chcę zobaczyć Bielsk, Brańsk, Suraż. Wsie, folwarki, młyny, drogi. Nie zamierzam zarządzać czymś, czego nawet nie widziałam. A skoro już jedziemy, zrobimy z tego rodzinny wyjazd.
– Kiedy? – zapytał Stary.
– W sobotę rano.
Zygmunt zamarł. August również. Ojciec i syn spojrzeli na siebie.
Wisełka Kraków – Żalgaris Wilno.
Sobota.
– W tę sobotę? – upewnił się August.
– A jakże.
Chłopak westchnął, ale po chwili ponownie spojrzał na mapę. Najwyraźniej pogodził się z losem.
Stary nie.
Poruszył nogą i skrzywił się. Po chwili zrobił to ponownie, tym razem znacznie mocniej.
– Auu…
Bona nie podniosła wzroku znad mapy.
– Co ci jest?
– Noga. Boli.
August popatrzył na ojca. Bona uniosła głowę.
– Gdzie cię boli?
Stary przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią. Najwyraźniej choroba pojawiła się szybciej niż jej dokładna lokalizacja. Pomacał stopę, kostkę, łydkę, po czym wrócił do stopy i zatrzymał dłoń na dużym palcu.
– O, tu. Bardzo.
Bona przyglądała mu się przez chwilę.
– Podagra?
Stary znieruchomiał. W jego oczach pojawiło się coś, co można było wziąć za cierpienie. Ja jednak stałem dostatecznie blisko, by rozpoznać ulgę człowieka, któremu właśnie podpowiedziano właściwą odpowiedź.
– Właśnie.
– Jesteś pewien? Nigdy jej nie miałeś.
– Kiedyś musi być pierwszy raz.
August otworzył usta. Zygmunt natychmiast uniósł palec.
– Guciu. Ani słowa.
Chłopak zamknął usta.
Bona złożyła mapę.
– Dobrze. Skryba, sprowadź medyka. Niech przyniesie lewatywę.
Zygmunt przestał oddychać.
Medyk pojawił się kilka minut później. Nie przyszedł sam. Za nim wszedł pachołek niosący skórzaną torbę, drewnianą skrzynkę i przedmiot, którego przeznaczenia nie znałem, ale którego widok sprawił, że Zygmunt pobladł.
Bona wskazała męża.
– Noga. Duży palec. Nagły ból. Podejrzewam podagrę.
Lekarz skinął głową i podszedł do króla.
– Wasza Królewska Mość pozwoli.
Stary pozwolił niechętnie. Medyk obejrzał stopę, dotknął palca, kostki, łydki. Zygmunt jęknął w kilku miejscach, przy czym odniosłem wrażenie, że nie zawsze w tych samych.
Lekarz uniósł brwi. Król patrzył na niego z napięciem. Potem medyk zerknął na Bonę. Król również. Bona odwróciła się do mapy.
I wtedy zobaczyłem coś niezwykłego.
Zygmunt spojrzał lekarzowi prosto w oczy i bezgłośnie poruszył ustami.
Mecz.
Medyk zmarszczył brwi.
Stary spróbował ponownie.
Sobotni mecz.
Lekarz zrozumiał. Jego twarz nie drgnęła.
– Hm – powiedział fachowo.
Bona odwróciła się.
– Co?
– Przypadek jest… nietypowy. Ból palucha o charakterze nagłym, przemieszczającym się, z towarzyszącym napięciem ogólnym i wyraźnym niepokojem pacjenta. Szczególnie nasilającym się przy słowie „sobota”.
Stary spojrzał na niego.
Medyk chrząknął.
– To znaczy przy zmianie pozycji stopy.
– Da się to leczyć? – zapytała Bona.
– Oczywiście. Spokój, ciepło, odpoczynek. Żadnego wysiłku.
Stary odetchnął.
– Wiedziałem.
– I lewatywa – dodała Bona.
Lekarz spojrzał na nią, potem na króla. W oczach Zygmunta zobaczyłem strach. Nie zwykły strach. Prośbę o pomoc.
– Lewatywa… nie jest bezwzględnie konieczna – powiedział medyk.
– Ale może pomóc?
– Teoretycznie…
– To dobrze.
Stary przełknął ślinę.
– Bronciu, skoro pan doktor mówi, że nie trzeba…
– Nie powiedział, że nie trzeba. Powiedział, że nie jest bezwzględnie konieczna.
Lekarz najwyraźniej uznał, że nadszedł moment, w którym należy ratować monarchię.
– Jest jeszcze jedna kwestia. Jeżeli zastosujemy lewatywę, Wasza Królewska Mość powinien później bezwzględnie odpoczywać. W łóżku, bez wychodzenia z komnaty. Co najmniej do niedzieli.
Zygmunt zamarł. Lekarz patrzył mu prosto w oczy. August zakrył usta dłonią.
– Do niedzieli? – upewniła się Bona.
– Dla bezpieczeństwa.
– Czyli nie pojedzie z nami na Podlasie.
W oczach Zygmunta pojawiła się wdzięczność.
– Niestety – powiedział medyk.
– I nie pójdzie na mecz.
Wdzięczność zniknęła.
– Niestety.
Zygmunt patrzył na lekarza już zupełnie inaczej.
– Panie doktorze…
– Tak, Wasza Królewska Mość?
– Chyba mi przeszło.
Bona uśmiechnęła się.
– Wiedziałam, że lewatywa pomoże.
Następny odcinek>
Jeśli dotarłeś do końca mojego opowiadania, to już wielki plus dla mnie jako autora. Jeśli postawisz mi kawę, potraktuję ją nie tylko jako podziękowanie za wspólnie spędzony czas, ale również jako mały impuls, że warto pisać dalej, bo gdzieś po drugiej stronie ekranu ktoś czeka na następne opowiadanie.
4 odpowiedzi na “Rozczochrane opowieści dworskie Skryby – Władca absolutny”
-
Dobre!!!!humor na caly wieczór, ciekawych rzeczy dowiadujemy sie tutaj,historia o tym nie wspomina,ha ha
-
jak dobrze, że na mnie trafiłaś Franiu, bo w nieświadomości byś żyła 😀
-
-
Uśmiałam się
Jak dobrze Skryba zna się na stosunkach rodzinnych👍😄-
no cóż…lata praktyki 😀
-
Dodaj komentarz