Rozczochrane opowieści dworskie Skryby – Luter

Jeśli po raz pierwszy zetknąłeś się z Boną vel Bronką oraz jej mężem Zygmuntem, zwanym przez nią Starym, i nie bardzo potrafisz jeszcze ogarnąć tego universum, proponuję cofnąć się do opowieści, od której wszystko się zaczęło.

← Wróć do początku tej historii


Luter

Do obowiązków Skryby należało między innymi dostarczanie Jego Królewskiej Mości porannego wydania Kuryera Dworskiego. Nie był to obowiązek szczególnie uciążliwy, jeśli nie liczyć konieczności wstawania o godzinie, o której przyzwoici ludzie jeszcze śpią, oraz wysłuchiwania opinii czytelników. Z tym drugim bywało gorzej. Królewska para należała bowiem do tych odbiorców prasy, którzy uważają, że skoro mają darmowy abonament na gazetę, mają również prawo powiedzieć, co myślą o redakcji, jej poziomie, inteligencji autorów oraz przypuszczalnych brakach w ich wychowaniu.

O tym, że Skryba jest redaktorem naczelnym Kuryera Dworskiego, na Wawelu wiedziały może trzy osoby. Zygmunt i Bona do nich nie należeli. Król był przekonany, że Skryba pracuje gdzieś w kancelarii, królowa zaś uważała go za człowieka od podawania cukru do porannej kawy, co w gruncie rzeczy nie było dalekie od prawdy. Skryba nie zamierzał wprowadzać ich w niuanse swojej profesji, zwłaszcza od czasu, kiedy Zygmunt określił autora jednego z artykułów mianem skończonego cymbała, a Bona dodała, że redaktor, który coś podobnego dopuścił do druku, powinien skończyć jak Azja Tuhajbejowicz.

Tego ranka czekałem w komnacie z najnowszym numerem Kuryera pod pachą i cukiernicą w dłoni.

– Jest! – ucieszył się Zygmunt, wchodząc w szlafroku i papuciach.

Przez krótką, bardzo krótką chwilę pomyślałem, że ucieszył się na mój widok.

– Daj gazetę.

Złudzenie prysło.

Położyłem Kuryer na skraju stołu i cofnąłem się na swoje zwykłe miejsce przy oknie. Do stołu mnie nie zapraszano, nie miałem zresztą o to żalu. Obserwując od kilku tygodni królewskie śniadania, doszedłem do przekonania, że miejsce w bezpiecznej odległości od Bony, Zygmunta, patery z ciastem i bieżącej polityki europejskiej ma wiele zalet.

Kawa już czekała.

Królowa wkroczyła majestatycznie do śniadaniowego pokoju. Niby prosto z łóżka, ale w pełnym makijażu, włos starannie ułożony, peniuar zwiewny. Nie powiem, więcej odsłaniał, niż miał zakrywać. Co z tego, skoro Zygmunt nie raczył nawet podnieść oczu znad gazety. Królowa tylko fuknęła, co nie wróżyło niczego dobrego, zerknęła jadowicie na męża i usiadła przy stole.

Przed Boną stała filiżanka tak mała, że Zygmunt od pierwszego dnia podejrzewał, iż królewska małżonka pije z wyposażenia domku dla lalek. Przed nim ustawiono kubek, do którego, jak kiedyś zauważyła Bona, można by w razie pożaru zaczerpnąć wody z Wisły i ratować Wawel.

Król skinął na mnie, bym podszedł z cukiernicą.

– Hmm.

Pierwsza łyżeczka zniknęła w kawie.

– Hmmm… Stary?

Druga podążyła za pierwszą.

Bona odstawiła filiżankę.

– Zygmunt!

Trzecia łyżeczka zatrzymała się w powietrzu.

– Co, Brońciu?

– Ile?

– Dwie.

Spojrzała mu głęboko w oczy.

– Widziałam trzy.

– Ta się nie liczy.

– Dlaczego?

– Bo ręka mi zadrżała i połowę na stół wysypałem.

Bona przyglądała mu się przez chwilę, po czym pokręciła głową.

– Moja babka mawiała, że ludzie dzielą się na yntelygentnych i tych, co słodzą kawę.

– Mądra kobieta – przyznał Zygmunt i wsypał czwartą łyżeczkę.

Po królu uwaga spłynęła bez najmniejszego śladu. Zamieszał kawę, siorbnął, zastanowił się, po czym spojrzał w stronę cukiernicy.

– Nawet nie próbuj!

– Brońciu, Gołąbeczko moja…

– Brzuch.

– Jaki brzuch?

Bona wskazała palcem na wystający spomiędzy poł szlafroka kawał owłosionego ciała.

– Ten.

Zygmunt popatrzył w dół.

– Nic mu nie jest.

– Rośnie.

– Oj tam, oj tam, Skarbeńku. Ja tam dalej się mieszczę w hajdawery z matury.

– Ty nie zdałeś matury.

– Ale wiek maturalny miałem. I hajdawery z tamtych czasów też mam.

– I krawiec ci je poszerzał w zeszłym miesiącu.

– Guma w pasie puściła.

– Oczywiście. Sama.

Zygmunt uznał temat za wyczerpany i sięgnął po ciastko. Bona natomiast rozłożyła Kuryer. Znałem ten moment. Za chwilę miał rozpocząć się właściwy przegląd prasy, a ja miałem dowiedzieć się, co królewska para sądzi o pracy redakcji.

Nie musiałem długo czekać.

– Znowu ten Luter – powiedziała Bona.

Zygmunt odgryzł kawałek ciastka.

– Co narozrabiał? Znowu kogoś na grubszą kasę rąbnął?

– Według Kuryera nadal twierdzi, że Kościół wymaga naprawy.

– Wiele rzeczy wymaga naprawy. A choćby nasz wawelski, bo mu z dachu cieknie. I ten stół też się kiwa.

– Stary, on nie pisze o stole.

– A stół, myślę, łatwo naprawić. Trzeba tylko nogi przyciąć.

Bona czytała dalej. W numerze znalazł się obszerny tekst o odpustach, bogactwie hierarchów, sporach teologicznych i gorszących zwyczajach duchowieństwa. Byłem z niego nawet zadowolony. Pracowałem nad nim do późnej nocy i uważałem, że udało mi się zachować rozsądną równowagę między faktami a opiniami.

– Co za brednie – powiedziała Bona.

Przestałem być zadowolony.

– Które? – zainteresował się Zygmunt.

– Tu. Posłuchaj. Autor przekonuje, że krytycy duchowieństwa wykorzystują pojedyncze przypadki rozwiązłości do ataku na cały stan duchowny.

– I dobrze pisze.

Spojrzałem na króla z wdzięcznością.

– Bzdura – oznajmiła Bona.

Wdzięczność była przedwczesna.

– Dlaczego bzdura, Brońciu?

– Bo nie chodzi o to, że ksiądz jest człowiekiem. Niech sobie będzie człowiekiem. Niech zje, niech wypije kieliszek wina. Niech pójdzie z kolegami do karczmy, jeśli musi. Mnie nic do tego.

Zygmunt wyraźnie się ożywił.

– Właśnie!

– Nie skończyłam.

Król wrócił do ciastka.

– Problem zaczyna się wtedy, Stary, kiedy w sobotę siedzi z kolegami w karczmie do północy, gapi się na te pannice wywijające przy rurze, a w niedzielę rano z ambony poucza tych samych ludzi, że mają prowadzić życie pełne umiaru.

– Brońciu, człowiek czasem musi odreagować. Odstresować się, jak pragnę zdrowia.

Bona powoli opuściła gazetę.

– Co musi?

– Odreagować. Wyjść gdzieś. Posiedzieć z koleżkami. Pogadać. Wypić coś. Pośmiać się. Cały tydzień człowiek pracuje, ludzi słucha, każdy czegoś chce…

Zygmunt mówił coraz swobodniej. Ja natomiast obserwowałem Bonę i wiedziałem już, że powinien przestać.

Nie przestał.

– A ciało, Brońciu, też ma swoje potrzeby. Pan Bóg człowieka stworzył takim, jakim stworzył. Chyba wiedział, co robi.

Zapadła cisza.

Król podniósł wzrok.

Bona patrzyła na niego.

– Co? – zapytał.

– Nic, Stary. Tak tylko słucham tego wykładu o potrzebach ciała i zastanawiam się, skąd u ciebie taka rozległa wiedza w przedmiocie.

Zygmunt udał, że nie usłyszał pytania, i z wielkim zainteresowaniem zaczął studiować tabelę królewskiej ekstraklasy w rozgrywkach palanta.

– A na obce pannice to byś się gapił? – dodała Bona.

Król ostrożnie wyjrzał znad gazety.

– Jakie obce pannice?

– Te przy rurze.

– Ja tylko teoretycznie mówiłem, Gołąbeczko.

– Od dziesięciu minut siedzę naprzeciwko ciebie w peniuarze.

Zygmunt po raz pierwszy tego ranka przyjrzał się żonie uważniej.

– Bardzo ładny.

– Teraz to sobie możesz.

Uznałem, że tabela ekstraklasy palanta interesuje również mnie, chociaż z miejsca przy oknie nie widziałem nawet wyników.

Król napił się kawy, a Bona przewróciła stronę.

– O, z dalekich dworów.

Zygmunt przestał przeżuwać.

– Może najpierw zagraniczne?

– Zaraz.

– Moskwa podobno coś kombinuje.

– Moskwa zawsze coś kombinuje.

– Turcy?

– Poczekają.

– Brońciu…

– O! Alymenciarz.

Król odłożył ciastko.

Ja natomiast zainteresowałem się widokiem za oknem. Rubryka Alymenciarz była moim pomysłem i do wczoraj uważałem ją za jeden z największych sukcesów Kuryera.

– Głupia rubryka – powiedział Zygmunt.

– W zeszłym tygodniu mówiłeś, że bardzo życiowa.

– Obniżyli poziom. Brukowiec typowy.

Bona zaczęła czytać.

– Zygmunt J. Troje dzieci pozamałżeńskich. Zobowiązania regulowane terminowo. Zaległości: brak. Ocena Kuryera: alymenciarz solidny.

Zapadła cisza.

– Widzisz? – odezwał się wreszcie król. – Bez zaległości.

Bona spojrzała na niego ponad gazetą.

– Jestem dumna z twojej rodziny, Stary. Bardzo solidna firma.

– Dziękuję, Gołąbeczko.

– Nie ma za co.

– I to było przed ślubem.

– Wiem.

– Czyli uczciwie.

– Oczywiście.

Zygmunt odzyskał pewność siebie.

– To co innego niż u tych księży.

– Przed chwilą ich broniłeś.

– Bo człowiek powinien być wyrozumiały.

Bona złożyła gazetę. Potem zrobiła coś, co natychmiast zwróciło moją uwagę. Przysunęła się do męża, poprawiła mu kołnierz szlafroka i uśmiechnęła się wyjątkowo łagodnie.

– Zygmusiu…

Król znieruchomiał.

Ja również.

Przez kilka tygodni służby zdążyłem się nauczyć, że Bona mówiła do męża Stary, kiedy wszystko było w porządku. Zygmunt pojawiał się, kiedy była zirytowana. Natomiast Zygmuś oznaczał, że za chwilę wydarzy się coś, czego król nie będzie chciał.

– Tak, Skarbeńku? – odpowiedział ostrożnie.

– Wielkanoc się zbliża.

– Wiem. Czas mycia okien. Ale jeszcze zimno. W przyszłym tygodniu wezmę się za nie.

– Okna już umyte.

Zygmunt spojrzał na nią zaskoczony.

– Jak?

– Normalnie, Stary. Nie wszystko w tym państwie wymaga twojej osobistej interwencji.

Król przyjął tę wiadomość z wyraźną ulgą.

– To dobrze.

– Pomyślałam, że pójdziemy razem na rekolekcje.

Ulga zniknęła.

– Kiedy?

– Jutro.

– Jutro mam radę koronną.

– Przełożyłam.

– Posłów węgierskich, co o azyl się starają.

– Przyjmiesz po południu.

– Litwinów ze skargą na księcia.

– W piątek.

Król szukał jeszcze ratunku.

– Moskwa?

– Nie przyjeżdża.

Zygmunt opadł na oparcie krzesła.

– No dobrze, Brońciu.

– A po rekolekcjach spowiedź.

Król ponownie się wyprostował.

– Spowiedź? Czemu? Przecież nie mam grzechów!

– Wielkanoc, Stary.

Zygmunt zastanawiał się przez chwilę.

– A kiedy prawosławni mają w tym roku?

Bona zmrużyła oczy.

– Co mają?

– Wielkanoc. Tak tylko pytam. Może później.

– Stary…

– No co? Człowiek powinien wiedzieć, kiedy są święta u sąsiadów.

– Jutro idziesz na rekolekcje.

– Rozumiem.

Zygmunt zamilkł, ale wyraźnie nie zamierzał się poddawać.

– Brońciu, Gołąbeczko moja…

– Tak?

– Może bym poszedł do jakiegoś młodego.

– Dlaczego?

– Trzeba wspierać młody kler.

Bona uśmiechnęła się.

– Pójdziesz do swojego.

– Ale on mnie zna. I będzie wiedział, kiedy będę ściemniał.

– Na tym między innymi polega jego praca.

– Za dobrze mnie zna.

Król pomyślał chwilę i nagle się rozpromienił.

– A może kupię odpust? Bez chodzenia do konfesjonału. Po co trudzić wiekowego księdza?

Nie wytrzymałem i zakaszlałem.

Oboje spojrzeli w moją stronę.

– Co wam? – zapytał Zygmunt.

– Kurz, Wasza Królewska Mość.

– Tutaj ciągle jest kurz. Niech napiszą o tym w tym Kuryerze. Zamiast grzebać ludziom w życiorysach, mogliby się zająć czymś pożytecznym.

Skłoniłem głowę.

– Przekażę redakcji.

– I powiedzcie temu redaktorowi, żeby przestał drukować tego Alymenciarza. Żenada!

– Oczywiście, Wasza Królewska Mość.

Bona zaprotestowała natychmiast.

– Nic podobnego. Bardzo dobra rubryka.

– Brońciu!

– Ludzie mają prawo wiedzieć.

– Co wiedzieć?

– Kto płaci i komu płaci.

Zygmunt spojrzał na mnie.

– Niech zostawią. Ale drobnym druczkiem niech piszą.

– Oczywiście, Wasza Królewska Mość.

– I przekażcie redaktorowi, że jest cymbałem.

Skłoniłem się ponownie.

– Przekażę osobiście.

Bona wróciła do pierwszej strony.

– A jutro niech napiszą coś więcej o tym Lutrze. Może człowiek ma trochę racji.

– Tylko trochę – zastrzegł Zygmunt.

– Tego nie wiemy.

– Brońciu, jak każdy, kto zauważy coś złego w Kościele, założy własny, to kiedyś będziemy mieli ich tysiące.

Bona zamyśliła się. Przez chwilę patrzyła na pierwszą stronę Kuryera, ale już jej nie czytała.

– A może wystarczyłoby czasem posłuchać ludzi, zanim trzasną drzwiami?

Tym razem Zygmunt nie odpowiedział od razu. Sięgnął po kubek i wypił łyk swojej potwornie słodkiej kawy. Bona również zamilkła, obracając w palcach maleńką filiżankę.

Stałem przy oknie z cukiernicą w dłoni i pomyślałem, że być może właśnie znalazłem temat do jutrzejszego numeru.

Musiałem tylko uważać, żeby redaktor znowu nie wyszedł na cymbała.

Jeśli dotarłeś do końca mojego opowiadania, to już wielki plus dla mnie jako autora. Jeśli postawisz mi kawę, potraktuję ją nie tylko jako podziękowanie za wspólnie spędzony czas, ale również jako mały impuls, że warto pisać dalej, bo gdzieś po drugiej stronie ekranu ktoś czeka na następne opowiadanie.

☕ Postaw kawę Skrybie

3 odpowiedzi na “Rozczochrane opowieści dworskie Skryby – Luter”

  1. Awatar Marzena
    Marzena

    Panie Skryba , masz pan talent do pisania👌
    Czyta się lekko i z humorem 😊

    1. Awatar Skryba

      przez wrodzoną skromność nie będę temu zaprzeczał 😀

  2. Awatar Renata
    Renata

    Od rana mam dobry humor😄
    Dziękuję Skrybo☀️

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *