Późną wilgotną wiosną przyjechałem do Rapy rowerem, choć właściwie należałoby powiedzieć, że ostatnie kilometry bardziej go prowadziłem, niż na nim jechałem. Deszcze padały od kilku dni niemal bez przerwy, a mazurskie drogi zamieniły się w ciężkie pasma błota, przez które koła przeciskały się z coraz większym oporem. Przyroda obudziła się już po zimie, lecz robiła to niechętnie i jakby z pewnym zmęczeniem. W rowach leżały jeszcze zgniłe liście z poprzedniego roku, ziemia pachniała wilgocią oraz rozkładem, a młode liście buków i olch miały kolor tak świeży, iż chwilami wydawały się niemal nierealne pośród ciężkiego szarego nieba wiszącego nisko nad lasami.
Lubiłem takie podróże. Od lat włóczyłem się rowerem po dawnych ziemiach Prus, Warmii i Mazur, szukając miejsc, które świat powoli spychał w zapomnienie. Czasami były to ruiny pałaców, czasami stare cmentarze ukryte pośród lasów, innym razem samotne kapliczki stojące przy drogach pamiętających jeszcze czasy wozów konnych oraz pocztowych dyliżansów. Nie szukałem jednak wyłącznie architektury ani historii zapisanej w książkach. Interesowało mnie raczej to trudne do nazwania uczucie, które czasami pojawia się nagle w człowieku, gdy trafia do miejsca nasiąkniętego dawnym życiem tak mocno, iż wydaje się ono wciąż obecne pomiędzy drzewami, murami albo kamieniami.
O piramidzie w Rapie słyszałem wcześniej wielokrotnie. Jedni opowiadali o niezwykłym mikroklimacie pozwalającym zachowywać ciała zmarłych w niemal nienaruszonym stanie, inni o egipskich fascynacjach dawnych właścicieli tych ziem, jeszcze inni o dziwnych wydarzeniach mających rzekomo miejsce wokół wzgórza przez całe dziesięciolecia. Większość tych historii traktowałem dotąd jak lokalne legendy, których zawsze rodzi się więcej wokół samotnych grobowców i opuszczonych rezydencji. Mimo to od pewnego czasu coraz częściej wracała do mnie myśl, by zobaczyć to miejsce na własne oczy.
Kiedy minąłem ostatnie zabudowania i skręciłem w leśną drogę prowadzącą ku wzgórzu, deszcz zaczął padać mocniej. Krople uderzały głucho o kaptur kurtki oraz mokre liście, a wiatr od jezior wciskał się pod ubranie z chłodem bardziej przypominającym przedwiośnie niż późną wiosnę. Las wyglądał pięknie i nieprzyjaźnie zarazem. Jasna zieleń młodych liści mieszała się z czernią mokrych pni, pomiędzy którymi zalegały pasma mgły niechcące ustąpić mimo późnego popołudnia.
Piramida wyłoniła się zza drzew nagle i przez krótką chwilę miałem wrażenie, że nie patrzę na budowlę, lecz na coś znacznie starszego, co od dawna tkwiło pośród tego lasu i cierpliwie czekało, aż człowiek znowu przypomni sobie o jego istnieniu. Nie była tak wielka, jak wyobrażałem ją sobie wcześniej, a jednak właśnie to czyniło ją bardziej niepokojącą. Nie dominowała nad okolicą jak monumentalne budowle znane z fotografii Egiptu. Stała pośród wilgotnej zieleni cicha, ciężka i obca, częściowo obrośnięta mchem oraz pnączami przypominającymi splątane żyły oplatające kamień.
Oparłem rower o drzewo i podszedłem bliżej. Woda spływała cienkimi strużkami po ciemnych blokach, znikając pomiędzy szczelinami niczym drobne żyłki rozchodzące się pod skórą. Wokół panowała cisza tak głęboka, że słyszałem własny oddech oraz krople spadające z gałęzi. Nawet las wydawał się dziwnie nieruchomy.
Dopiero wtedy położyłem dłoń na kamieniu.
Powinien być lodowaty po całym dniu deszczu i chłodu, a jednak spod mokrej powierzchni biło wyraźne ciepło. Cofnąłem rękę odruchowo i przez chwilę stałem nieruchomo, próbując wmówić sobie, że to jedynie złudzenie wywołane zmęczeniem drogą. Po kilku sekundach dotknąłem ściany ponownie. Tym razem ciepło wydawało się jeszcze bardziej wyraźne, jakby gdzieś głęboko pod warstwą kamienia pulsowało ukryte życie.
W powietrzu unosił się zapach mokrej ziemi, gnijących zeszłorocznych liści oraz wilgotnego drewna, lecz pod nim wyczułem nagle coś jeszcze. Woń suchą, gryzącą i całkowicie obcą mazurskiej wiośnie. Nie przypominała niczego, co mogłoby pochodzić z tego lasu.
Piasek.
Nie zwyczajny piach leśnych dróg, lecz zapach rozgrzanego pustynnego pyłu zmieszanego z ciężką wonią rzecznego mułu. Przez krótką chwilę miałem niemal pewność, że słyszę wodę uderzającą rytmicznie o drewniany kadłub łodzi, a wilgotny chłód wokół mnie ustępuje miejsca gorącemu powietrzu znad Nilu.
Wtedy ponad drzewami odezwały się kruki.
Najpierw pojedynczo, gdzieś wysoko nad lasem, później coraz bliżej i coraz liczniej, aż całe niebo nad wzgórzem zaczęło drgać od ciężkiego szelestu skrzydeł. Ptaki nie układały się w żadne harmonijne kręgi. Latały chaotycznie, nisko i niespokojnie, jakby coś pod ziemią przyciągało je ku sobie niewidzialną siłą. Czarne sylwetki przesuwały się na tle ciężkich chmur tak szybko, iż chwilami miałem wrażenie, że nad lasem kłębi się żywy dym.
Poczułem nagłe osłabienie. Nie było to zwykłe zmęczenie po wielogodzinnej jeździe rowerem, lecz dziwne uczucie przypominające gorączkę albo odpływ sił pojawiający się nagle tuż przed omdleniem. Oparłem się dłonią o mokry kamień, próbując uspokoić oddech, i wtedy znów poczułem pod palcami to samo ciepło, tym razem wyraźnie pulsujące, jakby wnętrze piramidy oddychało własnym rytmem.
Kruki zataczały coraz niższe kręgi ponad wzgórzem, a deszcz przybierał na sile do tego stopnia, że mokre gałęzie zaczęły uginać się pod ciężarem wody. W normalnych okolicznościach zapewne odszedłbym stamtąd bez oglądania się za siebie, lecz właśnie wtedy pojawiło się we mnie to dziwne uczucie, że piramida nie tyle stoi pośród lasu, ile cierpliwie na coś czeka.
Obszedłem budowlę dookoła. Z tylnej strony wzgórza ziemia opadała łagodnie ku podmokłej dolinie porośniętej olszynami. Woda zalegała tam pomiędzy korzeniami niczym ciemne lustra, a mgła snuła się nisko nad ziemią. To właśnie tam zauważyłem coś wystającego spod mokrych liści przy jednym z kamieni.
Była to niewielka przewieszka z rozerwanym skórzanym rzemykiem.
Podniosłem ją ostrożnie. Okazała się wykonana z ciemnego metalu pokrytego nalotem czasu. Kiedy przetarłem powierzchnię rękawem kurtki, zobaczyłem wyryty symbol oka. Nie przypominał żadnych znaków znanych ze starych mazurskich kapliczek ani rodzinnych herbów dawnych pruskich rodów. Wyglądał obco. Znacznie bardziej obco, niż powinien wyglądać przedmiot odnaleziony pośród wilgotnego lasu na krańcu Europy.
Schowałem przewieszkę do kieszeni i właśnie wtedy poczułem krótki pulsujący ból w nadgarstku. Spojrzałem odruchowo na dłoń. Pod cienką skórą pojawiła się żyła ciemniejsza od pozostałych, niemal granatowa, przypominająca smugę atramentu rozlanego na mokrym papierze. Mrugnąłem kilka razy przekonany, że to jedynie złudzenie wywołane chłodem i zmęczeniem. Kiedy spojrzałem ponownie, ślad był już ledwie widoczny.
Deszcz zacinał teraz niemal poziomo.
Ruszyłem z powrotem ku drodze prowadzącej do wsi, prowadząc rower po rozmokłym błocie. Po kilkudziesięciu metrach usłyszałem jednak cichy szum silnika. Z mgły wyłonił się ciemny samochód jadący powoli leśnym traktem. Zatrzymał się kilka kroków ode mnie.
Drzwi otworzyły się bez pośpiechu.
Z wnętrza wysiadła kobieta ubrana w jasną luźną szatę całkowicie niepasującą do chłodnej mazurskiej wiosny. Wokół oczu miała cienkie ciemne kreski, a na piersi połyskiwał złoty symbol oka zawieszony na cienkim łańcuszku.
Spojrzała na mnie spokojnie, a ja przez krótką chwilę miałem wrażenie, że znam jej twarz, choć wiedziałem, iż to niemożliwe.
– Czy droga do piramidy jest jeszcze daleko? – zapytała cicho.
Nie odpowiedziałem od razu. Za jej plecami, wysoko nad wzgórzem, kruki krążyły coraz niżej w ciężkim wilgotnym powietrzu, a deszcz przesuwał się pomiędzy drzewami jak srebrzysta mgła.
Wskazałem jedynie drogę za sobą.
Kobieta skinęła lekko głową i ruszyła ku wzgórzu spokojnym powolnym krokiem człowieka wracającego do miejsca doskonale znanego. Jeszcze długo patrzyłem za nią, stojąc pośród mokrego lasu i deszczu, który coraz mocniej spływał po gałęziach.
Minął miesiąc od mojego powrotu do domu, zanim ponownie pomyślałem o Rapie.
Właściwie próbowałem o niej nie myśleć. Zająłem się codziennością, porządkowaniem zdjęć z wyprawy i przygotowywaniem materiałów do kolejnych tekstów. Mimo to coraz częściej budziłem się nocami z dziwnym zapachem piasku w nozdrzach oraz wrażeniem, że tuż przed przebudzeniem słyszałem ciężki szelest skrzydeł.
Pewnego wieczoru, podczas przeglądania notatek z podróży, natrafiłem na stary zeszyt wsunięty pomiędzy mapy oraz fotografie. Nie pamiętałem chwili, w której go kupiłem ani schowałem do sakwy. Jeszcze bardziej niepokojące okazało się jednak coś innego.
Pismo należało do mnie.
Rozpoznawałem charakterystyczny sposób stawiania liter, nierówne pochylenie wyrazów i drobne błędy, które popełniałem od lat podczas szybkiego pisania. Problem polegał na tym, że nie przypominałem sobie, bym kiedykolwiek zapisał choćby jedno zdanie znajdujące się na pierwszych stronach.
Tytuł składał się z dwóch słów.
SEKHEM
Kruki nad Rapą
Poniżej dostrzegłem kilka znaków zapisanych ciemnym atramentem.
𓏠𓈖𓅱 𓇳
Nie znałem hieroglifów. Nigdy się nimi nie interesowałem, a jednak znaczenie pojawiło się w mojej głowie niemal natychmiast, jak wspomnienie czegoś dawno zapomnianego.
Min…
Ra…
W tej samej chwili poczułem zapach mokrego piasku i rzecznego mułu, tak wyraźny, jakby ktoś otworzył przede mną drzwi prowadzące nie do mojego domu, lecz ku nocnemu Nilowi.
Poniżej zaczynał się pamiętnik Pauline von Fahrenheid.
A pierwsze zdanie pachniało Egiptem.
***
Luty 1812 Egipt.
Nil nocą przypomina taflę ciemnego szkła, ponad którym zawisł świat gwiazd tak jasnych, że człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego dawni ludzie oddawali im cześć. Od kilku godzin stoję samotnie przy burcie naszej dahabiji i wdycham ciężkie powietrze przesycone zapachem smoły, wilgotnego drewna, przypraw oraz rzecznego mułu. Woda płynie spokojnie, niemal bezszelestnie, a mimo to mam wrażenie, że pod jej powierzchnią istnieje jakiś drugi nurt, starszy i znacznie bardziej cierpliwy od samej rzeki.
Egipt nie przypomina niczego, co znałam wcześniej.
Już pierwszego dnia po zejściu na ląd poczułam, że jest to kraj żyjący bardziej własną przeszłością niż teraźniejszością. Nawet światło ma tutaj inny kolor. Nie jest lekkie i chłodne jak w Prusach, lecz ciężkie, złotawe i niemal płynne, jakby słońce rozlewało się po kamieniu niczym rozgrzany metal. Wszystko wydaje się starsze, bardziej zużyte przez czas, a jednocześnie dziwnie trwalsze od świata, z którego przybyliśmy.
Ojciec zachwyca się architekturą oraz historią dawnych dynastii, Friedrich godzinami rozmawia z angielskimi archeologami i sporządza notatki dotyczące handlu, grobowców oraz miejscowych wierzeń. Ja natomiast coraz częściej łapię się na tym, że bardziej od samych ruin fascynuje mnie coś trudniejszego do nazwania. Atmosfera tego kraju działa na człowieka jak gorączka. Wnika pod skórę powoli i niepostrzeżenie, sprawiając, że zwyczajne europejskie życie zaczyna wydawać się nagle czymś odległym oraz pozbawionym znaczenia.
Każdego dnia odwiedzamy kolejne świątynie i nekropolie. Widziałam już monumentalne kolumnady Luksoru, ciemne korytarze grobowców oraz ściany pokryte tysiącami znaków, których znaczenia nie rozumiem, a mimo to coraz częściej mam wrażenie, że kryją w sobie rytm dawnej modlitwy albo ostrzeżenia pozostawionego ludziom przez kogoś, kto wiedział znacznie więcej o naturze świata niż my wszyscy razem.
W jednej ze świątyń położonych niedaleko Abydos zobaczyłam płaskorzeźby tak osobliwe, iż jeden z naszych niemieckich współpodróżnych odwrócił wzrok z wyraźnym zgorszeniem. Przedstawiały nagich kapłanów oraz postacie bóstw o przesadnie podkreślonych męskich członkach, jakby starożytni chcieli ukazać nie tyle samo ciało, ile siłę życia zdolną przeciwstawić się śmierci.
To właśnie wtedy po raz pierwszy usłyszałam imię Min.
Hassan, nasz miejscowy przewodnik, wypowiedział je półgłosem, niemal niechętnie, jak człowiek zmuszony przypominać sobie coś, czego wolałby nie nazywać. Potem uklęknął przy jednej ze ścian i drżącym palcem nakreślił na warstwie piasku kilka znaków.
𓏠𓈖𓅱 𓇳
Powiedział, że dawniej były miejsca, do których nawet miejscowi nie zapuszczali się po zmroku, ponieważ pewne bóstwa łatwiej było obudzić niż ponownie uśpić. Ojciec wyśmiał jego przesądy, Friedrich zaś zapytał jedynie, dlaczego ludzie mieliby obawiać się boga związanego z płodnością oraz życiem.
Hassan długo milczał, wpatrując się w znaki pozostawione na piasku, jakby sam żałował, że je nakreślił. Dopiero po chwili odpowiedział, iż największy lęk zawsze budziły te bóstwa, które dawały człowiekowi nie tylko życie, ale również pragnienia silniejsze od rozsądku.
Nie wiem dlaczego zapamiętałam jego słowa tak dokładnie.
Kilka dni później Hassan zaprowadził nas do ruin częściowo zasypanej świątyni położonej z dala od uczęszczanych szlaków. Już sama droga wydawała się dziwna. Im dalej oddalaliśmy się od głównego nurtu Nilu, tym bardziej znikały odgłosy ludzi i zwierząt. Pozostawał jedynie wiatr przesuwający piasek pomiędzy skałami oraz światło tak ostre, iż chwilami bolały od niego oczy.
Świątynia była niemal całkowicie pogrzebana pod pustynnym pyłem. Spomiędzy piasku wystawały jedynie fragmenty kolumn i ciemnych ścian pokrytych hieroglifami. Mimo upału poczułam tam chłód. Nie zwykły chłód kamienia ukrytego przed słońcem, lecz coś znacznie głębszego, jakby samo miejsce pozostawało martwe od tak dawna, że zapomniało już o świecie żywych.
Hassan wyraźnie nie chciał wchodzić do środka. Stał przy wejściu niespokojny, rozglądając się co chwilę ku pustyni, podczas gdy ojciec z Friedrichiem oglądali reliefy i pozostałości dawnych malowideł. Ja zaś oddaliłam się ku jednej z bocznych komnat częściowo zasypanych piaskiem.
To właśnie tam zauważyłam fragment ciemnego kamienia wystający spod warstwy pyłu.
Nie wiem dlaczego uklękłam.
Do dziś nie potrafię odpowiedzieć, co właściwie kazało mi odsunąć dłonią piasek. Może zwykła ciekawość. A może coś znacznie starszego niż rozsądek.
Przedmiot leżał płytko, jakby ktoś ukrył go tam w pośpiechu albo przeciwnie — pozostawił dokładnie w miejscu, gdzie powinien zostać odnaleziony.
Była to niewielka figurka wykonana z czarnego kamienia.
Miała wydłużone oczy, twarz o niemal ludzkich rysach i usta wykrzywione w ledwie dostrzegalnym uśmiechu. Reszta ciała była częściowo uszkodzona, lecz nie sposób było nie zauważyć przesadnie wielkiego fallusa wyrzeźbionego z niemal bezwstydną dokładnością. Na podstawie figurki wyryto te same znaki, które Hassan nakreślił wcześniej na piasku.
Przez krótką chwilę miałam wrażenie, że kamień jest ciepły.
Hassan pobladł, gdy pokazałam mu figurkę. Powiedział drżącym głosem, że nie wolno zabierać rzeczy pozostawionych dawnym bogom. Ojciec roześmiał się jedynie i stwierdził, że miejscowi od wieków próbują odstraszać Europejczyków od ruin pełnych kosztowności. Friedrich również nie potraktował słów przewodnika poważnie, choć zauważyłam, że sam przyglądał się figurce znacznie dłużej, niż byłoby to konieczne.
Ja zaś schowałam ją do torby.
Tej samej nocy nie mogłam zasnąć. Leżałam długo wsłuchana w szum Nilu uderzającego o drewniany kadłub łodzi, podczas gdy gorące powietrze przesuwało się leniwie pomiędzy zasłonami. W pewnej chwili poczułam jednak coś dziwnego.
Zapach.
Nie pochodził z rzeki ani z kadzideł palonych przez służbę. Przypominał raczej woń wilgotnego kamienia nagrzanego słońcem oraz czegoś jeszcze — ciężkiego, cielesnego i niemal intymnego.
Wtedy uświadomiłam sobie, że figurka ukryta w torbie jest ciepła.
Usiadłam gwałtownie na łóżku i przez kilka sekund wpatrywałam się w ciemność, próbując uspokoić oddech. Łódź kołysała się lekko na wodzie, drewno skrzypiało cicho, a mimo to coraz wyraźniej miałam wrażenie, że w kajucie nie jestem sama.
Wtedy po raz pierwszy usłyszałam szept.
Min…
Ra…
Pa…
Nie rozumiałam znaczenia tych sylab, a jednak każda z nich zdawała się otwierać we mnie coś, czego wcześniej nie znałam. Nie był to zwykły dźwięk słyszany uszami. Głos rozlegał się raczej gdzieś głęboko pod skórą, miękki i przeciągły niczym oddech przesuwający się po nagim ciele.
Przez kolejne noce sny wracały coraz częściej. Śniłam świątynie większe niż wszystkie dotąd odwiedzone, korytarze ginące w ciemności oraz kolumny tak wysokie, iż ich szczyty znikały pośród złotego pyłu unoszącego się w gorącym powietrzu. Pośród tych ruin stał On — ciemny niczym mokry bazalt, piękny i jednocześnie nieludzki w sposób budzący zarówno lęk, jak i fascynację.
Nie widziałam dokładnie jego twarzy, a mimo to za każdym razem czułam na sobie spojrzenie złotych oczu. Kiedy chłodna dłoń dotykała skóry pomiędzy moimi piersiami, całe ciało przeszywał mnie dreszcz, którego nie potrafiłam nazwać ani strachem, ani rozkoszą.
Po przebudzeniu długo siedziałam nieruchomo na łóżku, zawstydzona własnymi myślami i reakcją własnego ciała. Wychowano mnie przecież surowo, w przekonaniu, że kobieta powinna panować nad emocjami, pragnieniami i wszystkim tym, co mogłoby uczynić ją słabą wobec świata.
A jednak każdej kolejnej nocy coraz bardziej pragnęłam powrotu tych snów.
Kilka dni później zauważyłam na wewnętrznej stronie nadgarstka cienką żyłę o odcieniu ciemniejszym niż pozostałe.
Nie była błękitna.
Miała kolor atramentu rozlanego na mokrym papierze.
***
listopad 1812 Königsberg
Do Königsberga wróciliśmy późną jesienią. Miasto przywitało nas chłodem, wilgocią i ciężkim niebem wiszącym nisko nad dachami kamienic, jakby przez czas naszej nieobecności świat zdążył zapomnieć o słońcu. Port nad Pregołą tonął w mgłach, brukowane ulice błyszczały po deszczu, a ludzie mijający nasze powozy wydawali mi się nagle dziwnie obcy, jakbyśmy wracali nie z podróży, lecz z zupełnie innego świata.
Przez pierwsze dni niemal nie opuszczałam własnego pokoju.
Egipt nie chciał mnie opuścić.
Zapach piasku wracał niespodziewanie pośród wilgotnego pruskiego powietrza, a nocami budziłam się z wrażeniem, że słyszę wodę uderzającą o burty dahabiji oraz cichy szept dobiegający gdzieś spomiędzy ścian. Figurka ukryta w kufrze wydawała się cięższa niż wcześniej. Kilka razy próbowałam wmówić sobie, że wszystko jest jedynie skutkiem przemęczenia podróżą oraz egzotycznych opowieści, którymi karmili nas miejscowi przewodnicy. Mimo to coraz częściej łapałam się na tym, że zamykam drzwi pokoju na klucz i wyjmuję czarny posążek tylko po to, by patrzeć na niego w milczeniu.
W świetle lampy wyglądał niemal żywo.
Czasami miałam nawet wrażenie, że wydłużone oczy obserwują mnie z cierpliwością istoty świadomej czegoś, czego człowiek jeszcze nie rozumie.
Nie mówiłam o tym nikomu.
Ojciec po powrocie do Königsberga niemal natychmiast rzucił się w wir spotkań oraz rozmów z ludźmi zainteresowanymi Egiptem i starożytnościami. Friedrich godzinami przesiadywał nad notatkami sporządzonymi podczas podróży, a kiedy czasami nasze spojrzenia spotykały się przy stole, miałam dziwne wrażenie, że również on skrywa przede mną coś, czego nie potrafi nazwać.
Pewnego wieczoru zauważył granatową żyłę na moim nadgarstku.
Nie powiedział jednak ani słowa.
Przyglądał jej się jedynie przez chwilę z dziwnym skupieniem, po czym spokojnie wrócił do rozmowy o planowanej budowie nowych magazynów portowych, jakby niczego nie dostrzegł.
Kilka tygodni później dotarła do nas wiadomość o śmierci Matyldy.
List przywiózł posłaniec z München późnym popołudniem, kiedy za oknami padał mokry śnieg zmieszany z deszczem. Pamiętam dokładnie moment, w którym ojciec przełamał pieczęć i zaczął czytać, ponieważ wraz z pierwszymi słowami poczułam nagły chłód przesuwający się wzdłuż karku.
Matylda była moją kuzynką, córką siostry matki, kobietą zaledwie kilka lat starszą ode mnie. Jeszcze przed moim wyjazdem do Egiptu uchodziła za osobę cichą, przesadnie wręcz religijną i niemal chorobliwie unikającą tematów związanych z cielesnością. Tym większe zdumienie budziły opisy zawarte w liście.
Wuj Wilhelm pisał, że przez ostatnie tygodnie Matylda zaczęła zachowywać się w sposób budzący niepokój całej rodziny. Miewała bezsenność, gorączki oraz dziwne napady podniecenia, podczas których mówiła rzeczy całkowicie nieprzystające kobiecie wychowanej w surowych pruskich zasadach. Coraz częściej znikała nocami z domu, a służba kilkukrotnie odnajdywała ją błąkającą się boso po ogrodzie nawet podczas chłodu i deszczu.
W noc poprzedzającą śmierć widziano ją stojącą pośród nagich drzew z twarzą uniesioną ku niebu.
Kilka godzin później konie spłoszyły się na mokrej drodze.
Matylda zginęła pod kołami własnego powozu.
Ojciec odłożył list z ciężkim westchnieniem i przez dłuższą chwilę nikt z nas się nie odezwał. Dopiero kiedy Friedrich spokojnie nalał sobie wina, zauważyłam, że jego dłonie pozostają całkowicie nieruchome.
– Lekarze wspominają jeszcze o dziwnej chorobie krwi – powiedział w końcu ojciec, bardziej do siebie niż do nas. – Wilhelm pisze, że ciało wyglądało… nietypowo.
Nie zapytałam o szczegóły.
Już wtedy wiedziałam.
Tamtej nocy nie mogłam zasnąć. Wiatr szarpał gałęziami drzew rosnących przy kamienicy, deszcz uderzał o szyby, a ja siedziałam samotnie przy wygasającej lampie, wpatrując się w figurkę stojącą na stole. Cień rzucany przez posążek wydawał się większy, niż powinien, i chwilami miałam wrażenie, że porusza się niezależnie od płomienia.
W pewnym momencie usłyszałam kruki.
Nie było w tym nic niezwykłego. Ptaki często krążyły nad portem oraz dachami Königsberga. Tym razem jednak ich głosy zabrzmiały inaczej. Ciężej. Bliżej.
Podeszłam do okna.
Na gzymsie po drugiej stronie ulicy siedziało kilka kruków całkowicie nieruchomo mimo deszczu. Patrzyły prosto na moje okno.
Wtedy przyszła wizja.
Nie przypominała snu ani zwykłego wyobrażenia. Świat wokół mnie po prostu zniknął na krótką chwilę, jakby ktoś zgasił światło rzeczywistości i odsłonił coś ukrytego pod nią od zawsze.
Zobaczyłam wzgórze pośród ciemnego lasu.
Nie znałam jeszcze wtedy Rapy, a mimo to wiedziałam, że patrzę właśnie na to miejsce. Widziałam mokre drzewa, mgłę sunącą nisko nad ziemią oraz kamień częściowo wystający spod śniegu. Pośród tej wizji stała również budowla, której wcześniej tam nie było.
Piramida.
Ciemna i ciężka, jakby wyrastała wprost z ziemi.
A pod nią coś pulsowało.
Nie widziałam tego wyraźnie, lecz czułam obecność przypominającą ogromne serce bijące gdzieś głęboko pod warstwą kamienia i ziemi. Z każdym kolejnym uderzeniem moje ciało przeszywał ten sam dreszcz, który odczuwałam podczas snów nad Nilem.
Min…
Ra…
Pa…
Szept rozległ się tym razem wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej.
Kiedy odzyskałam świadomość, siedziałam na podłodze przy oknie z dłonią przyciśniętą do piersi. Lampka dogasała, deszcz nadal uderzał o szyby, a granatowa żyła na moim nadgarstku pulsowała tak wyraźnie, iż wydawała się niemal żyć własnym rytmem.
Nazajutrz powiedziałam ojcu, że chcę wyjechać z Königsberga.
Nie pytał długo o powody.
Być może sam potrzebował ucieczki po śmierci Matyldy. Być może zauważył, że od naszego powrotu z Egiptu coś zaczęło się zmieniać również we mnie. A może po prostu uznał, iż świeże powietrze oraz oddalenie od miasta pomogą mi odzyskać dawny spokój.
Kilka tygodni później jechaliśmy już ku Rapie.
Im bardziej oddalaliśmy się od Königsberga, tym silniej wracało do mnie uczucie niepokoju zmieszanego z czymś przypominającym oczekiwanie. Krajobraz stawał się coraz bardziej pusty i wilgotny. Lasów przybywało, drogi robiły się gorsze, a nad jeziorami zalegały ciężkie mgły.
Pierwsze kruki zobaczyłam jeszcze przed zachodem słońca.
Siedziały na nagich gałęziach przy drodze prowadzącej ku wzgórzu.
Czekały.
***
Styczeń Rapa 1813
Do Rapy przyjechaliśmy późnym popołudniem, kiedy nad mazurskimi jeziorami zaczynała już opadać ciężka wilgoć zwiastująca nocny chłód. Droga prowadząca do majątku tonęła w błocie po kilku dniach deszczu, a ciemne lasy ciągnące się po obu stronach traktu sprawiały wrażenie starszych i bardziej dzikich niż wszystkie lasy, które znałam dotąd z okolic Königsberga. Nawet powietrze pachniało tutaj inaczej. Było cięższe, przesycone wodą, torfem i rozkładem mokrych liści, lecz pod tą znajomą wonią wyczuwałam czasami coś jeszcze — suchy zapach piasku, pojawiający się nagle i równie szybko znikający.
Sam dwór nie przypominał rezydencji, do których przywykliśmy w mieście. Stał samotnie pośród rozległych pól oraz ciemnych wzgórz porośniętych lasem, jakby od pokoleń trwał tu bardziej z przyzwyczajenia niż z prawdziwej potrzeby życia. Mury nosiły ślady wilgoci, dach miejscami porastał mech, a stare drzewa otaczające zabudowania pochylały się ku oknom niczym niemi świadkowie dawnych wydarzeń, których nikt już nie chciał pamiętać.
Pierwszą osobą, która wzbudziła mój niepokój, była Marta.
Miała twarz pooraną zmarszczkami tak głębokimi, iż wydawały się bardziej pęknięciami starego drewna niż śladami wieku. Służyła jeszcze mojej babce i znała te ziemie lepiej niż ktokolwiek z nas. Kiedy przybyliśmy do Rapy, obserwowała nas spod kaptura ciemnej chusty z czymś pomiędzy nieufnością a lękiem. Szczególnie długo patrzyła na mnie.
Wieczorem, gdy ojciec zajęty był rozmowami z zarządcą majątku, a Friedrich przeglądał stare mapy okolicy, Marta przyszła do mojego pokoju pod pretekstem rozpalenia w kominku. Długo milczała, dorzucając drewno do ognia, aż w końcu odezwała się głosem cichym i szorstkim zarazem.
– Nie powinni byli tu wracać państwo o tej porze roku.
Nie zrozumiałam od razu, co miała na myśli. Zapytałam jedynie, dlaczego.
Staruszka przez chwilę patrzyła w płomienie.
– Bo ziemia budzi się razem z nimi.
Sądziłam początkowo, że mówi o dawnych przesądach, których na mazurskiej prowincji nigdy nie brakowało, lecz Marta nie wyglądała jak kobieta próbująca straszyć dla własnej przyjemności. W jej oczach widziałam raczej zmęczenie człowieka noszącego w sobie zbyt długo wspomnienia, których nikt nie chciał słuchać.
Opowiedziała mi wtedy o wzgórzu położonym niedaleko lasu, znacznie starszym niż sam majątek.
Jeszcze przed przybyciem pruskich rodów miał tam istnieć dawny kurhan, miejsce pochówku ludzi, o których z czasem przestano mówić nawet szeptem. Według miejscowych podań nocami widywano tam ognie pojawiające się pomiędzy drzewami oraz ptaki krążące nad wzgórzem nawet podczas największych burz. Starsi mieszkańcy okolicznych wsi unikali tego miejsca od pokoleń, wierząc, że ziemia pod kurhanem nigdy nie została właściwie zamknięta.
– Zamknięta? – zapytałam.
Marta podniosła wtedy wzrok.
– Są miejsca, panienko, które powinny pozostać zapomniane. Bo kiedy człowiek zaczyna w nich grzebać, coś budzi się razem z jego ciekawością.
Nie powiedziałam jej o Egipcie ani o figurce ukrytej w kufrze. Mimo to przez krótką chwilę miałam wrażenie, że staruszka wie znacznie więcej, niż chciałaby wyznać.
Kilka dni później zginęło pierwsze dziecko.
Był to kilkuletni syn jednego z robotników pracujących przy wyrębie lasu. Odnaleziono go o świcie niedaleko wzgórza, pomiędzy mokrymi paprociami i korzeniami starych sosen. Lekarz próbował później tłumaczyć śmierć gorączką albo nagłym atakiem choroby, lecz ludzie zaczęli szeptać między sobą niemal natychmiast.
Ciało wyglądało dziwnie.
Nie nosiło śladów przemocy, a jednak skóra dziecka była nienaturalnie blada, jakby wyssano z niej nie tylko krew, ale również samo życie. Najbardziej niepokojące okazały się jednak oczy. Szeroko otwarte, zastygłe w wyrazie tak głębokiego przerażenia, iż nawet ojciec nakazał zamknąć trumnę przed pogrzebem.
Marta przeżegnała się wtedy drżącą dłonią.
– Znowu zaczęło się to samo – wyszeptała.
Od tamtej chwili Friedrich zmienił się wyraźnie.
Początkowo próbował zachowywać spokój i tłumaczyć wszystko zbiegami okoliczności, lecz widziałam, że śmierć dziecka poruszyła go bardziej, niż chciał okazać. Coraz częściej znikał całymi godzinami, przeszukując stare dokumenty dotyczące majątku oraz okolicznych ziem. Rozmawiał z najstarszymi mieszkańcami wsi, odwiedzał opuszczone cmentarze i wracał późno w nocy przemoczony oraz milczący.
Pewnego wieczoru wszedł do biblioteki z naręczem starych map i rękopisów.
Wyglądał wtedy gorzej niż kiedykolwiek wcześniej. Pod oczami miał ciemne cienie, dłonie drżały mu lekko, a spojrzenie stało się niespokojne i gorączkowe.
– To miejsce było świętym wzgórzem jeszcze przed przybyciem Zakonu – powiedział cicho. – Później próbowano je zasypać, postawić kaplicę, nawet spalić las wokół, ale wszystko wracało.
Zapytałam, co właściwie ma wracać.
Friedrich długo milczał.
– Nie wiem – odpowiedział w końcu. – Ale ktoś przed nami już próbował to zatrzymać.
Pokazał mi wtedy fragment starego pergaminu pokrytego wyblakłym pismem oraz dziwnymi symbolami przypominającymi znaki, które widziałam wcześniej w Egipcie. Serce zaczęło bić mi szybciej.
Nie powiedziałam mu jednak nic.
Przez kolejne tygodnie Friedrich coraz bardziej pogrążał się w swoim śledztwie. Przestał niemal sypiać. Świece paliły się w jego pokoju do świtu, a służba zaczęła opowiadać, iż nocami widuje go spacerującego samotnie po lesie w okolicach kurhanu.
Którejś nocy usłyszałam kruki.
Ich głosy rozdarły ciemność tak nagle, że wyrwały mnie ze snu. Wiatr uderzał o okna dworu, deszcz zacinał o szyby, a gdzieś na zewnątrz rozlegał się ciężki szelest setek skrzydeł.
Friedricha nie było w pokoju.
Odnaleziono go dopiero nad ranem.
Leżał u podnóża wzgórza pośród mokrej trawy i błota. Deszcz obmył większość śladów, lecz ludzie opowiadali później, że ziemia wokół wyglądała tak, jakby coś ciężkiego długo szarpało się pośród korzeni i kamieni.
Jego twarz zastygła w wyrazie przerażenia.
Najgorsze było jednak to, że kruki siedziały wokół ciała całkowicie nieruchomo, jak milczący strażnicy czegoś, czego człowiek nie powinien oglądać.
Marta płakała tamtego ranka po raz pierwszy, odkąd ją znałam.
A ja, stojąc pośród mokrego lasu i szelestu skrzydeł, zrozumiałam nagle z przerażającą pewnością, że Egipt nie pozostał nad Nilem.
***
1814 Rapa
Śmierć Friedricha zmieniła Rapę bardziej, niż ktokolwiek chciał przyznać. Jeszcze przez wiele tygodni po pogrzebie ludzie mówili ciszej, unikali samotnych dróg prowadzących ku wzgórzu i zamykali okiennice wcześniej niż dawniej, jakby sam zmierzch przestał być tutaj czymś naturalnym. Nawet służba poruszała się po dworze z ostrożnością przypominającą lęk przed obudzeniem czegoś, co od dawna powinno było pozostać martwe. W długich korytarzach pachnących wilgocią oraz dymem z kominków coraz częściej zalegała cisza tak głęboka, iż chwilami wydawało mi się, że cały majątek nasłuchuje razem ze mną ciężkiego szelestu skrzydeł krążących nocami ponad lasem.
Ojciec próbował tłumaczyć tragedię nieszczęśliwym wypadkiem, lecz widziałam, że sam przestał wierzyć we własne słowa. Od dnia odnalezienia ciała Friedricha postarzał się nagle o wiele lat. Coraz częściej siedział samotnie w bibliotece, przeglądając stare mapy oraz dokumenty pozostawione przez poprzednich właścicieli majątku, jakby rozpaczliwie szukał odpowiedzi mogącej przywrócić światu dawny porządek. Nie znajdował jej jednak ani w kronikach, ani w listach, ani w pożółkłych księgach dotyczących okolicznych ziem.
Ja również nie potrafiłam już myśleć o Rapie jak o zwyczajnym miejscu. Czasami budziłam się nocą z pewnością, że coś pulsuje głęboko pod wzgórzem, a drgania tej niewidzialnej obecności przenikają ziemię, ściany dworu i moje własne ciało. Granatowa żyła na nadgarstku stawała się coraz wyraźniejsza, szczególnie podczas deszczu albo w chwilach, gdy nad lasem zaczynały krążyć kruki. W takich momentach wracały również sny o Egipcie. Widziałam świątynie skąpane w złotym pyle, chłodne dłonie przesuwające się po mojej skórze i oczy błyszczące w mroku niczym rozgrzany metal.
Kilka tygodni po śmierci Friedricha ojciec sprowadził do Rapy człowieka zajmującego się dawną architekturą sepulkralną. Był to ekscentryczny uczony z Berlina, zafascynowany egipskimi grobowcami oraz teoriami dotyczącymi wpływu kształtu budowli na zachowanie ciał po śmierci. Początkowo sądziłam, że chodzi jedynie o próbę uczczenia pamięci mojego brata czymś niezwykłym, lecz z czasem zaczęłam rozumieć, iż ojcem kieruje również strach. Wierzył, że wzgórze należy zamknąć, choć nigdy nie potrafił wyjaśnić, przed czym właściwie chce się bronić.
Pewnego wieczoru zapytałam go wprost, dlaczego tak bardzo zależy mu właśnie na piramidzie.
Przez dłuższą chwilę milczał, stojąc przy oknie biblioteki i patrząc na mokry las ciemniejący za szybami.
– Bo Egipcjanie wiedzieli rzeczy, o których Europa dawno zapomniała – odpowiedział w końcu zmęczonym głosem. – A jeśli Friedrich miał rację, być może tylko w ten sposób uda się zamknąć to miejsce.
Nie zapytałam, co dokładnie należy zamknąć, ponieważ obawiałam się, że odpowiedź mogłaby okazać się bardziej realna, niż chciałabym uwierzyć.
Budowę rozpoczęto jeszcze przed nadejściem zimy. Kamień sprowadzano z odległych kamieniołomów, robotnicy pracowali od świtu do zmroku, a nad wzgórzem niemal bez przerwy unosił się stuk młotów, skrzypienie drewnianych rusztowań oraz nawoływania ludzi ginące pośród wilgotnego wiatru. Miejscowi patrzyli na to przedsięwzięcie z rosnącym niepokojem. Marta twierdziła, że ziemia pod dawnym kurhanem nie powinna być niepokojona, lecz ojciec nie słuchał już niczyich ostrzeżeń. Im bardziej zbliżała się zima, tym większa stawała się jego obsesja doprowadzenia budowy do końca.
Mrozy przyszły wcześnie. Jeziora skute zostały lodem, drogi niemal zniknęły pod śniegiem, a las wokół wzgórza wyglądał chwilami jak martwe morze czarnych gałęzi. Mimo to robotnicy pracowali dalej, jakby sam ojciec obawiał się, iż każda zwłoka może sprowadzić kolejne nieszczęście. Kruki coraz częściej pojawiały się nad budową. Siedziały na rusztowaniach nieruchomo, obserwując ludzi z cierpliwością budzącą niepokój nawet wśród najtwardszych robotników.
Kiedy piramida została ukończona, ojciec poprosił mnie, abym jako pierwsza weszła do środka.
Nie wiem dlaczego się zgodziłam. Być może od dawna przeczuwałam, że moje życie zaczęło należeć bardziej do tego miejsca niż do świata, z którego przybyłam. A może po prostu pragnęłam zrozumieć, co naprawdę wydarzyło się z Friedrichem.
Wnętrze pachniało mokrym kamieniem i wapnem, lecz pod tą świeżą wonią wyczuwałam również coś znajomego. Piasek. Muł Nilu. Ciężkie kadzidła palone nocami na pokładzie dahabiji. W samym centrum komory ustawiono kamienny sarkofag przeznaczony dla Friedricha, a światło świec drżało niespokojnie na wilgotnych ścianach, sprawiając wrażenie, jakby sama budowla oddychała.
Poprosiłam, by zostawiono mnie samą.
Nie potrafię dziś powiedzieć, ile czasu spędziłam w środku. Pamiętam jedynie narastające ciepło oraz dziwne osłabienie przypominające gorączkę. Świece gasły jedna po drugiej, choć nie było przeciągu, a chłód mazurskiej zimy ustępował stopniowo gorącemu powietrzu pachnącemu pustynią. W pewnej chwili miałam już pewność, że nie znajduję się w Rapie, lecz ponownie pośród ruin świątyni nad Nilem.
Wtedy usłyszałam szept.
Min… Ra… Pa…
Nie rozlegał się wokół mnie, lecz we mnie samej, jakby od dawna czekał ukryty pod skórą. Kiedy ciemność zgęstniała pomiędzy ścianami piramidy, zobaczyłam Jego. Stał nieruchomo pośród mroku, wysoki i smukły, z oczami lśniącymi złotem przypominającym rozgrzany metal. Nie pamiętam dokładnie twarzy. Pamiętam jedynie dotyk chłodnych dłoni na mojej skórze oraz uczucie, że całe ciało przestaje należeć do mnie.
Nigdy wcześniej nie zaznałam podobnej rozkoszy i nigdy później również.
Kiedy odzyskałam świadomość, świece płonęły spokojnie, a przez szczelinę wejścia wpadało blade światło świtu. Leżałam na zimnym kamieniu drżąca i zawstydzona własnym ciałem, jakbym dopuściła się czegoś strasznego, a jednocześnie pragnęła powrotu tamtej chwili bardziej niż czegokolwiek w życiu.
Kilka tygodni później zrozumiałam, że jestem w ciąży.
Nie powiedziałam nikomu od razu, lecz ojciec szybko zauważył moje osłabienie oraz zmiany, których nie sposób było ukryć. Widziałam przerażenie w jego oczach, gdy próbował obliczać czas od naszego przyjazdu do Rapy i wszystkie możliwe okoliczności mogące wyjaśnić mój stan. Żadna nie miała sensu. Właśnie wtedy rozpoczęły się pośpieszne poszukiwania męża.
Ojciec potrzebował nazwiska, które uciszy plotki i ochroni resztki honoru naszej rodziny. Wybór padł ostatecznie na Konrada von Smarov, junkra z okolic Tilsit, człowieka niemal dwadzieścia pięć lat starszego ode mnie, wdowca znanego bardziej z majątku oraz wpływów niż z urody czy łagodnego charakteru.
Po raz pierwszy zobaczyłam go podczas kolacji w Königsbergu. Miał siwiejące włosy, ciężkie dłonie i twarz człowieka przyzwyczajonego do tego, że świat od dawna należy do niego. Patrzył na mnie długo, z zainteresowaniem, którego nie próbował nawet ukrywać. Myślę, że domyślał się prawdy, choć nigdy nie powiedział tego wprost. Zgodził się jednak na małżeństwo niemal natychmiast.
Ślub odbył się skromnie i bez dawnej radości towarzyszącej podobnym uroczystościom. Wkrótce potem wyjechałam do majątku von Smarovów, pozostawiając Rapę za sobą. Przynajmniej tak wówczas sądziłam.
Konrad okazał się człowiekiem chłodnym, lecz nie głupim. Nigdy nie pytał wprost o dziecko, jednak czasami przyłapywałam go na spojrzeniach pełnych dziwnego niepokoju. Mimo wieku wciąż oczekiwał ode mnie małżeńskich obowiązków, a ja znosiłam jego dotyk z rosnącym poczuciem winy oraz odrazy, ponieważ wiedziałam już, że moje ciało zapamiętało coś znacznie potężniejszego niż zwykłego mężczyznę.
Sny wróciły bardzo szybko.
Nocami budziłam się z zapachem piasku w nozdrzach i wrażeniem chłodnych dłoni przesuwających się po moim brzuchu. Dziecko rosło niezwykle szybko. Lekarze tłumaczyli to dobrym zdrowiem oraz silną naturą, lecz ja coraz częściej widziałam strach również w ich oczach. W ostatnich tygodniach ciąży zaczęłam słyszeć kruki nawet wtedy, gdy za oknami panowała cisza.
Wiedziałam już, że muszę wrócić do Rapy.
Nie powiedziałam o tym nikomu. Pewnej nocy opuściłam majątek sama, zabierając jedynie niewielki bagaż i czarną figurkę ukrytą od czasu podróży po Nilu na dnie kufra. Podróż była koszmarem. Deszcz, błoto i narastający ból odbierały mi siły z każdą godziną, lecz mimo to czułam, że coś prowadzi mnie ku wzgórzu z nieuchronnością silniejszą od rozsądku.
Do piramidy dotarłam nocą. Kruki siedziały na kamieniach całkowicie nieruchomo, jak strażnicy oczekujący mojego przybycia. Żaden z nich nie poruszył się, gdy weszłam do środka.
Poród rozpoczął się niemal natychmiast po przekroczeniu progu komory. Ból nadchodził falami tak gwałtownymi, że chwilami traciłam świadomość i odzyskiwałam ją dopiero wtedy, gdy kolejne skurcze rzucały mną o zimny kamień. Pamiętam świece gasnące jedna po drugiej, gorąco narastające pomiędzy ścianami oraz szept powracający coraz wyraźniej gdzieś zza granicy bólu i majaczenia. Kiedy dziecko przyszło na świat pośród ciemności, zapachu mokrego kamienia oraz ciężkiego szelestu skrzydeł krążących nad wzgórzem, przez krótką chwilę miałam wrażenie, że cała budowla oddycha razem z nim.
Mój syn był zdrowy i nienaturalnie spokojny, jakby otaczająca go ciemność nie budziła w nim lęku, lecz poczucie czegoś znajomego. Kiedy położyłam go na piersi, otworzył oczy i przez moment wydawało mi się, że widzę w nich błysk złota. Być może było to jedynie światło dogasających świec. Być może zmęczenie. Do dziś nie potrafię odpowiedzieć.
Odnaleziono mnie nad ranem.
Ojciec płakał po raz pierwszy, odkąd pamiętałam. Ludzie szeptali później o cudzie oraz szaleństwie, lecz prawdziwy horror czekał dopiero po powrocie do majątku von Smarovów.
Konrad leżał martwy we własnym łóżku. Wyglądał, jakby zasnął z dziwnym spokojem wymalowanym na twarzy. Dopiero gdy podeszłam bliżej, zobaczyłam znak wyryty na jego piersi.
Oko.
W kąciku ust zastygła zaś cienka kropla granatowej krwi.
***
1827 Gross Medunischken
Przez trzynaście lat mieszkałam pod jednym dachem z własnym synem i z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej zaczynałam rozumieć, że nie dorasta obok mnie zwykły człowiek. Friedrich od dzieciństwa różnił się od innych chłopców, lecz dopiero z czasem pojęłam, iż nie chodzi wyłącznie o jego chłód, inteligencję czy przedwczesną dojrzałość. W jego spojrzeniu istniało coś, czego nie potrafiłam nazwać inaczej niż brakiem duszy albo może obecnością czegoś znacznie starszego od ludzkiej natury.
Jako dziecko potrafił godzinami obserwować ludzi w całkowitym milczeniu, jakby próbował zrozumieć emocje, których sam nigdy naprawdę nie odczuwał. Nie płakał, gdy umierały zwierzęta. Nie okazywał strachu. Nawet jako kilkuletni chłopiec reagował na cierpienie innych raczej zaciekawieniem niż współczuciem. Początkowo próbowałam tłumaczyć to samotnością, wychowaniem i wpływem Konrada, lecz z biegiem lat coraz trudniej było mi oszukiwać samą siebie.
Najbardziej przerażało mnie jednak to, że Friedrich doskonale nauczył się udawać normalność.
W towarzystwie potrafił być ujmujący, dowcipny i elegancki do tego stopnia, iż ludzie niemal natychmiast ulegali jego urokowi. Kobiety zakochiwały się w nim z niepokojącą łatwością, mężczyźni zaś szybko zaczynali traktować go jak naturalnego przywódcę każdej rozmowy. Nikt poza mną nie dostrzegał, że wszystkie te emocje są jedynie maską. Friedrich obserwował ludzi tak, jak inni obserwują zwierzęta albo mechanizmy wymagające poznania zasad działania.
Im starszy się stawał, tym częściej zaczynałam widzieć w nim echo tamtej nocy spędzonej w piramidzie.
Bywały chwile, szczególnie podczas burz albo wtedy, gdy nad wzgórzem krążyły kruki, iż światło padające na jego twarz wydobywało z niej coś obcego i niemal nieludzkiego. W takich momentach wracały do mnie sny o Egipcie, o złotych oczach błyszczących pośród ciemności i o chłodnych dłoniach przesuwających się po mojej skórze. Czasami budziłam się nocą przekonana, że Friedrich stoi przy łóżku i patrzy na mnie bez słowa. Kilkukrotnie rzeczywiście tam był.
Nigdy nie pytał o swojego ojca.
Myślę dziś, że od dawna znał prawdę albo przynajmniej przeczuwał ją instynktownie. W jego obecności coraz częściej odczuwałam dziwne osłabienie, jakby sama bliskość syna wysysała ze mnie siły. Jednocześnie granatowa żyła na moim nadgarstku stawała się z roku na rok coraz ciemniejsza, a ja zaczynałam rozumieć coś, czego wcześniej nie chciałam dopuścić do świadomości.
Dzieci z okolicznych wsi zaczęły znikać jeszcze zanim Friedrich ukończył piętnaście lat.
Początkowo były to pojedyncze przypadki tłumaczone ucieczkami, wilkami albo nieszczęśliwymi wypadkami nad jeziorami. Jednak z czasem zaczęto odnajdywać ciała. Zawsze wyglądały podobnie — pozbawione śladów przemocy, lecz nienaturalnie blade, jakby ktoś odebrał im nie tylko krew, ale również samo życie. Ludzie bali się mówić o tym głośno, choć coraz częściej słyszałam szepty, iż wzgórze ponownie upomniało się o swoje.
Najstraszniejsze było jednak to, że po każdej śmierci dzieci czułam ulgę.
Granatowa żyła bledła wtedy na kilka dni, gorączka ustępowała, a szept, który od lat rozbrzmiewał gdzieś na granicy świadomości, stawał się cichszy. Za każdym razem budziło to we mnie obrzydzenie do samej siebie, ponieważ zaczynałam rozumieć, że moje życie może być związane z tymi zgonami bardziej, niż chciałam uwierzyć.
***
1838 Rapa/Gross Medunischken
Przez trzynaście lat żyłam w tym świecie narastającego lęku, obserwując własnego syna i próbując wmówić sobie, że wciąż pozostaje człowiekiem. Friedrich dorastał jednak coraz szybciej do roli, którą wyznaczyło mu coś znacznie starszego od naszej rodziny, a kiedy ukończył dwadzieścia pięć lat, oznajmił pewnego wieczoru, że wyjeżdża do Bawarii.
Nie pytałam o powód.
Powrócił dopiero kilka miesięcy później.
Towarzyszyła mu Adelheid von Reichenau.
Już pierwszy moment, w którym ją zobaczyłam, wzbudził we mnie niepokój trudny do opisania. Była bardzo młoda, piękna i poruszała się z tą szczególną pewnością siebie, którą posiadają kobiety świadome wpływu wywieranego na innych. Jej twarz mogła wydawać się delikatna, niemal niewinna, lecz w oczach dostrzegałam chłód podobny do tego, który znałam z spojrzenia Friedricha.
Podczas kolacji mówiła o München, które w jej bawarskiej wymowie brzmiało bardziej jak Minga, o archeologii, okultystycznych salonach oraz prywatnych kolekcjach egipskich artefaktów oglądanych niedawno w Bawarii. Friedrich słuchał jej z pobłażliwym spokojem, lecz widziałam wyraźnie, że fascynuje go bardziej niż jakakolwiek kobieta wcześniej.
Kruki siedziały wtedy za oknami jadalni nieruchome i ciężkie niczym fragmenty nocy przyklejone do mokrych gałęzi, a wiatr przesuwał po szybach strużki deszczu przypominające cienkie żyły.
W pewnej chwili Adelheid wyjęła prezent owinięty w ciemny materiał. Powiedziała z uśmiechem, że pomyślała o mojej podróży do Egiptu, kiedy zobaczyła go u handlarza starożytnościami.
Rozwinęłam tkaninę powoli, lecz już sam dotyk kamienia sprawił, że serce zaczęło bić szybciej.
Figurka była niemal identyczna jak ta, którą przed laty wydobyłam spod piasku świątyni nad Nilem. Czarny kamień, wydłużone oczy i przesadnie wielki fallus wyrzeźbiony z niemal bezwstydną dokładnością przypominały nie przedmiot, lecz powrót czegoś, co nigdy naprawdę nie odeszło.
W tej samej chwili pośród wilgotnego chłodu mazurskiej jesieni poczułam zapach pustyni, gorącego piasku, mułu Nilu oraz ciężkich kadzideł. Świat wokół stołu zaczął się oddalać, a gdzieś głęboko pod wzgórzem wyczułam znajome pulsowanie odpowiadające rytmowi krwi pod moją skórą.
Wszystkie świece zgasły jednocześnie, choć nie było przeciągu ani gwałtownego ruchu powietrza.
Adelheid nie wyglądała jednak na przestraszoną. Przeciwnie — w półmroku rozświetlanym błyskawicami jej twarz wydawała się niemal szczęśliwa, jakby właśnie potwierdziły się przypuszczenia noszone w tajemnicy od bardzo dawna.
Pierwsze opowieści docierały do mnie jeszcze zanim zdecydowałam się odwiedzić majątek Friedricha po jego powrocie z Bawarii. Początkowo brzmiały jak zwykłe plotki, których nigdy nie brakuje wokół bogatych rodzin i ludzi prowadzących życie bardziej swobodne niż życzyłoby sobie tego prowincjonalne społeczeństwo. Mówiono o nocnych przyjęciach przeciągających się do świtu, o muzyce rozbrzmiewającej pośród lasów nawet podczas jesiennych burz i o powozach przybywających pod osłoną nocy z Królewca, Berlina oraz odległych majątków Prus Wschodnich. Z czasem jednak w tych opowieściach zaczęło pojawiać się coś jeszcze. Nie chodziło już wyłącznie o rozwiązłość czy dekadenckie zabawy znudzonych arystokratów, lecz o atmosferę, której ludzie nie potrafili opisać inaczej niż słowem zepsucie.
Kiedy po raz pierwszy przyjechałam do ich dworu, zrozumiałam niemal natychmiast, że plotki mówiły prawdę, choć jednocześnie nie oddawały nawet części tego, co naprawdę działo się za tamtymi murami.
Sam budynek zmienił się nie do poznania. Dawniej ciężki i surowy w pruskim stylu, teraz sprawiał wrażenie miejsca wyrwanego z innego świata. Grube zasłony tłumiły światło dnia, ściany pokryto ciemnymi tkaninami sprowadzanymi podobno z Turcji oraz Egiptu, a w powietrzu stale unosił się słodki duszący zapach kadzideł, wina i czegoś jeszcze — woni ludzkich ciał długo przebywających razem w zamkniętych pomieszczeniach.
Adelheid poruszała się po tym świecie z naturalnością królowej doskonale świadomej własnej władzy. Potrafiła jednym spojrzeniem uciszyć rozmowę albo przeciwnie — sprawić, że ludzie zaczynali mówić rzeczy, których nigdy wcześniej nie odważyliby się wypowiedzieć na głos. Miała niezwykły dar wydobywania z innych ich najgłębszych pragnień oraz słabości, a później splatała je ze sobą niczym cierpliwy tkacz tworzący misterną sieć zależności.
Goście przybywający do majątku Friedricha bardzo szybko przestawali zachowywać się jak ludzie z dobrych domów. Już po kilku godzinach w tym miejscu znikały konwenanse, poczucie wstydu i wszelkie granice, które zwykle oddzielają człowieka od własnych instynktów. Rozmowy stawały się coraz bardziej intymne, spojrzenia dłuższe, dotyk bardziej śmiały, a śmiech nabierał dziwnej nerwowej intensywności, jakby wszyscy obecni jednocześnie bali się i pragnęli czegoś, co miało dopiero nadejść.
Najbardziej niepokoiło mnie jednak to, że Friedrich niemal nie uczestniczył w tych zabawach w sposób, jakiego można byłoby się spodziewać. Nie wyglądał na człowieka owładniętego pożądaniem. Przeciwnie — obserwował wszystko z chłodnym skupieniem badacza przyglądającego się eksperymentowi. Siedział często nieco z boku, z kieliszkiem w dłoni, patrząc na ludzi zatracających się w alkoholu, namiętnościach oraz coraz bardziej niepokojących grach psychologicznych organizowanych przez Adelheid.
To właśnie ona nadawała ton tamtym wieczorom.
Potrafiła sprawić, że zwykła rozmowa o sztuce albo archeologii zmieniała się stopniowo w duszną spowiedź z najbardziej ukrywanych fantazji i lęków. Czasami prowadziła gości do zamkniętych salonów, gdzie ściany zasłonięto ciężkimi kotarami, a światło świec odbijało się w lustrach ustawionych pod dziwnymi kątami. Ludzie wychodzili stamtąd odmienieni. Jedni roztrzęsieni i bladzi, inni przeciwnie — rozpaleni jak po silnej gorączce. Kilkoro z nich wracało później wielokrotnie do majątku, choć w ich spojrzeniach pojawiała się już wtedy niemal widoczna obsesja.
Służba zaczęła odchodzić po pierwszej zimie.
Początkowo tłumaczono to wysokimi wymaganiami Adelheid oraz atmosferą ciągłych nocnych przyjęć, lecz z czasem pojawiły się szepty o rzeczach znacznie bardziej niepokojących. Mówiono o dziwnych dźwiękach dochodzących spod podłóg, o gościach błąkających się nocami po ogrodach jak lunatycy oraz o ludziach, którzy po pobycie w majątku przez wiele tygodni zachowywali się tak, jakby pozostawili tam część własnego rozumu.
Któregoś wieczoru Adelheid zaprowadziła mnie do biblioteki znajdującej się w zachodnim skrzydle dworu. Pomieszczenie wyglądało bardziej jak prywatne sanktuarium niż miejsce przechowywania książek. Pomiędzy starymi tomami stały egipskie figurki, maski i fragmenty papirusów, a pośrodku stołu leżały rozłożone mapy okolic Rapy oraz szkice piramidy sporządzone ręką Friedricha.
Adelheid przesuwała palcami po liniach rysunków z czułością przypominającą dotyk kochanki.
Mówiła wtedy długo o dawnych wierzeniach Egiptu, o bramach pomiędzy światami oraz o energii miejsc, które według niej potrafią zachowywać w sobie ślady ludzkiego pożądania, cierpienia i śmierci przez całe stulecia. W jej głosie nie było jednak tonu badaczki ani kolekcjonerki osobliwości. Brzmiała raczej jak wyznawczyni mówiąca o czymś świętym.
W pewnej chwili zapytała mnie spokojnie, co naprawdę wydarzyło się tej nocy w piramidzie.
Nie odpowiedziałam.
Adelheid uśmiechnęła się wtedy lekko, jakby moje milczenie samo w sobie stanowiło potwierdzenie wszystkich jej podejrzeń.
Od tamtej chwili zaczęłam rozumieć, że dla niej Friedrich nie był wyłącznie mężczyzną ani nawet partnerem w dekadenckich zabawach. W jej oczach stawał się czymś znacznie ważniejszym — żywym dowodem, że pod wzgórzem w Rapie rzeczywiście istnieje coś zdolnego przekraczać granice ludzkiej natury.
Im bardziej rosła jej obsesja, tym bardziej zmieniał się sam Friedrich.
Nawet on zaczynał chwilami wyglądać na zmęczonego. Coraz częściej widywałam go stojącego samotnie przy oknach i patrzącego w stronę lasu z wyrazem twarzy przypominającym lęk. Adelheid natomiast wydawała się rozkwitać. Bywały noce, podczas których wyglądała niemal nienaturalnie młodo, jakby blask świec i spojrzenia otaczających ją ludzi karmiły ją czymś więcej niż zwykłą próżnością.
W tym samym czasie zaczęły znikać dzieci z okolicznych wsi. Plotki rozchodziły się szybko, lecz jeszcze szybciej milkły, ponieważ Friedrich potrafił uciszać ludzi pieniędzmi, groźbami albo samą obecnością budzącą w nich trudny do wyjaśnienia niepokój. Mimo to strach narastał, a kruki pojawiały się nad majątkiem coraz liczniej, siadając nocami na dachach oraz parapetach niczym cierpliwi świadkowie czegoś, co dopiero miało nadejść.
Ostatni raz widziałam ich oboje podczas burzy. Adelheid miała na sobie jasną luźną suknię całkowicie mokrą od deszczu, a Friedrich patrzył na nią z mieszaniną pożądania, fascynacji oraz lęku człowieka, który nagle zrozumiał, że sam stał się częścią własnego eksperymentu.
Pożar wybuchł tej samej nocy. Płomienie objęły dwór tak szybko, jakby ogień od lat czekał ukryty pomiędzy ścianami. Ludzie próbowali ratować budynek, lecz dach zawalił się jeszcze przed świtem. W ruinach odnaleziono później ciało Friedricha.
Ciała Adelheid nigdy nie znaleziono.
***
1925 Rapa
Ostatnie miesiące mojego życia upłynęły w ciszy tak głębokiej, iż chwilami wydawało mi się, że cały świat umarł razem z Friedrichem. Po pożarze w majątku pozostały jedynie osmalone mury oraz zapach mokrej sadzy utrzymujący się nad okolicą jeszcze długo po nadejściu zimy. Ludzie ze wsi przestali przychodzić do Rapy bez wyraźnej potrzeby. Nawet ci, którzy dawniej traktowali mnie z szacunkiem należnym starej właścicielce majątku, zaczęli patrzeć inaczej — z lękiem, współczuciem albo czymś znacznie gorszym, przypominającym przekonanie, że człowiek stojący przed nimi od dawna nie należy już całkowicie do świata żywych.
Nie mogłam mieć im tego za złe.
Sama coraz częściej odnosiłam podobne wrażenie.
Moje ciało starzało się wolniej, niż powinno. Dłonie pozostawały gładkie, włosy siwiały jedynie częściowo, a twarz odbijająca się w lustrze bardziej przypominała kobietę po sześćdziesiątce niż osobę, która dawno przekroczyła granicę wieku uznawanego za naturalny. Najgorsza była jednak nie sama młodość, lecz świadomość ceny, jaką za nią płacono.
Po śmierci Friedricha dzieci przestały znikać.
Granatowa żyła na moim nadgarstku zaczęła wtedy ciemnieć szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Gorączka wracała nocami, a wraz z nią szept, który przez lata nauczyłam się ignorować. Coraz częściej budziłam się z wrażeniem, że coś porusza się pod kamiennymi ścianami piramidy, jakby wzgórze oddychało ciężko i cierpliwie pod warstwą mokrej ziemi.
Wiedziałam już, że zostało niewiele czasu.
Którejś nocy poszłam do piramidy po raz ostatni.
Las był nieruchomy i wilgotny po całym dniu deszczu. Pomiędzy drzewami unosiła się mgła, a kruki siedziały na gałęziach całkowicie cicho, jakby również oczekiwały zakończenia czegoś, co rozpoczęło się wiele lat wcześniej nad Nilem. Kamień wejścia pokrywał mech i ciemne zacieki, lecz kiedy położyłam na nim dłoń, poczułam znajome ciepło pulsujące głęboko pod powierzchnią.
Wnętrze pachniało mokrym wapieniem, ziemią i czymś jeszcze — słodką wonią przypominającą kadzidła palone w egipskich świątyniach. Świece, które zabrałam ze sobą, gasły jedna po drugiej mimo nieruchomego powietrza, lecz nie próbowałam ich ponownie zapalać. Nie potrzebowałam już światła.
Usiadłam przy sarkofagu Friedricha i przez długi czas słuchałam ciszy.
Myślałam wtedy o wszystkich ludziach, którzy zginęli po drodze. O Matyldzie. O dzieciach odnajdywanych pośród mokrych lasów. O Konradzie, Friedrichu i być może również o sobie samej, ponieważ coraz trudniej było mi uwierzyć, że kobieta, którą byłam kiedyś, naprawdę jeszcze istnieje.
Granatowa żyła pulsowała pod skórą niemal boleśnie.
W pewnej chwili zauważyłam, że spod kamiennych szczelin podłogi zaczyna sączyć się ciemna wilgoć. Początkowo przypominała zwykłą wodę, lecz gdy dotknęłam jej dłonią, zobaczyłam kolor, którego bałam się od wielu lat.
Granat.
Krew rozlewała się powoli pomiędzy kamieniami niczym żywa istota szukająca drogi ku powierzchni. Nie wypływała gwałtownie. Raczej sączyła się cierpliwie, jakby wzgórze od dawna nasiąkało nią warstwa po warstwie. W świetle ostatniej świecy widziałam, jak ciemna ciecz drga delikatnie, odpowiadając rytmowi mojego serca.
Wtedy zrozumiałam prawdę.
To nigdy nie było przekleństwo jednego człowieka ani nawet jednej rodziny. To miejsce potrzebowało jedynie żywicieli, ludzi wystarczająco słabych albo wystarczająco ciekawych, by otworzyć przed nim własne ciało i własny umysł. Egipt był jedynie początkiem. Portal istniał wcześniej i będzie istniał nadal, cierpliwy jak ziemia oraz starszy od wszystkich naszych bogów.
Min…
Ra…
Pa…
Szept powrócił po raz ostatni, miękki i niemal czuły.
Nie czułam już strachu.
Położyłam dłoń na kamieniu i zamknęłam oczy, pozwalając, by pulsowanie pod wzgórzem stopniowo zlało się z rytmem mojego ciała. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam, był szelest skrzydeł kruków krążących nad piramidą pośród deszczu.
Dalszy fragment pamiętnika został dopisany inną ręką. Atrament jest wyraźnie bledszy, a charakter pisma bardziej nerwowy. Na marginesie jednej ze stron widnieje data: listopad 1936 roku.
Nie wiem, kim była kobieta odnaleziona późną jesienią na drodze prowadzącej ku granicy. Strażnicy utrzymywali, że wyglądała najwyżej na trzydzieści lat, choć według miejscowych plotek powinna od dawna nie żyć. Miała na sobie cienką jasną suknię całkowicie nieodpowiednią do chłodu i nie posiadała przy sobie żadnych dokumentów poza złotym medalionem z wyrytym okiem.
Podobno przez całą drogę do Königsberga szeptała coś w obcym języku.
Jeden ze strażników twierdził później, że brzmiało to jak modlitwa albo powtarzane bez końca imię.
Min…
Ra…
Pa…
Kilka dni po jej odnalezieniu w okolicznych wsiach ponownie zaczęły ginąć dzieci.
***
Minęło kilka tygodni od chwili, gdy po raz ostatni zamknąłem pamiętnik Pauline von Fahrenheid, a mimo to wciąż nie potrafię uwolnić się od wrażenia, że pewne historie nie kończą się w chwili zapisania ostatniego zdania. Przeciwnie — czasami dopiero wtedy zaczynają żyć naprawdę, powoli wrastając w człowieka niczym wilgoć w stare mury.
Początkowo chciałem potraktować wszystko jak materiał do książki.
Tak właśnie tłumaczyłem sobie własną obsesję. Notatki. Zdjęcia. Powracające sny. Wieczorami rozkładałem na biurku fotografie z Rapy, szkice piramidy, wycinki gazet i zapisane naprędce fragmenty rozmów z mieszkańcami okolicznych wsi. Wydawało mi się, że zachowuję jeszcze bezpieczny dystans autora opisującego cudze szaleństwo.
Dziś wiem, że dystans zaczął znikać znacznie wcześniej.
Najpierw pojawiły się sny.
Nie gwałtowne koszmary, lecz obrazy powracające z cierpliwością kropli drążącej kamień. Śniłem wilgotne korytarze pachnące wapieniem i kadzidłem, ciężkie zasłony poruszające się bez wiatru oraz światło świec odbijające się w czarnym kamieniu. Czasami widziałem kobietę siedzącą tyłem przy stole zasłanym pożółkłymi kartami pamiętnika. Kiedy próbowałem podejść bliżej, odwracała głowę tylko odrobinę, tak bym dostrzegł fragment policzka i ciemną smugę włosów, nigdy jednak całą twarz.
Budziłem się wtedy z dziwnym uczuciem, że nie śnię o przeszłości, lecz o czymś, co dopiero na mnie czeka.
Któregoś wieczoru, podczas pracy nad pierwszym rozdziałem książki, zauważyłem coś na wewnętrznej stronie nadgarstka. Początkowo sądziłem, że to jedynie cień rzucany przez lampę albo ślad po ucisku dłoni opierającej się zbyt długo o biurko. Jednak cienka żyła pod skórą miała wyraźnie ciemniejszy odcień niż pozostałe.
Granatowy.
Przez chwilę siedziałem nieruchomo, wpatrując się w nią z narastającym niepokojem. Pamiętałem zbyt dobrze słowa Pauline i opisy, które jeszcze niedawno traktowałem jak literacką metaforę albo zapis postępującego obłędu kobiety żyjącej zbyt długo pośród własnych traum.
Następnego ranka ślad niemal zniknął.
Powinienem poczuć ulgę, lecz zamiast niej pojawiło się coś znacznie bardziej niepokojącego. Zacząłem bowiem przypominać sobie rzeczy, których wcześniej nie uważałem za istotne.
Tego samego dnia, gdy żyła zbledła, usłyszałem w lokalnych wiadomościach o śmierci dziecka odnalezionego w lesie niedaleko jednej z mazurskich miejscowości. Policja mówiła o wychłodzeniu i nieszczęśliwym wypadku, lecz kiedy zobaczyłem zdjęcie miejsca znalezienia ciała, poczułem lodowaty chłód przesuwający się wzdłuż karku.
Na fotografii, niemal niewidoczna pośród mokrych liści, leżała czarna ptasia lotka.
Kruka.
Od tamtej chwili zacząłem obserwować własne ciało z rosnącą obsesją. Granatowe żyły pojawiały się i znikały. Czasami były ledwie widoczne, innym razem ciemniały tak wyraźnie, iż wydawało mi się, że pulsują własnym rytmem pod skórą. Najgorsze było jednak to, że ich blednięciu niemal zawsze towarzyszyły wiadomości o kolejnych tragediach. Zaginięcie dziecka. Samobójstwo nastolatki. Wypadek gdzieś na odludnej drodze pośród lasów.
Przez długi czas próbowałem wmówić sobie, że to jedynie przypadek.
Dziś już nie potrafię.
Czasami łapię się na tym, że podczas spacerów nasłuchuję kruków. Że zapach mokrego piasku pojawia się nagle w miejscach, gdzie nie powinien istnieć. Że wieczorami mimowolnie zapisuję na marginesach notatek słowa, których znaczenia nie chcę rozumieć.
Min…
Ra…
Pa…
Najbardziej przeraża mnie jednak coś innego.
Nie strach przed śmiercią.
Nie nawet świadomość, że klątwa Pauline mogła przetrwać znacznie dłużej niż sama Pauline.
Najbardziej boję się chwili, w której przestanę chcieć z tym walczyć.
Bo coraz częściej, kiedy granatowe żyły zaczynają ciemnieć i pulsować pod skórą niczym żywe, pojawia się we mnie myśl tak obrzydliwa, że jeszcze kilka miesięcy temu uznałbym ją za niemożliwą.
Myśl, że gdzieś istnieje sposób, by znów je uciszyć.
Sekhem – sekhem (staroegipskie 𓋾, czyt. sechem) oznacza moc, potęgę lub siłę życiową.
Min – w mitologii egipskiej stary bóg płodności, głęboko związany z kultem fallicznym, w sztuce przedstawiany jako mężczyzna z wyeksponowanym penisem, trzymający w jednej ręce cep i noszący na głowie czapkę z dwoma piórami,
Jeśli dotarłeś do końca mojego opowiadania, to już wielki plus dla mnie jako autora. Jeśli postawisz mi kawę, potraktuję ją nie tylko jako podziękowanie za wspólnie spędzony czas, ale również jako mały impuls, że warto pisać dalej, bo gdzieś po drugiej stronie ekranu ktoś czeka na następne opowiadanie.
Dodaj komentarz