
REVENANT
Krzysztof Raducha
Fragment promocyjny
www.kuryerdworski.pl
Niniejszy plik zawiera wybrane fragmenty książki.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
PRZED PROGIEM REVENANTA
Zanim przekroczysz próg, pozwól Skrybie opowiedzieć Ci trzy historie.
Od autora
Nie wszystko, co odchodzi, pozostaje w przeszłości.
Są wspomnienia, które wracają po latach. Są słowa, których nie zdążyliśmy wypowiedzieć. Są ludzie, których utrata wydaje się ostateczna, a jednak ich obecność odnajdujemy w codziennych gestach, miejscach i snach.
Słowo „revenant” pochodzi z języka francuskiego i oznacza „tego, który powraca”. W dawnych wierzeniach revenantem nazywano kogoś lub coś, co powinno było już odejść, zostać pogrzebane w przeszłości lub zapomnieniu, a jednak wróciło.
Zapraszam Cię do przeczytania trzech fragmentów. Każdy z nich prowadzi w inną stronę, ale wszystkie są częścią tej samej opowieści o tym, co powraca.
EPIFANIA *
Każdy mój poranek wyglądał tak samo. Właściwie nie wiem, czy można to jeszcze nazwać porankiem, skoro nic się w nim nie zaczynało. Budziłem się zwykle przed dzwonkiem budzika, kilka minut przed szóstą, i leżałem chwilę na plecach, wpatrując się w sufit. Nie dlatego, żebym nad czymś rozmyślał albo coś analizował. Raczej wsłuchiwałem się w ciszę, w skrzypienie łóżka, w oddech kobiety śpiącej obok, i czekałem, aż trzeba będzie wstać. Nie było na co czekać, ale leżeć też nie było po co.
Żona spała po swojej stronie łóżka, odwrócona twarzą do ściany. Tak było od dawna. Już nawet nie pamiętałem, kiedy ostatni raz zasnęliśmy zwróceni ku sobie, nie mówiąc już o jakichś czułościach. Pewne rzeczy nie dzieją się nagle. Po prostu z biegiem lat człowiek przesuwa się na swoją stronę, a potem zostaje tam na zawsze. Najpierw była jedna kołdra, później dla wygody każde z nas miało swoją. Jedno łóżko, dwie obce osoby. Wstawałem cicho, żeby jej nie budzić, wsuwałem stopy w kapcie i nie zapalając lampki, wychodziłem z pokoju.
W kuchni czekało to samo co zawsze. Blacha kuchennego pieca, stół przykryty ceratą, emaliowany czajnik, szafka, której drzwiczki domykały się dopiero po mocniejszym pchnięciu. Nalewałem wody, stawiałem czajnik, wsypywałem kawę zbożową do szklanki w ażurowym koszyczku. Prawdziwa kawa trafiała się rzadko, raczej od święta albo z jakiegoś przydziału, o którym potem mówiło się przez kilka miesięcy. Siadałem przy stole i piłem powoli, patrząc przez okno na podwórko, gdzie o tej porze nie było widać jeszcze nic poza koślawymi szopami, szarym murem i porannym chłodem.
Potem łazienka. Mokrym grzebieniem przyczesywałem przerzedzone z wiekiem włosy. Z goleniem różnie bywało. Goliłem się raz na dwa, trzy dni, czasem rzadziej. W pracy nikt na to nie zwracał uwagi, a jeśli nawet zwracał, to nie na tyle, żeby mi o tym mówić. Koszule też nosiłem po kilka dni. Zresztą kto miałby to zauważyć? Nawet gdy mankiet trochę się przybrudził, a pod kołnierzem pojawił się ciemniejszy ślad, nie robiło to większej różnicy. Byłem jednym z tych ludzi, których wzrok omija, nie zatrzymując się na nich ani na chwilę. Szary garnitur, szara twarz, szare życie. Wtopiony w ściany, w korytarz, w tłum idący rano do pracy. A może po prostu już dawno nauczyłem się być niewidoczny?
Żona wstawała niedługo po mnie. Słyszałem, jak zakłada szlafrok, jak stawia na stole talerz, jak otwiera kredens. Mówiliśmy do siebie niewiele. Że trzeba kupić chleb. Że węgiel się kończy. Że Zbyszek znów nie napisał od dwóch tygodni. Że Marta ponoć ma przyjechać na święta, ale jeszcze nie wiadomo. Dzieci miały już własne życie, własne miasta, własne sprawy. Kiedyś dom był pełen trzaskania drzwiami, pośpiechu, głosów, próśb i pretensji. Teraz został po nich tylko pusty pokój, dwa stare łóżka i cisza, która z początku wydawała się ulgą, a z czasem zaczęła przygniatać i boleć.
*Epifania – moment nagłego olśnienia, w którym zwyczajna chwila odsłania przed człowiekiem ukryty sens życia lub własnych pragnień.
✒
Skryba odłożył pióro. Dalszy ciąg tej historii czeka na kartach „Revenanta”.
MINNE
PROLOG
Stary strażnik, ten sam, który kołysał mnie kiedyś na kolanach i strugał ludziki z lipowego drewna, uchylił drzwi mojej celi. W półmroku wyglądał inaczej – starzej, jakby cień ostatnich wydarzeń na nim przysiadł i wyssał całą życiową energię.
– Idź. Uciekaj, dziecko.
Jego głos był ochrypły, zmęczony, drżący.
Zawahałam się.
– A ty? Co im powiesz?
– I tak już jestem martwy – odpowiedział z płytkim śmiechem, który natychmiast zamienił się w kaszel. Wytarł krew z ust wierzchem dłoni.
– A nawet gdybym miał stanąć pod pręgierzem, dla ciebie to zrobię. Idź. Proszę. Czas ucieka.
Zrobiłam krok na korytarz, potem drugi. Gdy się obejrzałam, strażnik stał oparty o ścianę, jakby brakowało mu sił, ale w jego oczach widziałam spokój. Wiedział, że w tym momencie nic więcej nie może już zrobić – ani dla miasta, ani dla siebie.
Tylko dla mnie.
Wyszłam.
Kamienne schody były wilgotne od porannej mgły. Trzymałam się muru, żeby nie upaść. Kiedy dotarłam na ulicę, od razu wmieszałam się w tłum, jakbym była tylko kolejną twarzą gapiącą się na krwawe widowisko.
Na podwyższeniu kat ciągnął żelazną hakownicą ciało skazańca, a gawiedź klaskała, jakby oglądała przedstawienie. Śmiech, gwizdy, okrzyki.
Nie chciałam patrzeć.
Ruszyłam. Bardzo niezdarnie. Powoli.
Krok za krokiem. Nie mogłam przyspieszyć.
Brzuch nie pozwalał mi biec.
Dziecko we mnie ważyło więcej niż strach.
Brązowy płaszcz skrywał moją sylwetkę, kaptur przylegał do twarzy, ukrywając spłowiałe kasztanowe włosy. Wszystko po to, by nikt mnie nie poznał.
Nie zatrzymał.
Jeszcze kilka kroków.
Jeszcze chwila.
Jeszcze moment, a przekroczę bramę Brodnicy.
Miasta, które mnie zdradziło.
Nie…
To nie miasto mnie zdradziło.
Miasto tylko patrzyło obojętnie.
Zdradzili mnie najbliżsi.
Wtedy to usłyszałam.
Szept.
Delikatny, przeciągły, jakby niósł się wprost z mgły.
Moje imię.
Podniosłam wzrok ku blankom.
Ku miejscu, gdzie wisiała klatka ze wciśniętym weń nieszczęśnikiem.
Klatka kołysała się lekko na wietrze, a wokół niej krążyły kruki.
Zobaczyłam jego twarz.
A raczej to, co z niej zostało.
Nie miał oczu.
Wydziobały mu je ptaki, które teraz siedziały na prętach i darły się głodnym głosem.
A jednak wiedziałam.
To był on.
Eryk.
Mój ukochany.
To on szeptał moje imię.
Przez krew.
Przez kraty.
Przez zasłonę śmierci.
Przez tę przerażającą pustkę w oczodołach.
Nogi ugięły się pode mną, ale nie upadłam.
Coś ciepłego spłynęło po moich udach i wypełniło wełniane poły sukni.
Nie.
Nie mogłam już dalej iść.
Bo po co?
Dla kogo?
Nie mogłam żyć dalej w świecie, który wyrwał mi serce i pokazał je w klatce nad bramą.
Odwróciłam się od tłumu.
Zrobiłam pierwszy krok ku Drwęcy.
Potem drugi.
Każdy bardziej pewny niż poprzedni.
Wiedziałam, dokąd idę i po co.
Rzeka była chłodna, cicha i cierpliwa.
Czekała.
Na mnie.
Na to, co niosę.
I na dziecko, które nie powinno przyjść na świat.
Nie powinno widzieć tego podłego świata.
ROZDZIAŁ I
Nad ranem Brodnica była jeszcze snem. Na rynku gęsta mgła zalegała tak nisko, że trzeba było ją niemal rozgarniać dłonią, by cokolwiek zobaczyć. Powietrze pachniało wilgocią i dymem z palenisk dogasających pod czarnymi kapami kominów. Zanim kogut zapiał na naszym podwórzu, ja już byłam na nogach.
Zawsze wstawałam pierwsza. Matka spała twardo, pogrążona w swoich niewidzialnych królestwach, z których coraz rzadziej powracała. Dom od dawna należał do mnie. Nauczyłam się dbać o ogień, mąkę, wodę i ciszę. Cisza była najtrudniejsza.
Wzięłam wiadro i wyszłam po wodę do studni przy bramie. Codzienna droga, znana jak blizny na własnych dłoniach. Mury piętrzyły się przede mną jak ogromne uśpione zwierzę. Kruki siedziały na blankach, jeszcze zaspane, choć ich czarne oczy zawsze czuwały. Kilka z nich rozdziobywało resztki zwłok nieszczęśników wiszących w klatkach na murach.
Brama Chełmińska była rozwarta, chociaż brona pozostawała spuszczona.
Zobaczyłam go, nim on mnie zobaczył.
Stał wsparty na halabardzie, z głową lekko pochyloną, jakby wybudzał się z krótkiego snu. Stal przy pasie była zaszroniona, włosy też przyprószone bielą – młode, miękkie, zawsze trochę zbyt długie jak na strażnika.
Herman.
Zawsze udawał, że stoi tu przez przypadek, kiedy szłam po wodę.
A ja udawałam, że wierzę.
Zaszurałam butami po mokrym bruku, by go nie przestraszyć.
Uniósł głowę natychmiast, jakby czekał właśnie na ten dźwięk.
Machał do mnie tą swoją nieśmiałą dłonią, a uśmiech miał taki, że w środku pękła mi mała tama tłumiąca wszelkie uczucia – niebezpieczny, zakazany, ale ciepły i utęskniony.
– Dzień dobry bardzo, panno Leno. Zimno dziś, lecz twój widok, widok twojego cudownego uśmiechu sprawia, że od razu robi mi się cieplej… na sercu. Mogę jakoś pomóc? Potrzymać? Przytulić? – wyszeptał konspiracyjnie.
Zatrzymałam się tuż przed nim.
Nie wiem, jak on to robił, ale zawsze mimowolnie uśmiechałam się na jego widok.
I zawsze coś we mnie miękło, gdy mówił… na sercu.
Lubiłam go, lubiłam jego obecność. Widok jego pogodnej twarzy.
Czy tylko lubiłam? A może to było to nienazwane uczucie?
Nie wolno nam było tego nazywać – ani jemu, ani mnie.
Strażnik bramy i córka wdowy z kamienicą pod murem… Świat był wobec nas zbyt staroświecki, zbyt skostniały, by pomieścił jeszcze miłość nas dwojga.
A jednak istniała.
Tliła się.
✒
Skryba odłożył pióro. Dalszy ciąg tej historii czeka na kartach „Revenanta”.
JANKO Z MAŁYM FLETEM
Toruń. Miasto jak piękny diament w diademie. Wszyscy się nim zachwycają, lecz niewielu pamięta, że wszystko, co lśni, ma też mroczną stronę.
Jam jest Skryba stary, zgryźliwy, a czasem i złośliwy, co niejedno widział, niejeden pergamin pobrudził atramentem, spisując wyrzuty sumienia. Swoje i cudze. Częściej jednak cudze. Bywało, że siedząc za filarem ratuszowym albo pod leciwą lipą na rynku, wpatrywałem się w fontannę, na której szczycie grajek dumnie stoi, a żaby przy nim wokoło jakby na wiecznym czuwaniu przysiadły.
Dziś, gdy ręka drży nie tyle ze starości, ile od wspomnień, spiszę i opowiem prawdziwy rodowód tej figury i tych żab złotych. Nie z bajki się wzięły, tylko z błota i grzechu, z muzyki i zaślepienia, z bogactwa i pychy.
Kto chce, niech czyta. Ten, kto się obrazi, niech idzie umywać ręce jak Piłat. Prawdę i tak kiedyś spotka za rogiem; przykleja się ona do człowieka jak mokry liść do buta i wędruje z nim dalej. Niepostrzeżona i cicha.
Janko
Na imię mu było Janko, a po ojcu wołali go Brzeźniak, bo chata ich stała w brzezinie nad Wisłą, tam gdzie nurt zwalnia, jakby odpoczywał po miejskim gwarze. Ojciec był flisakiem, silnym i upartym jak wół pociągowy. Zginął któregoś lata, kiedy tratwa przegrała spór z mielizną pod Chełmnem. Został po nim chłopak chudy, przetrącony biedą, i flet stary, pęknięty, co więcej pisków wydawał niż nut skocznych.
Janko siadał na brzegu Wisły i ciągle grać próbował, lecz nie szło mu to wcale. Raz był to skrzek, raz świst, raz dźwięk krótszy niż oddech, a częściej przeciągły jak skarga sójki. Nieraz wiatr gnał tę kakofonię dźwięków pod żagle i niósł po wodzie daleko, jakby chciał ją złożyć gdzieś, gdzie nikomu nie szkodzi i nikogo nie razi.
Flisacy brali to za śpiew topielców albo znak, że mielizna na nich czyha. Piżmaki czmychały w nory głębokie, a zły ton potrafił wypłoszyć nawet cierpliwość czapli.
Były dni, gdy słońce tarzało się po rzece jak pies w piasku, i dni, gdy mżawka kleiła ziemię do stóp. A Janko trwał zawsze na swoim miejscu, flet przy ustach, palce w nieustannym ćwiczeniu, jakby ruchem chciał nauczyć ciało rozumu.
Nic z tego.
Pisk i świst, i ta uparta wiara, że cierpliwość odmieni się kiedyś w dar.
Grając, przymykał oczy. Czasem uchylał jedno, nie po to, by komuś zaglądać w duszę, tylko by odgonić komara, który akurat ucztował na jego nosie. Zaraz je zamykał, żeby nie parsknąć śmiechem z samego siebie, bo śmiech zabiera powietrze, a powietrze jest muzyce potrzebne, choćby tej pokracznej.
Tej nic niewartej.
Przyszła wiosna ciepła. Trzciny odrosły bujnie, brzegu ubyło kilka cali.
Tego dnia nad rzekę przyszła dziewczyna w cienkiej, prześwitującej koszulinie. Z towarzyszkami chlapały się w wodzie, a ona prężyła się i wyginała, jakby woda była lustrem, a świat miał obowiązek podziwiać ten, w jej mniemaniu, cud.
Janko grał, jak grał codziennie, czyli marnie. Jedno jego oko uchylone spoglądało na komara, mogło z daleka wyglądać na spojrzenie namiętne. Może i coś dostrzegł, lecz zaraz powiekę zamknął, bo w środku podniósł się śmiech na widok pozy dziewczyny, która udawała pewność siebie, a była żałosna.
To był moment, w którym cudze wysokie mniemanie zderzyło się z brakiem uwagi i westchnieniem zachwytu i wydało na świat pierwsze słowa kłamstwa, oskarżeń i krzywdy.
Nazajutrz dwóch miejskich czeladników, wysłanych przez człowieka, który nie zwykł pytać innych o prawdę, chwyciło Janka pod ramiona. Wykręcili mu dłonie, rzucili na kolana.
Rozkaz brzmiał krótko.
Oślepić.
Wyprowadzić go za mury, w stronę bagien, gdzie ziemia oddycha przez kożuch trzęsącej się trawy i nie pyta o powód przybycia.
Rzucili w turzyce i odeszli. Zostawili chłopaka z krwią na policzkach, z bólem, który rozsadzał młode skronie, i z ciszą, która nie była łaską, tylko zapowiedzią głodu i śmierci.
Noc przyniosła mgłę.
A z mgły wynurzył się duch od dawna w trzcinie osiadły. Nie znam jego imienia. W Toruniu mówi się o nim krótko: Duch Mokradeł. Strażnik równowagi między wodą a lądem.
Zbliżył się powoli.
Okrążył.
Szepnął coś, nie wiem do kogo, słowa, których nikt nie pamięta, uznał chłopca za niesłusznie skrzywdzonego i jak to w bajkach bywa… postanowił mu pomóc.
Musnął uszy.
Chuchnął na jego dłonie.
Oczu nie przywrócił.
Za to otworzył mu coś innego.
Słuch.
Zmienił świat barw w świat dźwięków. Woda od tej pory zaczęła mówić językiem kamyków. Trawa szeptała kłótniami owadów. Cisza przestała udawać pustkę, a stała się bogatą przestrzenią.
Po ośmiu dniach, gdy ból okrzepł, Janko jak dawniej przyłożył flet do ust. Pierwszy dźwięk był niepewny, jakby nowe zmysły dopiero uczyły się stąpać. Drugi odnalazł linię rzeki. Trzeci położył się na skraju drogi i przestał drżeć ze strachu.
Żaby wyszły z trzciny i usiadły blisko, jak słuchacze, którzy nareszcie znaleźli swoje ulubione melodie, które w nich drzemały. Nie była to jeszcze piękność, ale przestała być krzywdą dla uszu.
Wkrótce zrobiło się tak pięknie, aż wstyd było wspominać dawne piski i jęki.
Wieść, jak to ma w zwyczaju, była szybsza niż nogi i mądrzejsza niż pierwsze wrażenia. Najpierw przyszedł ktoś z osady, potem posłaniec z dworu, następnie stangret przyjechał powozem ze starego zamku. Nie minął rok, a zaproszenia wypełniłyby spory kufer.
Janko stał się sensacją i gwiazdą sezonu. Dla wielu grał pieśń ukojenia po śmierci bliskich, dla innych melodie do tańca skocznego, dla nielicznych kołysankę do snu chorego dziecka. Swoją grą koił kobiecą histerię i na melancholię, która dławi piersi, też pieśń potrafił znaleźć.
Otwierano przed nim drzwi nienawykłe, by biedę przyjmować, a gdy odchodził, zamykano je bardzo powoli. Jakby mury, ściany jeszcze chciały się sycić tym, czego wysłuchały. Tam, gdzie stawał, cichły niespokojne konie, miecze wracały do pochew, a słowa traciły niebezpieczne znaczenia.
Już nie był biednym i głodnym chłopcem, a stał się bogatym i podziwianym muzykiem.
W mieście zaś, w którego mury wsiąkła jego dawna krzywda, zaczęła się oddzielna historia, liczona już nie w hańbie, tylko w skrzyniach złota…
✒
Skryba odłożył pióro. Dalszy ciąg tej historii czeka na kartach „Revenanta”.
Zakończenie
Każda opowieść kiedyś się kończy.
Każda… poza tą, którą czytelnik postanawia dopisać własną wyobraźnią.
Jeżeli zechcesz przekroczyć próg, Skryba będzie czekał na Ciebie na kolejnych kartach „Revenanta”.
www.kuryerdworski.pl
Chcesz poznać dalszy ciąg?
To dopiero początek.
Pełne wydanie książki REVENANT oraz pozostałe publikacje autora dostępne są na stronie:
www.kuryerdworski.pl
Dodaj komentarz