Raj czy piekło?

Z zapisków Skryby



Raj?

– Duszno… Nie mogę oddychać.

– Wyciągnijcie mnie.

– Proszę…

Dziś po raz pierwszy przekroczyłem granicę Szwajcarii i od razu zaserwowano mi potężną porcję widoków. Takich, które próżno próbować opisać, chociaż ze skrybowego obowiązku wypada przynajmniej podjąć próbę. Przypomniała mi się przy tej okazji rozmowa sprzed wieków, kiedy kolega usiłował opisać mi smak pewnego egzotycznego owocu. Była w tym wówczas wielka zagadka, ekscytacja i nawet odrobina luksusu, bo owoc znałem jedynie ze słyszenia. Dzisiaj leży w każdym markecie i nikogo specjalnie nie dziwi. Tym tajemniczym owocem było… kiwi.

Podobnie jest chyba z niektórymi miejscami. Można opowiadać o kolorze wody, wysokości gór, wielkości głazów i kamiennych domach, można nawet pokazywać fotografie, a słuchacz grzecznie pokiwa głową i powie, że rzeczywiście ładnie. Dopiero kiedy sam stanie w takim miejscu, zrozumie, że opowieść była mniej więcej tak skuteczna jak próba wyjaśnienia smaku kiwi komuś, kto nigdy go nie jadł. Nie pozostawało mi więc nic innego, jak pogodzić się z własną bezradnością wobec takich widoków i mimo wszystko spróbować.

Po porannej kawie ruszyliśmy ku granicy, o której w czasach mojej młodości mogłem jedynie śnić i zastanawiać się, czy kiedykolwiek będzie mi dane ją przekroczyć. Szwajcaria należała wtedy do świata istniejącego gdzieś po drugiej stronie mapy, dostępnego dla innych, oglądanego w telewizji, albumach i na pocztówkach. Dzisiaj granicę przekroczyłem niemal niezauważalnie, siedząc wygodnie w autokarze i jadąc zobaczyć jakąś dolinę, której nazwa jeszcze niedawno niewiele mi mówiła. Czasy potrafią zmieniać znaczenie granic znacznie skuteczniej niż kartografowie.

Góry widziane wcześniej z hotelowego balkonu początkowo wcale nie zamierzały się zbliżać. Ciągnęły się wzdłuż drogi niczym teatralne dekoracje, piękne, lecz bezpiecznie odsunięte od widowni. Dopiero przy pierwszych serpentynach dekoracja zaczęła nabierać trzeciego wymiaru. Droga wspinała się coraz głębiej pomiędzy zbocza, góry rosły i zbliżały się do siebie, aż chwilami miałem wrażenie, że to nie my wjeżdżamy pomiędzy nie, lecz one powoli zamykają się nad nami. Powinienem chyba poczuć się przytłoczony ich ogromem, tymczasem nie mogłem oderwać wzroku.

Wtedy pojawił się problem z aparatem. Nie z ustawieniami, obiektywem ani światłem, bo z takimi problemami człowiek może jeszcze próbować walczyć. Ten był znacznie poważniejszy. To, co widziałem za szybą autokaru, zwyczajnie nie chciało mieścić się w kadrze. Kiedy próbowałem objąć potężne zbocza, znikały gdzieś przycupnięte pod nimi domy, a kiedy skupiałem się na domach, góry stawały się zwyczajnym tłem. Głębokie doliny na zdjęciu robiły się płaskie, a rzeki płynące ich dnem wyglądały jak zwykła przerwa pomiędzy pasmami zieleni. Aparat, który zazwyczaj pomagał mi zatrzymywać miejsca i utrwalać widoki, tutaj okazywał się niemal bezużyteczny.

Dolina Verzasca nie potrzebowała zresztą aparatu, żeby robić wrażenie. Wystarczyło patrzeć. Gdzieś w dole wiła się rzeka, raz ginąc pomiędzy drzewami, innym razem odsłaniając wodę tak przejrzystą, że można było dostrzec kamienie na dnie. Nad wszystkim wisiały surowe szczyty, a u ich podnóża człowiek pozostawił swoje drobne ślady: drogę, most, kilka domów, czasami niewielki kościół. Wszystko, co stworzył, wydawało się przy tym krajobrazie niepokojąco małe.

Wysiadaliśmy co jakiś czas, bo były miejsca, obok których trudno było przejechać obojętnie. Telefony i aparaty natychmiast szły w ruch, każdy próbował znaleźć własny kadr, chociaż po chwili wszyscy fotografowaliśmy mniej więcej to samo. Rzekę, głazy, góry, stare kamienne domy. Różniliśmy się chyba tylko przekonaniem, że właśnie nam udało się zauważyć coś, czego pozostali nie dostrzegli. Sam również ulegałem temu złudzeniu i cierpliwie naciskałem spust migawki, mając nadzieję, że któreś ze zdjęć okaże się czymś więcej niż kolejną pocztówką.

Najbardziej fascynowała mnie woda. Turkusowa, błękitna, a może mająca w sobie coś z jednego i drugiego? Zwykle nie mam większego problemu z nazywaniem kolorów, ale tego nie potrafiłem jednoznacznie określić. Verzasca miejscami przeciskała się pomiędzy ogromnymi głazami, które wyglądały tak, jakby jakaś nieznana siła rozsypała je po korycie bez większego zastanowienia. Gdzie indziej uspokajała się i płynęła leniwie, pozwalając zajrzeć w głąb. Patrząc na nią tego dnia, trudno było uwierzyć, że ta sama rzeka potrafi być gwałtowna i niebezpieczna. My staliśmy na brzegu i zachowywaliśmy się jak ludzie, którzy właśnie odkryli coś, co doskonale istniało bez nich przez tysiące lat.

Im dalej jechaliśmy, tym częściej wracała do mnie myśl, że ktoś przesadził z urządzaniem tego miejsca. Nie wiedziałem tylko kto. Człowieka trudno było o to podejrzewać, bo jego udział wydawał się tutaj stosunkowo skromny. Pozostawała natura, która najwyraźniej postanowiła zgromadzić w jednej dolinie wszystko, czym zwykle próbuje zachwycać turystę. Góry, wodę, kamień, lasy, niewielkie osady i te szczególne proporcje, przy których człowiek zaczyna rozumieć, jak niewiele miejsca zajmuje w krajobrazie.

Kilka dni wcześniej oglądałem Isola Bella. Tam Boromeusze przez pokolenia tworzyli własną wizję ziemskiego raju. Budowali, przebudowywali, usypywali tarasy, sadzili rośliny, sprowadzali dzieła sztuki i układali świat według własnego wyobrażenia piękna. Wszystko miało swoje miejsce, a nawet natura musiała podporządkować się zamysłowi człowieka. Tutaj nikt nie potrzebował architektów ani ogrodników. Jeżeli raj rzeczywiście miał jakiś ziemski odpowiednik, zrozumiałem, że natura potrafiła urządzić go sama i zrobiła to znacznie wcześniej, zanim człowiek nauczył się budować pałace.

– Mamo…

– Ja już nie chcę.

– Chcę do domu.

W końcu dotarliśmy do celu naszej podróży. Do Sonogno. Góry zdawały się już mówić, że wystarczy. Niewielka miejscowość znalazła dla siebie trochę miejsca u ich stóp i wyglądała tak, jakby współczesność wprawdzie wiedziała o jej istnieniu, ale nie zdołała jeszcze wszystkiego urządzić po swojemu. Kamienne domy kryte ciężkimi płytami łupku stały przy wąskich uliczkach, pomiędzy nimi pojawiały się kwiaty, drewno i niewielkie ogródki. Przy ogromie otaczających je szczytów wyglądały niemal jak dziecięce zabawki pozostawione pod ścianą.

Właśnie te domki podobały mi się najbardziej. Człowiek patrzył na nie i mimowolnie zaczynał urządzać sobie tu życie. Jeden taki dom, niewielki ogródek, góry za oknem, strumień gdzieś niedaleko i święty spokój. Rano kawa przed domem, później spacer, wieczorem książka. Po co właściwie człowiekowi więcej? Wybór odpowiedniego domku pozostawał oczywiście kwestią do rozstrzygnięcia, ale od czego ma się wyobraźnię.

Fotografowałem dachy, kamienne ściany, uliczki i drobiazgi, które przyciągały wzrok swoją zwyczajnością. Nie było tutaj pałacu, który należało obowiązkowo podziwiać, ani ogrodu stworzonego po to, aby zachwycał przybysza. Były domy ludzi, którzy przez pokolenia po prostu tutaj mieszkali, a czas pozostawił na kamieniu ślady, których żaden architekt nie potrafiłby wiarygodnie zaprojektować. Im dłużej chodziłem po Sonogno, tym bardziej podobało mi się właśnie to, że nic nie wyglądało na stworzone specjalnie dla turysty.

Później poszliśmy pod wodospad. Niewielki strumień płynął pomiędzy wielkimi głazami, miejscami niemal ginąc pod ich ciężarem. Gdzieś na zboczu pasły się kozy, ich dzwonki od czasu do czasu odzywały się w ciszy, a nad tym wszystkim „górowały” góry. Wiem, brzmi to niemądrze, ale żadne mądrzejsze określenie nie chciało mi przyjść do głowy. One po prostu dominowały nad wszystkim, co człowiek zdołał tam zbudować, i trudno było traktować je jedynie jako tło dla wioski. To raczej Sonogno znalazło dla siebie odrobinę miejsca pomiędzy nimi.

Usiadłem na jednym z kamieni i przez chwilę zwyczajnie patrzyłem. Gdyby ktoś wtedy zapytał mnie, czego jeszcze brakuje temu miejscu, zapewne nie potrafiłbym odpowiedzieć. Może dobrej kawy, bo nawet w raju człowiek nie powinien rezygnować z podstawowych przyjemności. Poza tym wszystko wydawało się być na swoim miejscu. Woda płynęła, kozy najwyraźniej nie miały żadnych egzystencjalnych problemów, góry trwały tam, gdzie trwały od niepamiętnych czasów, a ja coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że Boromeusze niepotrzebnie wydali fortunę na własną wersję raju.

Gdzieś podczas spaceru zauważyłem naszą pilotkę rozmawiającą ze starszym mężczyzną. Nie zwróciłbym na nich większej uwagi. Staruszek mówił spokojnie, od czasu do czasu wskazywał któryś z domów albo gdzieś w stronę doliny, a ona słuchała uważnie. Nie rozumiałem ani słowa, co przy mojej znajomości języków obcych nie było niczym nadzwyczajnym, i nie miałem też żadnego powodu, żeby interesować się cudzą rozmową.

W pewnej chwili pilotka odwróciła głowę i szybko przesunęła palcami pod okiem. Dopiero ten gest przykuł moją uwagę. Uznałem jednak, że cudze wzruszenia należą do tych zakamarków duszy, do których nie należy zaglądać bez zaproszenia. Staruszek tymczasem mówił dalej, już bez gestykulacji, jakby opowiadał coś, co nie wymagało dodatkowego podkreślenia. Po chwili odszedłem, bo kilka kroków dalej pasły się kozy, zdecydowanie łatwiejsze do zrozumienia od ludzi mówiących językiem, którego się nie zna.

Do autokaru wracaliśmy chyba wszyscy trochę upojeni tym miejscem. Rozmawialiśmy o widokach, porównywaliśmy zdjęcia, ktoś pokazywał szczególnie udany kadr, ktoś inny żałował, że czegoś nie sfotografował. Sonogno powoli znikało za szybą, potem dolina zaczęła się rozszerzać, a góry stopniowo oddawały nas światu, z którego przyjechaliśmy. Miałem poczucie, że zobaczyłem tego dnia jedno z najpiękniejszych miejsc podczas całej podróży.

Wieczorem wyszedłem przed hotel. Dzień powoli gasł, światło nad górami robiło się coraz łagodniejsze, a niebo nabierało barw, które zazwyczaj powodują, że człowiek po raz kolejny sięga po aparat. Tym razem pozwoliłem mu zostać tam, gdzie był. Miałem już wystarczająco dużo zdjęć z tego dnia i coraz mocniejsze przekonanie, że żadne z nich nie pokazało tego, co naprawdę widziałem.

Po pewnym czasie zauważyłem pilotkę siedzącą niedaleko i przysiadłem się do niej. Rozmawialiśmy o całym dniu, trochę o Szwajcarii, trochę o dalszej trasie, o górach i miejscach, które zobaczyliśmy. W końcu wróciliśmy do Doliny Verzasca i powiedziałem, że Szwajcarzy musieli mieć wyjątkowe szczęście podczas podziału europejskich krajobrazów, bo dostali zdecydowanie więcej, niż wynikałoby ze sprawiedliwego rachunku. Pilotka roześmiała się, a ja, zachęcony własną teorią, zacząłem opowiadać o Sonogno.

Powiedziałem, że chyba żadne zdjęcie nie oddaje jego urody, a małe kamienne domki przy ogromnych górach wyglądają tak, jakby człowiekowi naprawdę niewiele było potrzebne do szczęścia. Przyznałem nawet, że gdyby przyszło mi wskazać miejsce nadające się do ucieczki od świata, jeden z tych domków znalazłby się wysoko na liście kandydatów. Pilotka słuchała przez chwilę, po czym spojrzała na mnie z uśmiechem, którego nie potrafiłem od razu odczytać.

– Naprawdę chciałby pan tam zamieszkać?

Roześmiałem się, bo przecież łatwo składać podobne deklaracje, kiedy człowiek ma przed sobą hotelowe śniadanie, wygodne łóżko i autokar, który następnego dnia zawiezie go w kolejne piękne miejsce. Powiedziałem więc, że oczywiście mówię o zamieszkaniu według zasad współczesnego Skryby, a te obejmują zasobne konto, ciepłą wodę, pełną lodówkę, dobrą kawę i możliwość opuszczenia raju, gdyby po kilku dniach okazał się zbyt rajski.

Pilotka uśmiechnęła się ponownie, ale tym razem bez rozbawienia.

– W takim razie chyba nie chciałby pan mieszkać w Sonogno, o którym dzisiaj rozmawiałam.

To zdanie zabrzmiało na tyle zwyczajnie, że przez chwilę nie zwróciłem uwagi na zmianę tonu. Dopiero po chwili przypomniałem sobie starszego człowieka stojącego przy jednym z kamiennych domów oraz szybki ruch jej dłoni pod okiem. Nie pytałem wtedy, bo nie miałem prawa pytać. Teraz jednak sama otworzyła drzwi, za które kilka godzin wcześniej nie chciałem zaglądać.

– Pamięta pan tego starszego pana, z którym rozmawiałam?

Przytaknąłem lekko zawstydzony. Powiedziałem, że zauważyłem ich długą rozmowę, ale nie chciałem być wścibski. Pilotka przez chwilę patrzyła w stronę gór, które w zapadającym zmierzchu traciły szczegóły i powoli stawały się ciemnym pasmem zamykającym horyzont. Kiedy się odezwała, nie było już w jej głosie wzruszenia, które kilka godzin wcześniej zdradziła jedna ukradkiem otarta łza.

– Opowiedział mi o ludziach, których pan dzisiaj nie mógł zobaczyć. O tych, którzy mieszkali w tych pięknych domkach, zanim stały się pięknymi domkami dla turystów.

Chciałem zażartować, że przecież domy zapewne były równie piękne sto czy dwieście lat wcześniej, ale coś w jej głosie sprawiło, że zrezygnowałem. Pilotka nie wyglądała na smutną ani szczególnie poruszoną. Była raczej zmęczona, jak człowiek, który zdążył już przeżyć własne emocje i teraz pozostały mu jedynie fakty.

– Co pani opowiedział, jeśli to nie tajemnica?

Pokręciła głową.

– To żadna tajemnica. Ja właściwie tylko słuchałam, a on opowiadał. Jeśli pan chce, spróbuję przekazać to, co od niego usłyszałam.

Zapadał wieczór, ktoś przeszedł obok nas w stronę hotelu, z oddali dobiegł śmiech ludzi wracających z kolacji. Jeszcze kilka godzin wcześniej siedziałem na kamieniu pośród gór i zastanawiałem się, czy człowiek potrzebuje czegoś więcej do szczęścia. Teraz siedziałem przed hotelem naprzeciw kobiety, która najwyraźniej znała odpowiedź inną od mojej.

I wtedy po raz pierwszy usłyszałem historię, której nie było na żadnym z moich zdjęć.





Piekło?

Pilotka przez chwilę milczała, a ja nie próbowałem jej ponaglać. Wieczór był spokojny, nad górami pozostała jeszcze jasna smuga, z hotelu dochodziły głosy ludzi, ktoś przesunął krzesło, ktoś inny śmiał się przy stoliku kilka metrów dalej. Wszystko wokół było zwyczajne i bezpieczne. Miałem gdzie spać, rano czekało na mnie śniadanie, a następnego dnia autokar miał zawieźć mnie w kolejne miejsce, które będę mógł obejrzeć, sfotografować i opisać.

– Ten człowiek pochodzi stąd i zna historię tej doliny nie tylko z muzealnych gablot – zaczęła. – W jego rodzinie pamięć o dzieciach wysyłanych do pracy przetrwała znacznie dłużej niż same wydarzenia. Rozmawialiśmy o tym, jak żyli tutaj ludzie, zanim my zaczęliśmy przyjeżdżać i zachwycać się ich domami.

Spodziewałem się opowieści o biedzie, emigracji, ciężkich zimach i życiu w miejscu odciętym górami od reszty świata. Niczego szczególnie odkrywczego. Bieda, życie z tego, co dawała ziemia, i nieustanne zastanawianie się, czy zebrane latem zapasy wystarczą do wiosny, nie były przecież doświadczeniem wyłącznie mieszkańców tej doliny. Podobne historie można odnaleźć w wielu miejscach Europy, także znacznie bliżej mojego domu.

Pilotka opowiadała o dolinie ubogiej w ziemię i możliwości zarobku, o rodzinach utrzymujących się z niewielkich gospodarstw, zwierząt i tego, co można było zdobyć poza górami. To, co dla nas było cudownym odcięciem od świata, dla ludzi żyjących tam sto czy sto pięćdziesiąt lat wcześniej mogło oznaczać po prostu brak możliwości utrzymania rodziny. Piękny krajobraz nie gwarantował pełnego garnka, a człowiek mógł mieć za oknem najwspanialsze góry świata i nadal nie wiedzieć, czym nakarmi dzieci.

– Dzieci również wyjeżdżały? – zapytałem.

– Część wyjeżdżała razem z rodzinami, ale byli też chłopcy oddawani pod opiekę ludzi, którzy zabierali ich do pracy po drugiej stronie gór. Trafiali do Lombardii i Piemontu, między innymi jako pomocnicy kominiarzy. Nie mówimy przy tym o piętnastoletnich czy szesnastoletnich młodzieńcach. Bywali wśród nich chłopcy sześcioletni, siedmioletni i ośmioletni.

Spojrzałem na nią, bo ostatnie zdanie zabrzmiało tak spokojnie, jakby podawała mi godzinę odjazdu autokaru.

– Sześć lat? Przecież to jeszcze małe dziecko.

– Właśnie dlatego się nadawało. Dorosły człowiek nie zmieściłby się w wąskim przewodzie kominowym. Mały chłopiec mógł wejść do środka, wspinać się i zeskrobywać sadzę ze ścian. Im był drobniejszy, tym łatwiej było go wykorzystać do takiej pracy.

Próbowałem zobaczyć wyobraźnią sześcioletnie dziecko w kominie i początkowo w ogóle mi to nie wychodziło. Sześciolatek pasował mi do szkoły, podwórka, rozbitego kolana, zgubionej czapki i pytań zadawanych dorosłym dokładnie wtedy, kiedy najmniej mają ochotę na nie odpowiadać. Pasował do zasypiania z zabawką, płaczu po stłuczonym kolanie i wołania matki, kiedy w nocy coś go przestraszy. Do komina nie pasował wcale.

– Rodzice ich oddawali? – zapytałem w końcu. – Własne dzieci powierzali obcemu człowiekowi, wiedząc, że będą wykonywały taką pracę?

Pilotka spojrzała na mnie uważniej, ale nie podniosła głosu.

– Oddawali je pod opiekę ludzi, którzy zabierali chłopców na kilka miesięcy. Nie próbuję tego łagodzić ani nazywać inaczej, niż było. Dla rodziny oznaczało to jednak jedną gębę mniej do wykarmienia przez zimę i pewien dochód. Dla człowieka, który zabierał chłopca, oznaczało tanią siłę roboczą zdolną wejść tam, gdzie dorosły wejść nie mógł.

To określenie zaczęło mnie drażnić.

– Jedna gęba mniej do wykarmienia… Nawet gdybyśmy powiedzieli bardziej elegancko: jedne usta mniej, nadal mówimy przecież o dziecku, a nie o dodatkowej kozie, której przed zimą trzeba się pozbyć, bo zabraknie siana. Czy naprawdę można przez sześć czy siedem lat patrzeć, jak syn rośnie, znać jego strachy, wiedzieć, jak płacze, kiedy coś go boli, a później pozwolić obcemu człowiekowi zabrać go na kilka miesięcy?

– Nie wiem, co wiedział każdy z tych rodziców i co sobie wyobrażał – odpowiedziała spokojnie. – Nie wiem również, który płakał po odejściu dziecka, a który przyjął pieniądze i uznał sprawę za załatwioną. Gdybym powiedziała panu, że wszyscy robili to z rozpaczy i miłości do pozostałych dzieci, skłamałabym. Gdybym powiedziała, że wszyscy byli pozbawieni uczuć i sprzedawali synów dla pieniędzy, również bym skłamała. Możemy poznać warunki, w których żyli, ale nie zajrzymy do każdego z tych domów w wieczór poprzedzający odejście dziecka.

Jej odpowiedź wcale mnie nie uspokoiła. Wolałbym chyba usłyszeć prostą wersję historii i znaleźć jednego winnego, którego można obarczyć całym złem. Okrutny człowiek zabierający chłopców byłby idealny, bezlitosny ojciec równie wygodny. Człowiek lubi przecież opowieści, w których dobro stoi po jednej stronie, zło po drugiej, a pomiędzy nimi przebiega wyraźna linia pozwalająca bezpiecznie ustawić się po właściwej stronie.

Powiedziałem więc z przekonaniem, że własnego dziecka nigdy bym nie oddał.

Pilotka nie zaprzeczyła.

– Być może rzeczywiście nie. Tylko ani pan, ani ja nigdy nie musieliśmy wybierać pomiędzy oddaniem jednego dziecka a pytaniem, czy jutro będzie czym nakarmić pozostałe. Możemy łatwo powiedzieć, jak zachowalibyśmy się na ich miejscu, ponieważ nigdy na ich miejscu nie byliśmy. Nie próbuję ich usprawiedliwiać. Próbuję tylko zrozumieć, przed jakim wyborem stali.

I wtedy, zupełnie nieproszony, przyszedł mi na myśl mój własny raj.

Podlasie.

Moje piękne, kolorowe Podlasie, po którym włóczyłem się z aparatem, zachwycając drewnianymi domami, starymi studniami, przydrożnymi krzyżami, cerkwiami i drogami biegnącymi pomiędzy polami. Ile razy pisałem, że czas płynie tam wolniej? Ile razy fotografowałem starą chatę dlatego, że miała w sobie coś, czego nie posiadał współczesny dom? Ile razy zatrzymywałem się przed pochyloną stodołą albo płotem pamiętającym czasy, kiedy nikomu nie przyszłoby do głowy nazwać go malowniczym?

Wiedziałem przecież, że za niejedną z tych pięknych ścian mieszkała bieda, której nikt rozsądny nie chciałby przeżyć tylko dlatego, że po stu latach dobrze wygląda na fotografii. Ludzie mieszkający w drewnianych chatach zapewne bez większego żalu zamieniliby cały ich dzisiejszy urok na ciepłą izbę, szczelne okna, pełną spiżarnię i pewność, że dzieci będą miały buty na zimę. My, przybysze z innego czasu, mamy niezwykły talent do romantyzowania cudzej biedy, pod warunkiem że stała się już odpowiednio stara.

Kilka godzin wcześniej zrobiłem w Sonogno dokładnie to samo. Zobaczyłem kamienny domek i zapragnąłem w nim zamieszkać, tyle że chciałem domu dzisiejszego, z ciepłą wodą, ogrzewaniem, pełną lodówką i samochodem gdzieś niedaleko. Chciałem ciszy dawnego świata bez jego niedostatku, prostoty bez wyrzeczeń i odosobnienia z możliwością wyjazdu wtedy, kiedy przestanie mi odpowiadać. Chciałem krajobrazu człowieka sprzed stu pięćdziesięciu lat, ale nie jego życia.

Powiedziałem pilotce, że rozumiem biedę i wiem, jak łatwo po latach dostrzec w niej malowniczość, której ludzie naprawdę jej doświadczający zapewne nigdy nie widzieli. Nie zmieniało to jednak mojego stosunku do dzieci wysyłanych do pracy. Mogłem próbować zrozumieć sytuację ich rodziców, ale nadal nie potrafiłem pogodzić się z tym, że cenę za tę biedę płacili najmniejsi.

– I nie powinien pan się z tym godzić – odpowiedziała. – Próba zrozumienia nie oznacza przecież usprawiedliwienia. Dziecko nadal było dzieckiem, nawet jeśli wtedy na jego pracę patrzono inaczej niż dzisiaj.

Jej słowa zatrzymały mnie na dłużej, bo takie były czasy należy do tych określeń, którymi można przykryć niemal wszystko, czego nie chcemy oglądać zbyt długo. Takie były czasy, więc dzieci pracowały. Takie były czasy, więc chodziły głodne. Takie były czasy, więc kilkuletni chłopiec mógł wspinać się wewnątrz przewodu kominowego. Po stu pięćdziesięciu latach wystarczy wzruszyć ramionami, a historia znowu staje się bezpieczna.

Pilotka powiedziała wtedy, że kilka lat wcześniej przeczytała książkę o tych dzieciach. Nosiła tytuł Czarni Bracia, a jej bohaterem był chłopiec pochodzący z Sonogno. Zaznaczyła od razu, że to powieść, nie dokument, lecz powstała z historii rzeczywistego procederu. Kiedy ją czytała, mogła zamknąć książkę i odłożyć ją na półkę. Tego dnia rozmawiała jednak z człowiekiem, dla którego podobny los nie był tylko literacką historią, lecz częścią rodzinnej pamięci.

Dopiero wtedy zrozumiałem jej wcześniejszą łzę.

Opowiadała dalej o chłopcach wyjeżdżających jesienią i wracających dopiero wiosną, o miesiącach spędzanych poza domem, głodzie, zimnie, złym ubraniu i noclegach, które miały niewiele wspólnego z tym, co ja rozumiałem pod pojęciem miejsca do spania. W kominach dochodził jeszcze strach przed utknięciem i uduszeniem. Nie próbowała tego dramatyzować, nie dodawała obrazów, których sama nie znała. Mówiła spokojnie i właśnie dlatego coraz trudniej było jej słuchać.

Próbowałem wyobrazić sobie komin od środka. Nie kominek widziany z wygodnego fotela ani czarny prostokąt nad paleniskiem, lecz wąski przewód otaczający ciało dziecka ze wszystkich stron. Ciemność, której nie można odsunąć ręką, sadzę wpadającą do nosa i ust, kolana oraz łokcie szukające oparcia, nad głową dalszy ciąg przewodu, pod stopami drogę, którą trzeba będzie jeszcze wrócić. Zapytałem, co działo się, kiedy dziecko utknęło.

– Bało się. Krzyczało, jeśli miało jeszcze czym oddychać. Nie chcę panu dopowiadać szczegółów, których sama nie znam. To, co wiemy, naprawdę wystarcza.

I rzeczywiście wystarczało.

Najgorsze zaczynało być dla mnie coś innego. Tragedią nie musiał być wypadek i nie trzeba było śmierci, aby ta historia była potworna. Dziecko mogło przecież bezpiecznie wyjść z komina, otrzepać ubranie, odkaszlnąć sadzę, zjeść kawałek chleba, jeśli go dostało, i przespać noc w zimnym pomieszczeniu. Następnego ranka czekał kolejny dom, następny przewód i jeszcze jeden dzień tej samej pracy, a potem następny tydzień i następny miesiąc, aż do wiosny.

Wtedy zrozumiałem, dlaczego pilotka nie potrzebowała podnosić głosu. Ja szukałem wielkiej tragedii, jednego wydarzenia, które pozwoliłoby powiedzieć: oto piekło. Ona opowiadała mi o codzienności, w której piekło nie musiało wydarzyć się jednego dnia, ponieważ można było po prostu wstawać do niego każdego ranka.

Zapytałem, czy nikt nie próbował tego zatrzymać. Odpowiedziała, że z czasem wprowadzano zakazy zatrudniania małych chłopców przy takiej pracy, ale sama ustawa nie likwidowała biedy i nie sprawiała, że proceder znikał z dnia na dzień. Opowiedziała mi o chłopcu, który jeszcze na początku XX wieku, mimo obowiązujących ograniczeń, wyruszył do pracy jako kominiarz i po wielu latach nadal wspominał lęk przed ciasną, ciemną przestrzenią.

Ta data uderzyła mnie mocniej niż wszystkie wcześniejsze. Początek XX wieku nie należał już przecież do świata, który łatwo można schować pod określeniem dawne czasy. Po Europie jeździły pociągi i samochody, działały telefony, ludzie chodzili do kina, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim kilkuletni chłopiec nadal mógł być uznany za przydatnego właśnie dlatego, że był wystarczająco mały, żeby zmieścić się w kominie.

Pilotka mówiła jeszcze przez jakiś czas, a ja coraz mniej pytałem. W pewnym momencie powiedziała o dzieciach, których brakowało w szkolnych ławkach, ponieważ zimowe miesiące spędzały poza doliną. To określenie utkwiło mi w pamięci. Nieobecni uczniowie. Puste miejsce w klasie i dziecko, które nie siedzi w ławce nie dlatego, że jest chore, ale dlatego, że jego niewielkie ciało okazało się bardziej potrzebne w cudzym kominie.

W pewnym momencie przestałem szukać jednego winnego. Nie dlatego, że winnych nie było. Byli ludzie wykorzystujący dzieci, byli dorośli źle je traktujący, był świat godzący się na tanią pracę najmniejszych i najsłabszych. Byli też rodzice podejmujący decyzje, których nadal nie potrafiłem zaakceptować i których nie chciałem przykrywać biedą, udając, że każde późniejsze okrucieństwo stawało się przez nią zrozumiałe. Nie potrafiłem jednak również stanąć przed kamiennym domem w Sonogno, wskazać palcem ludzi żyjących tam sto pięćdziesiąt lat wcześniej i z pełnym przekonaniem powiedzieć, że na ich miejscu zachowałbym się lepiej.

Siedziałem przecież po kolacji, z kartą w portfelu, kluczem do hotelowego pokoju i pewnością, że rano ktoś postawi przede mną śniadanie. Nigdy nie musiałem wysyłać jednego dziecka do obcego człowieka po to, żeby pozostałe miały większą szansę doczekać wiosny. Z takiego miejsca bardzo łatwo wygłasza się wyroki.

Po dłuższej chwili powiedziałem pilotce, że chyba najbardziej irytuje mnie w tym wszystkim jedna rzecz. Sonogno nadal pozostawało piękne.

Nie zdziwiła się.

– Wiem. I właśnie dlatego tak trudno o tym opowiadać.

Chciałem, żeby po jej historii kamienne domy straciły swój urok, góry zaczęły przytłaczać, a Verzasca zrobiła się ciemna i groźna. Byłoby łatwiej. Piękno znalazłoby się po jednej stronie, cierpienie po drugiej i człowiek mógłby ponownie uporządkować świat. Tyle że nic podobnego się nie wydarzyło. Góry nadal były piękne, woda pozostała przejrzysta, a kamienne domki wciąż wyglądały jak miejsca, w których człowiek mógłby zapragnąć zamieszkać.

Kiedy wróciłem do pokoju, wyjąłem aparat i zacząłem przeglądać fotografie. Nie wiem, czego właściwie szukałem. Być może chciałem sprawdzić, czy po tej rozmowie zdjęcia również się zmieniły. Nie zmieniły się. Na jednym były góry, na drugim Verzasca, dalej wielkie głazy, kamienny dach, wąska uliczka, drewniane drzwi i kozy. Wszystko wyglądało dokładnie tak samo jak kilka godzin wcześniej.

Zatrzymałem się przy fotografii małego kamiennego domku ze schodkami, na których siedziałem. Ciężki dach, trochę zieleni i góra wyrastająca za nim tak wysoko, że człowiek mógłby uwierzyć, iż patrzy na jeden z ostatnich spokojnych zakątków świata. Na schodkach siedział turysta, który jeszcze tego samego popołudnia pomyślał, że niewiele więcej potrzeba do szczęścia.

Teraz nie próbowałem już wyobrażać sobie konkretnego dziecka wychodzącego właśnie z tego domu. Nie wiedziałem, czy kiedykolwiek mieszkał w nim mały kominiarz, czy jego matka płakała i czy ojciec odprowadzał go wzrokiem. Nie chciałem dopisywać historii gestów, których nikt nie zapisał.

Była wystarczająco okrutna bez mojej pomocy.

Patrzyłem jeszcze przez chwilę na zdjęcie i dopiero wtedy dotarło do mnie, że aparat rzeczywiście zarejestrował niemal wszystko, co tego dnia zobaczyłem: góry, wodę, kamień, domy, kwiaty, światło, a nawet kozy, które przypadkiem weszły mi w kadr. Nie potrafił sfotografować tylko tego, czego ja sam kilka godzin wcześniej również nie dostrzegłem.

Głodu.

Jeśli dotarłeś do końca mojego opowiadania, to już wielki plus dla mnie jako autora. Jeśli postawisz mi kawę, potraktuję ją nie tylko jako podziękowanie za wspólnie spędzony czas, ale również jako mały impuls, że warto pisać dalej, bo gdzieś po drugiej stronie ekranu ktoś czeka na następne opowiadanie.

☕ Postaw kawę Skrybie

6 odpowiedzi na “Raj czy piekło?”

  1. Awatar Frania
    Frania

    Czyta sie bez oddechu,a wzrusza az po ostatni wlos na glowie,pieknie opisane

    1. Awatar Skryba
  2. Awatar Ada
    Ada

    Czytam i widzę to wszystko o czym piszesz.
    Twoje słowa wciągają w te miejsca i wydarzenia.
    Jak Ty umiesz patrzeć…

    1. Awatar Skryba

      cieszy mnie to ogromnie.

  3. Awatar Justyna Miller
    Justyna Miller

    Kolejna opowieść, którą przeczytałam jednym tchem. Potrafisz patrzeć i potrafisz o tym pisać.

    1. Awatar Skryba

      skromność, ta wrodzona skromność, nie pozwala mi temu zaprzeczyć 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *