Pamiętnik Hrabiego Stillfrieda
I. Prolog.
Danzig, Königsberg, Berlin 1918–1928
Był czas, gdy zdawało mi się, że życie istnieje wyłącznie po to, by je trwonić z możliwie największym wdziękiem. Miałem nazwisko, pieniądze, pałac, kilka kamienic, znajomości w Gdańsku i Królewcu, a także tę szczególną bezczelność mężczyzny, któremu długo wybaczano więcej niż innym, ponieważ umiał się kłaniać, mówić cicho i patrzeć kobietom w oczy tak, jakby każda z nich przez krótką chwilę była jedyną kobietą na świecie.
Kochałem życie towarzyskie nie dlatego, że wierzyłem w ludzi, lecz dlatego, że lubiłem ich blask, ich słabości i ich nieustanną potrzebę bycia podziwianymi. Bale, rauty, pokoje hotelowe pachnące pudrem, winem i rozgrzanym ciałem, nocne wyprawy po kabaretach, stoliki w zadymionych lokalach, śmiech kobiet wyuczony tak samo starannie jak ukłon lokaja, wszystko to składało się na świat, w którym czułem się panem samego siebie. W Gdańsku znałem ludzi, którzy o północy potrafili recytować Heinego, o drugiej nad ranem przegrywać fortunę przy kartach, a o świcie płakać w ramionach prostytutki, przysięgając jej miłość wieczną i natychmiastową.
Królewiec był inny, bardziej chłodny, uczony, dumny z własnej powagi, ale i tam pod politurą uniwersyteckich salonów kryły się te same żądze. Wystarczyło tylko wiedzieć, do których drzwi zapukać, jakie nazwisko wymówić i komu posłać skrzynkę koniaku. Bywałem na przyjęciach, o których później nikt przyzwoity nie mówił za dnia. Widziałem profesorów filozofii zasypiających pod stołem, żony urzędników tańczące boso w męskich koszulach, młodych oficerów płacących za upokorzenia, których w normalnym świecie sami by nie znieśli. Byłem tam nie jako ofiara rozpusty, lecz jako jej spokojny obserwator i uczestnik, człowiek zawsze trochę z boku, zawsze o krok dalej od ostatecznego upadku.
Tak mi się przynajmniej zdawało.
Miałem opinię amanta, choć słowo to wydaje mi się dziś nazbyt teatralne. Kobiety lubiły we mnie może nie tyle serce, którego nie dawałem nikomu, ile obietnicę niebezpiecznej przygody bez przykrych konsekwencji. Umiałem znikać z ich życia w porę i powracać wtedy, gdy już zdążyły uznać mnie za wspomnienie. Bywały takie, które cierpiały. Bywały takie, które nienawidziły mnie szczerze. Bywały też takie, które po latach przesyłały mi krótkie listy, pachnące lawendą albo złością, a ja czytałem je bez większego wzruszenia, jak czyta się zaproszenia na wydarzenia, na które i tak nie zamierza się pójść.
Jedna tylko twarz wracała do mnie czasem bez zapowiedzi, choć przez wiele lat broniłem się przed nią skuteczniej, niż chciałem przyznać.
Karolina.
Poznałem ją, gdy byłem jeszcze młody, może nie niewinny, bo niewinność utraciłem wcześnie i bez żalu, ale z pewnością mniej zużyty niż później. Przyjechała do Królewca z dziadkiem, profesorem Reimannem, człowiekiem o niezwykłej reputacji i jeszcze dziwniejszych zainteresowaniach. Oficjalnie zajmował się optyką, historią alchemii i dawnymi traktatami o naturze światła. Nieoficjalnie mówiono, że badał lustra, hipnozę, granice świadomości oraz to, co niektórzy nazywali duszą, choć w ustach ludzi nauki słowo to brzmiało wówczas prawie nieprzyzwoicie.
Karolina była jego wnuczką i zarazem jedyną osobą, wobec której ten chłodny starzec okazywał coś podobnego do czułości. Miała jasne włosy, spojrzenie zbyt poważne jak na swój wiek i ten rodzaj urody, który nie potrzebuje bogatych sukien ani klejnotów, ponieważ sam w sobie wydaje się obietnicą tajemnicy. Nie była kokietką, co początkowo mnie drażniło, a później przyciągnęło mocniej niż jakakolwiek łatwa uległość. Patrzyła na mnie tak, jakby widziała nie tylko moją twarz, lecz również wszystkie sztuczki, którymi zwykłem zdobywać kobiety.
Spotykaliśmy się kilka razy w domu profesora, potem na spacerach, następnie w miejscach, gdzie młodzi ludzie udawali przypadek. Wydawało mi się, że ją zdobywam, tymczasem dziś, po latach, coraz częściej myślę, że to ona pozwalała mi krążyć wokół siebie, jak pozwala się ćmie obijać o szybę lampy. Mówiła niewiele o sobie, więcej o dziadku, o jego doświadczeniach, o lustrach, które podobno nie odbijają człowieka, lecz zapamiętują go. Śmiałem się z tego, nazywając owe rozważania piękną zabawą dla uczonych szaleńców, ona jednak nie śmiała się ze mną.
Pewnego wieczoru zaprowadziła mnie do pracowni profesora. Do dziś pamiętam długi pokój o wysokich oknach zasłoniętych grubymi kotarami, zapach metalu, kurzu i chemikaliów, a przede wszystkim ścianę luster ustawionych pod różnymi kątami. Jedne były małe, inne ogromne, w ramach srebrnych, czarnych, złoconych albo zupełnie prostych. Gdy stanąłem pośrodku, zobaczyłem samego siebie powielonego w dziesiątkach odbić. W każdym wyglądałem nieco inaczej, jakby każde lustro wybierało sobie inną prawdę o mojej twarzy.
– Dziadek mówi, że człowiek nigdy nie wie, które odbicie jest prawdziwe – powiedziała wtedy Karolina.
Odpowiedziałem jej zapewne czymś lekkim i błyskotliwym, bo w tamtym czasie nie umiałem jeszcze milczeć, gdy należało. Pamiętam jednak, że gdy spojrzałem w jedno z ciemniejszych zwierciadeł, stojące w głębi pracowni, zobaczyłem za sobą nie Karolinę, nie profesora, lecz jakiś cień. Odwróciłem się natychmiast, ale w pokoju byliśmy tylko we dwoje.
Kilka tygodni później Karolina zniknęła.
Powiedziano mi, że wyjechała nagle z dziadkiem. Potem ktoś wspomniał, że była chora. Jeszcze później usłyszałem, że porzuciła Królewiec i wyszła za mąż gdzieś daleko. W tamtym czasie uznałem to za upokorzenie, choć nie przyznałbym się do tego nikomu. Przez kilka miesięcy piłem więcej niż zwykle, brałem udział w zabawach bardziej bezwstydnych niż dotąd i udawałem, że strata kobiety, która nie zdążyła nawet zostać moją kochanką, nie ma dla mnie żadnego znaczenia.
Z czasem uwierzyłem we własne kłamstwo.
Dopiero wiele lat później, w berlińskim antykwariacie, natrafiłem na księgę, która miała przywrócić mi wszystko, co pogrzebałem pod kurzem zabaw, kobiet i źle przespanych nocy. Wolumin leżał między starymi traktatami teologicznymi, oprawiony w ciemną skórę, popękaną i suchą jak dłoń trupa. Na karcie tytułowej zapisano: Per Speculum Portas In Animabus Humanis de Inspecione.
Antykwariusz twierdził, że księga pochodzi z rozproszonego zbioru profesora Reimanna.
Powinienem był odłożyć ją natychmiast.
Kupiłem ją bez targowania.
II. Gollubien. Zapiski zimowe
Gollubien, Kreis Lyck, Ostpreußen, 20 grudnia 1928 roku
Przybyłem do pałacu wczoraj późnym popołudniem, gdy śnieg zasypywał już drogę, a konie z trudem ciągnęły sanie przez las. Golubien przywitały mnie ciszą, jakiej nie ma w żadnym mieście. Latem posiadłość wydaje się zaniedbana, może nawet trochę smutna, lecz zimą nabiera majestatu grobowca. Pałac stoi nad jeziorem niczym ciężki, śniący potwór, którego nie należy budzić zbyt gwałtownie.
Służba przygotowała dla mnie kilka pokoi, lecz większość domu pozostała zimna i zamknięta. Kazałem rozpalić w pracowni, bibliotece i sypialni, po czym niemal natychmiast zająłem się księgą. Pan Segal, mój kamerdyner, patrzył na nią z niechęcią, której nie próbował nawet dobrze ukryć. Jest stary, lojalny i przesądny, choć obraziłby się zapewne, gdybym powiedział mu to wprost. Zapytał, czy przywiozłem coś jeszcze z Berlina, a gdy odpowiedziałem, że tylko kilka butelek wina, cygara i parę książek, skinął głową, jakby właśnie potwierdziły się jego najgorsze obawy.
Wieczorem zacząłem czytać.
Traktat nie jest dziełem szaleńca, choć ktoś powierzchowny mógłby tak uznać. Autor znał dawne języki, filozofię, teologię i optykę, lecz wiedzę tę podporządkował jednej myśli: lustro nie jest przedmiotem martwym. Jest granicą, a granice istnieją po to, by je przekraczać. Najbardziej niepokojące wydały mi się jednak dopiski na marginesach. Nie należały do autora księgi. Pismo było drobne, nerwowe, a miejscami niemal nieczytelne, lecz po kilku stronach zrozumiałem, że naniósł je profesor Reimann.
W jednym miejscu zapisał po łacinie, że odbicie może zostać oddzielone od ciała, jeśli świadomość człowieka doprowadzi się do stanu całkowitej podatności. W innym wspominał o medium krwi, świetle księżyca i tafli wody jako naturalnym zwierciadle. Kilkakrotnie pojawiało się imię Karoliny, początkowo jako inicjał, później już jawnie, jakby profesor zrezygnował z ostrożności.
Nie wiem, dlaczego drżały mi ręce. W pracowni było ciepło, w kominku płonęły szczapy, a jednak czułem chłód ciągnący od wielkiego lustra wiszącego naprzeciw biurka.
Gollubien, 22 grudnia 1928 roku
Dni zlewają się z nocami, a ja coraz mniej dbam o ich porządek. Czytam, notuję, porównuję fragmenty księgi z dopiskami profesora i coraz częściej mam wrażenie, że Karolina nie zniknęła z Królewca tak, jak mi wówczas powiedziano. Nie porzuciła mnie, nie wyjechała, nie wyszła za mąż. Stało się z nią coś innego.
W jednym z późniejszych zapisków Reimann wspomina o nieudanej próbie przejścia. Pisze o świetle odbitym siedem razy, o ciele, które zasłabło, o lustrze, które nie oddało tego, co przyjęło. Dalej słowa stają się chaotyczne. Pojawia się zdanie, które przepisałem kilkakrotnie, nie mogąc oderwać od niego oczu: Ona mówi zza tafli, lecz nie jest już tylko sobą.
Dziś po raz pierwszy długo patrzyłem w lustro w mojej pracowni, próbując odtworzyć układ opisany w księdze. Ustawiłem świecę po lewej stronie, srebrną misę z wodą po prawej, a za plecami zawiesiłem małe podróżne zwierciadło. Wszystko wydało mi się początkowo śmieszne, niemal teatralne. Ja, człowiek bywały, sceptyczny, oswojony z akademickimi dysputami i salonowym szyderstwem, nagle stałem pośrodku własnej pracowni jak adept jakiejś prowincjonalnej sekty.
A jednak nie przerwałem.
Przez dłuższy czas widziałem jedynie siebie. Twarz zmęczoną, zbyt bladą, oczy podkrążone od bezsenności. Później jednak tło za moimi plecami zaczęło ciemnieć bardziej, niż pozwalało na to światło w pokoju. Miałem wrażenie, że ściana pracowni cofa się, ustępuje, otwiera na korytarz, którego w pałacu nie ma.
Kiedy zgasła świeca, usłyszałem cichy śmiech.
Nie wiem, czy należał do kobiety, czy do dziecka.
Gollubien 24 grudnia 1928 roku
Wigilia.
Segal nalegał, abym zszedł choć na chwilę do jadalni, gdzie służba przygotowała kolację. Odmówiłem. Nie chciałem ich rozmów, zapachu potraw ani tej nieznośnej, ludzkiej potrzeby udawania wspólnoty w dniu, który dla mnie od dawna nie znaczył nic poza obowiązkiem wysyłania kilku kartek.
Kazałem przynieść kawę i zostałem w pracowni.
Około jedenastej wieczorem zobaczyłem w lustrze jasną smugę. Nie była odbiciem płomienia, ponieważ świece stały za nisko. Smuga poruszała się wolno, jak pasmo włosów unoszone pod wodą. Potem z ciemności wyłoniła się twarz kobiety. Nie mogłem dostrzec jej wyraźnie, lecz serce uderzyło mi tak gwałtownie, że przez chwilę zabrakło mi tchu.
To była Karolina.
Starsza? Młodsza? Trudno powiedzieć. Jej rysy zdawały się jednocześnie znajome i obce, jak twarz zapamiętana z młodości, a potem śniona przez wiele lat aż do zniekształcenia. Patrzyła na mnie spod jasnych włosów, które przysłaniały część twarzy. Nie poruszała ustami, a jednak usłyszałem jej głos.
– Nie wierzyłeś, że czekałam.
Nie odpowiedziałem. Nie dlatego, że nie chciałem, lecz dlatego, że nie potrafiłem. Wszystkie moje salonowe talenty, wszystkie lekkie zdania, którymi rozbrajałem kobiety i nudziarzy, opuściły mnie w jednej chwili. Stałem przed lustrem jak chłopiec przyłapany na kłamstwie.
– Powiedzieli ci, że odeszłam – mówiła dalej. – Łatwiej było ci w to uwierzyć.
Wtedy dotknąłem tafli szkła. Było ciepłe. Ciepłe jak ludzka skóra.
Gollubien 25 grudnia 1928 roku
Nie mogę przestać myśleć o Karolinie. Przez całą noc siedziałem przed lustrem, raz widząc ją wyraźniej, raz tracąc w gęstniejącej ciemności. Opowiedziała mi tyle, ile chciała, a może tyle, ile potrafiła.
Profesor Reimann nie badał luster z ciekawości uczonego. Szukał przejścia. Wierzył, że dusza człowieka po śmierci nie odchodzi w zaświaty opisane przez religie, lecz rozpada się na odbicia, które można pochwycić, utrwalić i przywołać. Karolina była najpierw jego asystentką, później medium, wreszcie ofiarą. Nie użyła tego słowa, lecz usłyszałem je w jej milczeniu.
Tamtej nocy, gdy zniknęła z Królewca, profesor przeprowadził ostatnią próbę. Miała tylko spojrzeć w układ luster i opisać to, co widzi. Coś jednak spojrzało na nią z drugiej strony. Ciało Karoliny podobno znaleziono nieprzytomne, lecz gdy odzyskała oddech, nie była już taka sama. Mówiła obcymi głosami, bała się światła dziennego, nie jadła przez wiele dni, a nocami prosiła, by zasłonić wszystkie lustra.
Później profesor ukrył ją przed światem.
Nie porzuciła mnie. To jedno wracało do mnie z uporem, boleśnie i słodko zarazem. Nie porzuciła mnie, choć przez lata karmiłem własną próżność tym oskarżeniem. Jeśli jest w tym wszystkim jakiś wyrzut, to nie należy on do niej, lecz do mnie.
Segal twierdzi, że mówię przez sen. Podobno powtarzam imię Karoliny i proszę ją, by nie odchodziła. Nie pamiętam tego. Pamiętam natomiast, że dziś nad ranem zobaczyłem na wewnętrznej stronie lustra ślad dłoni, jakby ktoś przycisnął ją do szkła od drugiej strony.
Ślad zniknął dopiero po południu.
Gollubien 27 grudnia 1928 roku
Służba jest niespokojna. Kucharka przysięga, że widziała kobietę w bieli przechodzącą przez ogród w stronę jeziora, choć śnieg pozostał nietknięty. Jedna z pokojówek odmówiła sprzątania pracowni, ponieważ usłyszała za lustrem skrobanie, jakby ktoś paznokciami drapał w szkło. Segal poprosił mnie dziś rano o pozwolenie odesłania dziewcząt do wsi, tłumacząc, że zima jest ciężka, a dom źle na nie działa.
Dom źle na nie działa. Cóż za nędzne określenie dla tajemnicy, która rozrasta się wokół mnie jak żywa istota.
Nie zatrzymałem ich. Niech idą. Im mniej ludzi, tym ciszej, a im ciszej, tym łatwiej słyszeć Karolinę.
Dziś po raz pierwszy pokazała mi profesora. W lustrze zobaczyłem pracownię Reimanna, lecz nie taką, jaką pamiętałem. Była zniszczona, ściany osmalone, większość luster popękana. Profesor siedział na krześle pośrodku pokoju, stary, wychudzony i martwy, choć jego oczy nadal poruszały się pod powiekami. Karolina stała za nim, ale jej dłoń spoczywająca na jego ramieniu nie wyglądała już jak dłoń żywej kobiety. Palce miała zbyt długie, paznokcie ciemne, a twarz częściowo ukrytą w cieniu.
– To on mnie otworzył – powiedziała.
Zapytałem, co to znaczy.
Uśmiechnęła się, lecz w tym uśmiechu było coś, czego nie znałem z dawnych lat. Nie czułość, nie żal, nie miłość. Raczej głód, długo powstrzymywany i przez to niemal elegancki.
– Każde lustro musi mieć tego, kto patrzy, i tego, kto zostaje zobaczony. Dziadek myślał, że wybierze za mnie. Pomylił się.
Nie wiem, dlaczego nie uciekłem wtedy z pracowni. Może dlatego, że wciąż była piękna. Może dlatego, że wciąż słyszałem w jej głosie dawną dziewczynę z Królewca. A może dlatego, że od dawna nosiłem w sobie pustkę, do której coś wreszcie zaczęło mówić.
Gollubien 28 grudnia 1928 roku
Karolina przychodzi teraz nie tylko w lustrze. Jej obecność czuć w całym pałacu. Na korytarzach pojawia się zapach wilgotnych włosów i zimnej wody. W bibliotece znalazłem dziś książki zrzucone z półek, choć drzwi były zamknięte na klucz. W sypialni obudziłem się z przekonaniem, że ktoś siedzi na brzegu łóżka i pochyla się nade mną tak blisko, że czułem chłód oddechu na policzku.
Nie boję się. A raczej boję się w sposób, który stał się nieodłączny od pragnienia.
W księdze znalazłem fragment, którego wcześniej nie zauważyłem. Autor ostrzega, że istota uwięziona pomiędzy odbiciem a ciałem nie pozostaje niezmienna. Z czasem żywi się spojrzeniami tych, którzy ją dostrzegają, ich pamięcią, winą, pożądaniem i strachem. Jeśli była człowiekiem, zachowuje resztki człowieczeństwa tylko tak długo, jak długo ktoś ją pamięta. Potem staje się czymś, co przybiera znajomą twarz, ponieważ tak łatwiej zwabić kolejną duszę.
Przepisałem te słowa, ale nie potrafię odnieść ich do Karoliny. Nie do mojej Karoliny.
Mojej. Jak osobliwie wygląda to słowo zapisane ręką człowieka, który nigdy nie potrafił nikogo naprawdę mieć i utrzymać przy sobie.
Wieczorem Segal wszedł do pracowni bez pukania. Był blady i stary jak nigdy dotąd. Powiedział, że widział mnie w lustrze, choć ja w tym samym czasie siedziałem przy biurku. Według niego moje odbicie stało odwrócone twarzą do tafli i uśmiechało się do kogoś po drugiej stronie. Kiedy próbował podejść bliżej, odbicie spojrzało na niego, ale twarz nie była już moja.
Kazałem mu wyjść.
Nie usłuchał od razu. Zaczął mówić o Bogu, o złych miejscach i o tym, że są drzwi, których człowiek nie powinien otwierać nawet z rozpaczy. Byłbym go może wyśmiał, gdyby nie to, że w jego oczach zobaczyłem szczery lęk nie przed lustrem, lecz przede mną.
Nocą znalazłem pod drzwiami jego list. Odszedł do wsi razem z ostatnią pokojówką. Napisał tylko, że będzie modlił się za moją duszę.
Niech się modli, jeśli mu to potrzebne.
Gollubien 29 grudnia 1928 roku
Jestem sam.
Cały pałac należy do mnie i do niej. Wiatr szarpie okiennicami, śnieg zasypuje dziedziniec, a jezioro leży pod lodem jak ogromne, czarne zwierciadło. Od rana nie jadłem, wypiłem tylko kawę i trochę koniaku, lecz nie czuję głodu. Ciało stało się czymś odległym, natrętnym, niepotrzebnie ciężkim.
Karolina mówi coraz więcej. Twierdzi, że nie może przejść sama, bo profesor zamknął ją nie tylko w lustrze, lecz również w pragnieniu powrotu. Potrzebuje kogoś, kto poda jej rękę z naszej strony. Kogoś, kto kiedyś ją kochał, choć zbyt dumny był, by to zrozumieć. Kogoś, kto przez lata nosił jej obraz w sobie, nawet jeśli ukrywał go pod warstwą próżności, win i śmiechu.
Powiedziała, że pamięta mój pocałunek w ogrodzie Reimanna. Ja także go pamiętam, choć przez lata udawałem, że był jednym z wielu. Pamiętam chłód wieczoru, zapach mokrych liści, drżenie jej dłoni i własne zdumienie, że tym razem nie chodziło mi tylko o zwycięstwo. Może gdybym wtedy był innym człowiekiem, wszystko potoczyłoby się inaczej.
Lustro pokazuje teraz nie tylko Karolinę, ale i miejsca, które zdają się istnieć za naszym światem. Długie korytarze bez drzwi, sale pełne ludzi stojących nieruchomo pod ścianami, twarze przyciśnięte do szkła od wewnątrz. Niektórzy błagają o pomoc, inni śmieją się bezgłośnie, jakby poznali żart tak straszny, że nie da się go wypowiedzieć. Pośród nich ona porusza się swobodnie. Już nie jak więzień.
Raczej jak pani domu.
Gollubien 30 grudnia 1928 roku
Próbowałem dziś zasłonić lustro.
Nie wiem dlaczego. Być może jakaś resztka rozsądku ocknęła się we mnie na krótko, niczym człowiek uwięziony pod śniegiem, który nagle słyszy własne serce. Narzuciłem na taflę ciężką kotarę i odsunąłem świece. Przez kilka minut w pracowni panowała cisza tak głęboka, że słyszałem własny oddech.
Potem spod kotary dobiegł płacz.
Nie był głośny. Właśnie dlatego okazał się nie do zniesienia. Karolina płakała tak, jak płacze ktoś porzucony w ciemności przez jedyną osobę, która mogła go ocalić. Stałem przy biurku i zaciskałem dłonie na krawędzi blatu, powtarzając sobie, że to podstęp, że księga ostrzegała mnie wyraźnie, że istota zza lustra karmi się winą. Jednak płacz trwał, cichy i coraz słabszy, aż w końcu usłyszałem swoje imię.
Nie hrabia, nie Stillfried.
Moje imię z czasów młodości.
Tak mówiła do mnie tylko ona.
Zerwałem kotarę.
W lustrze zobaczyłem Karolinę klęczącą po drugiej stronie, z twarzą ukrytą w dłoniach. Przez chwilę wyglądała jak dawna dziewczyna, bezbronna, skrzywdzona, uwięziona przez szaleństwo starego profesora i moją wieloletnią obojętność. Potem uniosła głowę, a ja dostrzegłem, że jej oczy są całkowicie czarne.
Nie cofnąłem się.
Przeciwnie, podszedłem bliżej.
– Jeszcze jedna noc – powiedziała. – Potem będziemy razem.
Zapytałem, co muszę zrobić.
Uśmiechnęła się tak pięknie, że nawet groza tego uśmiechu wydała mi się łaską.
Gollubien 31 grudnia 1928 roku
Piszę z trudem, ponieważ dłonie mam lodowate, choć w kominku płonie ogień. Pałac milczy, jakby wszystkie zegary zatrzymały się jednocześnie. Nie słyszę nawet wiatru. Taka cisza nie należy do świata żywych.
Karolina kazała mi przygotować lustro, misę z wodą i srebrny nóż, który należał kiedyś do mojego ojca. Krew jest tylko kluczem, powiedziała, a klucz nie ma znaczenia, kiedy drzwi zostaną otwarte. Nie bałem się, gdy naciąłem dłoń. Ból był jasny, prosty i niemal przyjemny po tylu dniach mgły. Kilka kropli spadło do misy, a woda natychmiast pociemniała, jakby odbijała nie sufit pracowni, lecz nocne jezioro.
W lustrze zobaczyłem Królewiec sprzed lat. Ogród profesora Reimanna, Karolinę w jasnej sukni, siebie młodego, głupiego i pewnego, że świat będzie zawsze przychylny moim zachciankom. Potem obraz się zmienił. Zobaczyłem pracownię luster, profesora stojącego nad Karoliną, jej twarz wykrzywioną strachem i coś czarnego, co wychylało się z największego zwierciadła, jak cień uczący się kształtu człowieka.
Wtedy zrozumiałem, że Karolina mówiła prawdę, lecz nie całą.
Ona rzeczywiście została uwięziona. Rzeczywiście cierpiała. Rzeczywiście czekała.
Ale przez te wszystkie lata nie była sama.
To, co weszło w nią tamtej nocy, rosło razem z jej rozpaczą. Żywiło się jej pamięcią, jej głodem, jej niespełnioną miłością, aż nie sposób było już oddzielić dziewczyny, którą znałem, od istoty, która nosiła jej twarz. Może Karolina nadal istnieje gdzieś w tej ciemności. Może to ona płacze, gdy tamto się uśmiecha. A może właśnie na tym polega najokrutniejsza przemiana, że demon nie przychodzi z zewnątrz, lecz powoli staje się tym, co najbardziej ludzkie zostało w człowieku skrzywdzone.
Teraz stoi na jeziorze.
Widzę ją przez okno pracowni. Śnieg świeci w blasku księżyca, a ona czeka pośrodku zamarzniętej tafli, w białej sukni, z włosami rozwianymi na wietrze, którego tutaj nie ma. Wyciąga do mnie rękę. Nie zostawia śladów.
Wiem już, że nie idę po wiedzę.
Nie idę po miłość.
Idę, ponieważ ona od dawna jest we mnie, a lustro tylko pokazało mi miejsce, do którego zawsze zmierzałem.
Jeśli ktoś znajdzie te zapiski, niech nie patrzy zbyt długo w zwierciadło w mojej pracowni. Niech je rozbije, zakopie, zatopi w jeziorze albo odda ogniowi, jeśli ogień w ogóle może zniszczyć coś, co nauczyło się żyć w odbiciu.
Karolina woła.
Muszę iść.
III. Epilog. Głos zza tafli
Nie wiem, ile czasu minęło.
Po tej stronie czas nie płynie, lecz osiada na wszystkim jak kurz na zamkniętych pokojach. Są chwile, gdy wydaje mi się, że dopiero przed chwilą wyszedłem z pałacu i ruszyłem przez śnieg w stronę jeziora. Pamiętam trzask lodu pod stopami, chłód wnikający przez buty, białą postać Karoliny i jej dłoń wyciągniętą ku mnie z obietnicą, której nie potrafiłem już odrzucić. Potem był huk pękającej tafli, ciemność lodowatej wody i nagłe światło, zbyt ostre, by mogło należeć do księżyca.
A później zobaczyłem siebie.
Stałem po drugiej stronie lustra i patrzyłem na pracownię.
Na początku sądziłem, że śnię. Człowiek chwyta się takich wyjaśnień nawet wtedy, gdy nie ma już ciała, snu ani przebudzenia. Widziałem biurko, przewrócone krzesło, świece wypalone do końca, misę z ciemną wodą i własne zapiski leżące na blacie. Wszystko było tak blisko, że gdy uniosłem rękę, spodziewałem się dotknąć drewna ramy.
Dotknąłem szkła.
Nie było zimne ani ciepłe. Nie było twarde w zwykły sposób. Ustępowało lekko pod palcami, jak błona napięta między jednym światem a drugim, lecz nie pozwalało przejść. Krzyczałem, choć nie miałem głosu. Uderzałem pięściami, choć moje dłonie nie były już dłońmi. Po drugiej stronie nikt mnie nie słyszał.
Karolina stała za mną.
Nie od razu się odwróciłem, ponieważ bałem się zobaczyć to, co już wiedziałem. Kiedy w końcu spojrzałem, ujrzałem nie dziewczynę z Królewca i nie kobietę z jeziora, lecz coś większego, złożonego z wielu twarzy. Jej jasne włosy spływały na ramiona, ale poruszały się jak mokre korzenie. Oczy miała czarne, a w ich głębi widziałem małe odbicia ludzi, którzy patrzyli kiedyś zbyt długo.
– Obiecałaś mi prawdę – powiedziałem, choć słowa nie wyszły z ust, tylko z samego środka mojego lęku.
Uśmiechnęła się, a ten uśmiech był nadal piękny, bo piękno nie znika nawet wtedy, gdy staje się narzędziem potępienia.
– Przecież ją dostałeś.
Od tamtej pory nauczyłem się czekać.
Widziałem, jak wrócili do pałacu ludzie ze wsi i resztki służby. Widziałem Segala, który wszedł do pracowni z różańcem owiniętym wokół dłoni. Starzec spojrzał w lustro tylko raz i natychmiast się odwrócił, lecz chyba mnie rozpoznał, bo jego twarz skurczyła się z bólu. Chciałem błagać go o pomoc. Chciałem, by rozbił zwierciadło, by rzucił w nie krzesłem, kamieniem, czymkolwiek. On jednak tylko przeżegnał się i wyszedł, a po kilku dniach pałac zamknięto.
Potem przychodzili inni.
Ciekawscy, spadkobiercy, urzędnicy, robotnicy, złodzieje, młode kobiety szukające dreszczu, mężczyźni udający odwagę przed sobą nawzajem. Większość patrzyła krótko i odchodziła z niepokojem, którego nie umiała nazwać. Niektórzy widzieli mnie. Przyciskałem dłonie do tafli, próbowałem ułożyć twarz tak, by przypominała dawną, lecz z każdym rokiem coraz trudniej było mi pamiętać własne rysy. Lustro odbiera człowiekowi twarz powoli. Najpierw rozmazuje spojrzenie, potem usta, potem wszystko, co pozwalało mu powiedzieć: to jestem ja.
Karolina przychodzi rzadziej.
A może jest tutaj zawsze, tylko nie potrzebuje już udawać obecności. Czasem słyszę jej śmiech w korytarzach po tej stronie, czasem widzę ją nad jeziorem, które nie jest jeziorem, pod niebem, które nie jest niebem. Wokół niej krążą inni, dawni patrzący, dawni kochankowie, dawni uczeni i głupcy. Niektórzy wciąż wierzą, że pewnego dnia przejdą z powrotem. Ja już nie wierzę.
Najgorsze nie jest uwięzienie.
Najgorsze jest to, że zaczynam rozumieć jej głód.
Kiedy ktoś staje przed lustrem i patrzy dłużej, niż powinien, czuję jego ciepło. Czuję jego wspomnienia, samotność, winę, pragnienia, których sam się wstydzi. Wtedy coś we mnie budzi się i podchodzi bliżej tafli. Chcę ostrzec, lecz jednocześnie chcę, aby został. Chcę, by patrzył jeszcze chwilę. Chcę dotknąć jego świata przez jego oczy.
Być może tak właśnie rodzą się demony.
Nie z piekła, nie z klątwy, nie z czarnej mszy odprawionej przez szaleńca. Rodzą się z ludzi, którzy zbyt długo pozostawali sami ze swoim pragnieniem, aż w końcu pragnienie nauczyło się mówić ich głosem.
Jeśli więc staniesz kiedyś w pustej pracowni pałacu w Gołubiach i zobaczysz w wielkim lustrze zamazaną postać mężczyzny, nie próbuj rozpoznać jego twarzy. Nie pochylaj się bliżej, nie przykładaj dłoni do szkła, nie słuchaj szeptu, który wyda ci się znajomy.
To mogę być ja.
A może już nie ja?
Jeśli dotarłeś do końca mojego opowiadania, to już wielki plus dla mnie jako autora. Jeśli postawisz mi kawę, potraktuję ją nie tylko jako podziękowanie za wspólnie spędzony czas, ale również jako mały impuls, że warto pisać dalej, bo gdzieś po drugiej stronie ekranu ktoś czeka na następne opowiadanie.
Dodaj komentarz