Z zapisków Skryby
Nieśmiertelność ?
Nie będę udawał. Kiedy dowiedziałem się, że jedziemy oglądać kolejne ogrody, mój entuzjazm nie był szczególnie wielki. Miałem już za sobą Isola Bella, gdzie Boromeusze przez stulecia urządzali swój ziemski raj, oraz Isola Madre, która chwilami sprawiała wrażenie, jakby pałac postawiono tam głównie dlatego, że ogród potrzebował jakiegoś budynku. Były egzotyczne drzewa, kwiaty, fontanny, tarasy, sadzawki i widoki, przy których człowiek powinien obowiązkowo westchnąć z zachwytu. Ile razy podczas jednej podróży można jednak zachwycać się ogrodem? Czy zachwyt można stopniować, a może i on, powtarzany zbyt często, staje się w końcu tylko kolejnym punktem programu wycieczki?
Teraz czekała Villa Taranto. Znowu ogród, tym razem botaniczny. Zapowiadano tysiące roślin, gatunki sprowadzone z najdalszych zakątków świata, alejki, fontanny i kaskady. Wszedłem więc przez bramę z aparatem przewieszonym przez ramię i z tym szczególnym rodzajem turystycznego posłuszeństwa, który każe człowiekowi oglądać rzeczy zapisane w programie, nawet jeśli chwilowo większym zainteresowaniem darzy miejsce, w którym można usiąść, wypić mocną kawę albo schłodzone piwo i przez jakiś czas niczym się nie zachwycać.
Dość szybko zrozumiałem jednak, że Villa Taranto różni się od dwóch ogrodów Boromeuszy. Tamte były częścią rodowego świata, tworzonego przez pokolenia i mającego olśniewać gości podobnie jak pałacowe sale, obrazy czy samo nazwisko gospodarzy. Tutaj coraz bardziej interesowało mnie nie to, co rosło po obu stronach alejki, lecz człowiek, który kiedyś zdecydował, że właśnie tak ma ona przebiegać. Nie ogród zaczął mnie więc intrygować najbardziej, lecz jego twórca.
Nazywał się Neil Boyd McEacharn. Był Szkotem, choć urodził się w Londynie, podróżował po świecie i należał do ludzi wystarczająco zamożnych, by móc pozwolić sobie na marzenia wymagające nieco więcej miejsca niż parapet z doniczką pelargonii. W 1930 roku kupił w Pallanzie posiadłość La Crocetta i zaczął zmieniać ją według własnej wizji. Przekształcał teren, sprowadzał rośliny z różnych stron świata, budował system nawadniający zasilany wodą z jeziora, tworzył tarasy, doliny i zbiorniki. Ziemia miała przyjąć kształt, który wcześniej istniał jedynie w jego wyobraźni.
Pomyślałem wtedy o Isola Bella. Tam człowiek również postanowił poprawić naturę. Wyspa najwyraźniej nie była wystarczająco piękna, więc należało nadać jej odpowiedni kształt, zbudować pałac, usypać tarasy i stworzyć ogród godny Boromeuszy. Na Isola Madre zrobiono to inaczej, pozostawiając roślinom więcej swobody, choć i tam przypadek miał swoje granice. W Villa Taranto człowiek po raz trzeci podczas mojej podróży mówił naturze, gdzie ma rosnąć, którędy płynąć i w jakim miejscu najlepiej wyglądać.
Można uznać to za przejaw ludzkiej pychy. Natura radziła sobie przecież całkiem nieźle przez miliony lat, zanim pojawił się McEacharn ze swoimi planami i postanowił zaprowadzić w niej własny porządek. Tyle że po pewnym czasie przestałem mieć ochotę na podobne złośliwości. Było w tym ogrodzie coś bardzo osobistego. Coraz wyraźniej widziałem nie próbę poprawienia świata, lecz czyjeś marzenie, które ktoś miał szczęście, pieniądze, wyobraźnię i wystarczająco dużo uporu, żeby zamienić w rzeczywistość.
A potem przyszła wojna.
W 1939 roku McEacharn musiał opuścić Włochy. Wyjechał do Australii, pozostawiając ogród pod opieką zaufanych ludzi. Łatwo zamknąć taką informację w jednym zdaniu biografii, postawić kropkę i przejść do następnej daty. Wyjechał. Powrócił po wojnie. Pomiędzy tymi dwoma zdaniami mieści się jednak kilka lat, podczas których człowiek nie mógł wiedzieć, czy świat pozostawiony za plecami będzie jeszcze istniał w kształcie, jaki zapamiętał. Nie wiedział, co zastanie, jeśli w ogóle będzie miał do czego wracać.
McEacharn powrócił.
I chyba właśnie to słowo zatrzymało mnie na dłużej niż nazwy egzotycznych roślin. Powrócił do Pallanzy i do swojego ogrodu. Nie przyjechał tylko zobaczyć, co ocalało, przejść znajomymi alejkami i pogodzić się ze stratami. Podjął przerwane dzieło i pracował nad nim dalej, a później zadbał również o to, aby ogród mógł istnieć wtedy, kiedy jego samego już zabraknie.
Revenant.
Ten, który powraca.
Uśmiechnąłem się, kiedy to słowo pojawiło się w mojej głowie. Od pewnego czasu było mi przecież szczególnie bliskie. Nosiła je jedna z moich książek, a wybierając dla niej taki tytuł, myślałem o różnych powrotach, niekoniecznie tych, w których zmarły człowiek podnosi wieko trumny i postanawia sprawdzić, co zmieniło się podczas jego nieobecności. Przeszłość zna znacznie subtelniejsze sposoby powracania. Czasem wystarczy wspomnienie, fotografia, przedmiot, miejsce albo historia, o której wszyscy mieli już zapomnieć. Tyle że McEacharn naprawdę wrócił.
Szedłem dalej jego ogrodem i stopniowo docierało do mnie, że właściwie nadal robię to, czego chciał człowiek, którego od dawna nie było już na świecie. Skręcałem tam, gdzie poprowadził alejkę, zatrzymywałem się tam, gdzie otwierał się widok, patrzyłem na drzewa i rośliny, które ktoś kiedyś wybrał i posadził właśnie w tym miejscu. Wydawało mi się, że sam decyduję, dokąd idę i na co patrzę, ale przecież ktoś wiele lat wcześniej przygotował tę drogę. Podsuwał mi kolejne obrazy, prowadził pomiędzy drzewami i otwierał przede mną następne fragmenty swojego ogrodu.
Wtedy uświadomiłem sobie coś jeszcze.
McEacharn zmarł w 1964 roku. Ja urodziłem się rok wcześniej. Szedłem więc ścieżkami wyznaczonymi przez człowieka, którego nie było na świecie niemal dokładnie tak długo, jak długo ja na nim byłem. Jego nieobecność trwała prawie tyle samo, ile całe moje dotychczasowe życie, a mimo to właśnie on prowadził mnie przez swój ogród. Ta myśl wydała mi się bardziej niezwykła niż wszystkie egzotyczne rośliny, których nazw i tak zapewne nie miałem szans zapamiętać.
Przyznaję, że gdzieś w tym miejscu dopadła mnie próżność. Nie jakaś szczególnie wyrafinowana, lecz zwyczajna, autorska, trochę śmieszna i może nawet odrobinę wstydliwa. Pomyślałem o własnych książkach. Człowiek pisze, fotografuje, składa z tego album, wymyśla bohaterów i opowiada historie, a potem zapewnia siebie i innych, że robi to przede wszystkim dlatego, że sprawia mu przyjemność. Zapewne jest w tym sporo prawdy, ale gdzieś pod spodem siedzi mały, próżny człowieczek i po cichu liczy, że to, co stworzył, nie skończy swojego życia wraz z chwilą, kiedy on sam przestanie się tym zajmować.
Może nawet liczy na coś więcej. Że kiedyś ktoś przypadkiem zdejmie książkę z półki, otworzy ją i pójdzie dalej. Nie będzie znał autora, nie będzie wiedział, co jadł na śniadanie, czym się przejmował ani czy pisząc dane zdanie, siedział przy biurku, czy poprawiał je po raz dziesiąty w środku nocy. Przez jakiś czas pozwoli się jednak prowadzić. Zatrzyma się tam, gdzie autor chciał go zatrzymać, zajrzy za zakręt, za którym ukryto historię, a być może zobaczy po drodze coś, czego sam autor nawet nie zauważył.
Spojrzałem na otaczający mnie ogród i skala porównania dość szybko przywróciła mi rozsądek. McEacharn pozostawił jeden z najbardziej znanych ogrodów botanicznych we Włoszech. Skryba miał kilka książek, albumów, trochę fotografii i pokaźną liczbę plików na komputerze, których nazw czasami sam nie potrafił rozszyfrować. Nie zamierzałem więc porównywać naszych dokonań. To byłoby już nie próżnością, lecz dość poważnym zaburzeniem proporcji. Pomyślałem jedynie, że marzenia ludzi, którzy coś tworzą, mogą być do siebie bardziej podobne, niż wskazywałyby na to rozmiary ich dzieł.
Zresztą nawet nieśmiertelność ogrodu miała swoje ograniczenia. McEacharn umarł, drzewa również umierają, a ogród istnieje tylko dlatego, że kolejne pokolenia ludzi nadal o niego dbają. Villa Taranto przekonała się, jak kruche potrafi być ludzkie dzieło, kiedy w 2012 roku potężna burza zniszczyła lub uszkodziła setki drzew. Wystarczyło kilka godzin, żeby natura przypomniała, kto w tym sporze ma więcej czasu.
Nieśmiertelność?
No, może bez przesady.
Książki też nie są wieczne. Papier żółknie, oprawy się rozpadają, nakład znika, a pliki zapisane w najnowocześniejszym formacie któregoś dnia mogą okazać się równie użyteczne jak dyskietka znaleziona na dnie szuflady. Przede wszystkim jednak książka może zwyczajnie przestać kogokolwiek interesować. Można napisać tysiąc stron, wydać je własnym sumptem, ustawić na półce i z należytą powagą oczekiwać na wieczność. Wieczność może wzruszyć ramionami i pójść dalej. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej tytułowa nieśmiertelność domagała się pytajnika.
Może więc wcale nie o nią chodzi.
Może wystarczy powrót.
McEacharn powrócił do swojego ogrodu po wojnie. Kiedy jego życie dobiegło końca, pozostało natomiast coś, co pozwalało mu powracać w zupełnie inny sposób. Nie musiał wychodzić z grobu ani błąkać się nocą pomiędzy rododendronami. Wystarczyło, że ponad sześćdziesiąt lat później przyjechał jakiś turysta z Polski, przeszedł jego alejkami i zaczął zastanawiać się nad człowiekiem, którego nigdy nie spotkał. Przez kilka chwil McEacharn znów był obecny w czyichś myślach, a jego dawne decyzje nadal wpływały na to, gdzie ten obcy człowiek szedł i na co patrzył.
I właśnie wtedy pomyślałem, że może wystarczyłoby znacznie mniej, niż podpowiada człowiekowi słowo nieśmiertelność. Żeby za jakiś czas ktoś otworzył Revenanta, Cichą kobietę albo jeden z albumów i pozwolił mi przez chwilę poprowadzić się ścieżką, którą dla niego zostawiłem. Nie musiałby nawet pomyśleć o autorze. Wystarczyłoby, żeby zatrzymał się przy którejś historii, zobaczył miejsce, którego wcześniej nie znał, albo po przeczytaniu kilku stron zaczął zadawać sobie pytanie, którego przedtem sobie nie zadawał.
McEacharn miał drzewa, kwiaty, wodę i ziemię. Skryba miał słowa. Nie porównywałem dzieł, bo takie porównanie nie miałoby większego sensu. Porównywałem raczej marzenia, a te być może są znacznie bardziej demokratyczne. Człowiek coś sadzi, buduje, maluje, fotografuje albo zapisuje i gdzieś po cichu ma nadzieję, że pozostawiona przez niego ścieżka nie zarośnie natychmiast, kiedy przestanie nią chodzić.
Kiedy wychodziłem z Villa Taranto, nie byłem już zmęczony kolejnym ogrodem. Nadal nie potrafiłem odróżnić większości egzotycznych roślin i zapewne nazwy wielu z nich zapomniałem jeszcze przed opuszczeniem bramy. Zapamiętałem natomiast człowieka, który wymarzył sobie ogród, musiał go opuścić, potem do niego powrócił i zaczął pracować dalej. Kilkadziesiąt lat później nieznany mu człowiek szedł pozostawionymi przez niego ścieżkami i zastanawiał się nad własnymi książkami. Było w tym coś zabawnego, coś trochę próżnego, ale również coś pocieszającego.
Bo może nieśmiertelność rzeczywiście jest słowem zdecydowanie na wyrost. Ogród może zniszczyć burza, drzewo może uschnąć, książka może zostać zapomniana, a człowiek wcześniej czy później kończy swoją wędrówkę. Tego dnia nie potrafiłem jednak zaprzeczyć jednemu. Człowiek, którego nie było na świecie niemal tak długo, jak długo ja na nim jestem, wciąż potrafił poprowadzić mnie swoją ścieżką.
Nieśmiertelność?
Chyba jednak nie.
Ale powrót…Revenant?
To już zupełnie inna historia.
Jeśli dotarłeś do końca mojego opowiadania, to już wielki plus dla mnie jako autora. Jeśli postawisz mi kawę, potraktuję ją nie tylko jako podziękowanie za wspólnie spędzony czas, ale również jako mały impuls, że warto pisać dalej, bo gdzieś po drugiej stronie ekranu ktoś czeka na następne opowiadanie.
Dodaj komentarz