Milczenie

opowiadanie

Jeszcze nie.

Nie mogę się zatrzymać.

Nogi mam ciężkie jak ołów. Każdy krok kosztuje więcej niż poprzedni, a błoto trzyma buty tak mocno, jakby chciało mnie wciągnąć pod ziemię. Powietrze nie wystarcza. Łapię je krótkimi haustami, lecz zamiast ulgi czuję tylko pieczenie w gardle. Serce wali gdzieś pod samym jabłkiem Adama. Jeszcze chwila, a wyrwie się z piersi.

Nie oglądaj się.

Po co? I tak wiem, że są za mną.

Las dawno przestał być lasem. Widzę tylko kolejne pnie wyrastające przede mną jak ściana. Omijam jeden, drugi, trzeci… Wszystkie wyglądają tak samo. Gdzie jest skraj? Przecież nie może trwać bez końca.

Jeszcze trochę.

Tylko jeszcze trochę.

Ona czeka.

Dlaczego teraz? Przecież powinienem myśleć tylko o tym, żeby przeżyć. A jednak wraca jej twarz. Nie uśmiech. Oczy. Patrzyła na mnie tak, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół. Powinienem był wtedy coś powiedzieć. Nie pamiętam już co. Pamiętam tylko, że odwróciłem się pierwszy. Bałem się, że jeśli zostanę choć chwilę dłużej, nie potrafię odejść.

Trzeba wrócić.

Jeszcze trochę.

Nagle uświadamiam sobie, że nic nie słyszę.

Żadnych strzałów.

Żadnych krzyków.

Tylko własny oddech.

Może zgubiłem ich.

Opieram dłoń o pień sosny. Zamykam oczy. Jeden oddech. Tylko jeden. Drugi. Czuję smak krwi. Kiedy rozciąłem wargę? Nie pamiętam. Nieważne.

Trzask.

Otwieram oczy za późno.

Coś wpada na mnie z taką siłą, że obaj przewracamy się w błoto. Ziemia uderza o plecy. Przez chwilę nie wiem, gdzie jest góra, a gdzie dół. Czyjeś kolano wciska mi się w bok. Ręka szuka mojego gardła.

Nie.

Jeszcze nie.

Odpycham go całym ciałem. Błoto ślizga się pod nami. Nagle jestem na górze. Nie wiem, jak to się stało. Nie myślę. Palce same odnajdują szyję.

Zaciskam.

Szarpie się.

Mocniej.

Jeszcze mocniej.

Bije mnie po twarzy. Trafia raz. Drugi. Paznokcie rozrywają mi wargę. Ciepła krew zalewa lewe oko. Już go nie widzę. Czuję tylko jego oddech. Coraz płytszy.

Nie puścić.

Jeszcze chwilę.

Jeszcze…

Przecież…

Nagły ból rozrywa skroń.

Biały błysk.

Jeszcze jeden.

Próbuję zacisnąć dłonie mocniej, ale nie słuchają. Najpierw prostuje się mały palec. Potem serdeczny. Jakby życie powoli odpływało z każdej dłoni osobno. Czuję jeszcze ciepło jego szyi, lecz uścisk słabnie. Palce rozchylają się bez mojej woli.

Ona…

Marzec 1864

Człowiek, który przyjechał tamtego ranka do Wądołek, nie chciał wejść do domu. Stał przed gankiem z czapką w dłoniach, przemoczony od topniejącego śniegu i oblepiony błotem niemal po kolana, jakby przez kilka ostatnich dni wybierał wyłącznie boczne drogi, leśne dukty i ścieżki prowadzące z dala od traktów. Koń pod nim ciężko poruszał bokami, a z mokrej sierści unosiła się para. Kiedy ukazałam się w drzwiach, przybysz spojrzał na mnie tylko na chwilę, po czym odwrócił wzrok ku zabudowaniom folwarcznym.

Poznałam Rudzkiego, choć widziałam go dotąd zaledwie dwa razy. Przed wybuchem powstania przyjeżdżał do nas wraz z kilkoma młodymi ziemianami, którzy podczas kolacji rozmawiali półgłosem i milkli za każdym razem, gdy ktoś ze służby wchodził do salonu. Jacenty nazywał go dawnym kolegą z pułku, lecz oboje wiedzieliśmy, że od pewnego czasu łączyła ich sprawa, o której lepiej było nie mówić przy otwartych drzwiach.

– Czy pani sama? – zapytał.

Za moimi plecami stała Franciszka, a w głębi sieni widziałam ekonoma, który zatrzymał się w pół kroku, ściskając pod pachą księgę rachunkową. Z kuchni dochodził zapach chleba wyjętego przed chwilą z pieca, na podwórzu szczekał pies, a przy studni dziewczęta śmiały się z czegoś, czego nie dosłyszałam. Wszystko wyglądało tak zwyczajnie, że przez moment uwierzyłam, iż człowiek stojący przede mną również przywiózł zwyczajną wiadomość.

– Proszę wejść – powiedziałam.

Pokręcił głową.

– Nie mogę zostać długo.

Zeszłam z ganku. Cienki lód pękł pod podeszwą mojego trzewika, a woda natychmiast wypełniła powstałą szczelinę. Rudzki nadal milczał. Widziałam, że układa w myślach zdanie, od którego zależeć miało wszystko, co usłyszę później.

– Co z Jacentym?

– Oddział został rozbity pod Nowogrodem.

– Pytam o mojego męża.

Podniósł wzrok, ale nie znalazłam w jego twarzy odpowiedzi. Było tam jedynie zmęczenie, może wstyd, a może lęk człowieka, który wie za mało, aby przynieść nadzieję, i zbyt wiele, aby pozostawić ją nietkniętą.

– Ostatni raz widziałem go przy skraju lasu – powiedział. – Był ranny w ramię, ale szedł o własnych siłach. Moskale odcięli nas od siebie. Kiedy wróciliśmy następnego dnia, nie znaleźliśmy go.

– Ciała również?

– Nie.

To jedno słowo przyniosło mi ulgę tak gwałtowną, że niemal się jej zawstydziłam. Nie znaleziono ciała. A więc mógł żyć. Mógł zostać zabrany przez ludzi ze wsi, ukryć się w lesie, dostać do innego oddziału albo przedostać za granicę Prus. Każda z tych możliwości była mało prawdopodobna, lecz wszystkie razem wystarczały, bym nie pozwoliła mi uznać Rudzkiego za posłańca śmierci.

Sięgnął pod płaszcz i wyjął zegarek Jacentego.

– Leżał niedaleko miejsca, w którym widziałem go po raz ostatni.

Nie wyciągnęłam ręki.

– Skoro nie znaleźliście jego ciała, skąd pewność, że sam go zgubił?

– Nie mam pewności.

– Więc proszę go zatrzymać.

Rudzki spojrzał na zegarek, a potem złożył dłoń i ukrył go ponownie pod płaszczem. Nie próbował mnie przekonywać. Być może zrozumiał, że przyjmując ten przedmiot, przyjęłabym również możliwość, na którą nie byłam jeszcze gotowa.

– Władze sporządzają spisy – powiedział po chwili. – Nazwiska ludzi z oddziałów, ich rodziny i majątki. Mogą przyjechać także tutaj.

– Jacenty nie został uznany za zmarłego.

– Dla konfiskaty nie musi umrzeć.

Po tych słowach dosiadł konia. Patrzyłam, jak odjeżdża drogą prowadzącą do Zambrowa, aż jego sylwetka zniknęła pomiędzy nagimi wierzbami. Nie obejrzał się ani razu, a ja nie wróciłam od razu do domu. Stałam przed gankiem, słuchając skrzypienia studziennego żurawia, nawoływania fornali i miarowych uderzeń siekiery na podwórzu.

Nie wiedziałam, czy Jacenty żyje. Nie wiedziałam również, czy kiedykolwiek dowiem się prawdy. Tego ranka zrozumiałam jedynie, że można utracić człowieka, nie otrzymując prawa do żałoby, a dom może zostać odebrany, zanim ktokolwiek odważy się powiedzieć, że jego gospodarz nie wróci.

Z zapisu lekarza wojskowego. Łomża, listopad 1863 roku

Mężczyzna w wieku powyżej lat czterdziestu, przywieziony nieprzytomny przez patrol wojskowy. Rana tłuczona w okolicy lewej skroni, liczne stłuczenia barków i klatki piersiowej, otarcia twarzy. Chory dotychczas nie odzyskał przytomności. Nazwiska ustalić nie zdołano. Rokowania ostrożne.

Maj 1864

Maj przyszedł do Wądołek tak, jak przychodził każdego roku, nie pytając nikogo, czy jest oczekiwany. Kilka cieplejszych dni wystarczyło, aby ziemia, jeszcze niedawno ciężka od roztopów i brudnego śniegu, pokryła się zielenią, a sad otaczający dwór rozjaśnił się tysiącami białych kwiatów. Jabłonie i grusze kwitły z tą samą hojnością co dawniej, nad strumykiem pojawiły się pierwsze jaskółki, a o świcie skowronki wznosiły się tak wysoko nad polami, że można było słyszeć ich śpiew, nie dostrzegając ptaków. Zawsze lubiłam tę porę roku. Tym razem jednak jej piękno wydawało mi się niemal niestosowne, jak śmiech człowieka, który przez pomyłkę wszedł do domu pogrążonego w żałobie.

Przyroda nie znała żałoby. Nie znała również oczekiwania, niepewności ani tej szczególnej odmiany lęku, która nie miała własnego początku i końca, lecz towarzyszyła człowiekowi od przebudzenia aż do chwili, kiedy udało mu się zasnąć. Drzewa nie wiedziały, że od wielu miesięcy Jacentego nie było w Wądołkach, ziemia nie pytała, czy wróci, a klacze w stajni nie przestawały domagać się owsa tylko dlatego, że ich właściciel być może leżał gdzieś ranny, był więziony albo próbował przedostać się przez granicę. Nawet bociany, które ponownie zajęły stare gniazdo na stodole, zachowywały się tak, jakby pomiędzy tamtą a obecną wiosną nie wydarzyło się nic, co mogłoby zmienić porządek świata.

Dwór także żył, choć czasami odnosiłam wrażenie, że żyje z przyzwyczajenia. O świcie rozpalano kuchenny piec, dziewczęta wynosiły wodę ze studni, parobcy otwierali stajnie, a Godlewski pojawiał się na podwórzu wcześniej niż wszyscy i znikał później niż większość. Gdybym miała powiedzieć, kto naprawdę rządził Wądołkami, musiałabym wskazać właśnie jego. Ja podejmowałam decyzje, podpisywałam rachunki i odpowiadałam przed ludźmi za to, co działo się w majątku, lecz to Godlewski wiedział, kiedy ziemia jest już wystarczająco sucha, by wpuścić na nią konie, ile ziarna odłożyć na zasiew i którego parobka wysłać na targ, aby nie wrócił z połową pieniędzy wydanych w karczmie. Tak było jeszcze za Jacentego i jego nieobecność niewiele w tym względzie zmieniła.

Przez pierwszy rok po jego wyjeździe nauczyłam się natomiast, że właściciel majątku nie musi wiedzieć wszystkiego, lecz powinien wiedzieć, komu może zaufać. Godlewski nigdy nie próbował wykorzystać mojej niewiedzy, ale też nie udawał, że każda moja decyzja jest słuszna. Jeśli uważał inaczej, milkł na kilka chwil, pocierał palcem brzeg czapki albo przesuwał językiem po zębach, zanim powiedział spokojnie, że zrobi, jak każę, choć sam postąpiłby inaczej. Z początku irytowała mnie ta jego powściągliwość, później nauczyłam się ją doceniać. Była znacznie uczciwsza od potakiwania ludzi, którzy własne zdanie przypominali sobie dopiero wtedy, gdy sprawy zaczynały iść źle.

Tamtego ranka przyszedł do gabinetu z księgą rachunkową pod pachą i kilkoma luźnymi kartkami wsuniętymi pomiędzy jej strony. Odkąd Jacenty wyjechał, coraz częściej przyjmowałam Godlewskiego właśnie tam. Salon wydawał mi się zbyt uroczysty do rozmów o zakupie owsa, naprawie wozów czy sprzedaży drewna, gabinet zaś zachował jeszcze coś z dawnego porządku. Biurko nadal było biurkiem Jacentego, chociaż od wielu miesięcy siedziałam przy nim częściej niż on przez ostatni rok przed wyjazdem.

– Dolne pole można kończyć jutro – powiedział Godlewski, rozkładając przede mną kartkę. – Jeżeli deszcz nie przyjdzie wcześniej, do niedzieli będziemy mieli wszystko obsiane.

– Przyjdzie?

Spojrzał przez okno.

– Powietrze jeszcze suche. Może za dwa, trzy dni.

Nie pytałam, skąd wie. Godlewski rozpoznawał pogodę po rzeczach, których ja nigdy nie potrafiłam zauważyć: po wysokości lotu jaskółek, zachowaniu koni, zapachu ziemi i kształcie chmur nad lasem. Jacenty czasem się z niego śmiał, lecz kiedy chodziło o sianokosy albo żniwa, zawsze pytał go o zdanie.

– Co jeszcze?

– Mostek na strudze trzeba poprawić. Dwa pale puściły po roztopach. Można połatać, ale na przyszły rok trzeba będzie postawić nowy.

– Łatajmy. O przyszłym roku będziemy myśleć później.

Nie skomentował. Widziałam jednak, jak na moment uniósł wzrok znad kartki. Oboje zrozumieliśmy, dlaczego powiedziałam właśnie tak, choć żadne nie zamierzało tego rozwijać. W Wądołkach coraz więcej spraw załatwiało się tylko na teraz. Siało się pola, naprawiało dachy i kupowało paszę, lecz przyszłość przestała być czymś oczywistym. Każde na przyszły rok brzmiało jak zobowiązanie składane komuś, kto być może nie będzie miał już prawa go wypełnić.

Godlewski zamknął księgę, lecz nie podniósł się od razu. Przez chwilę przesuwał dłonią po skórzanej oprawie, jakby zastanawiał się, czy powiedzieć coś jeszcze.

– Byłem wczoraj w Zambrowie.

Spojrzałam na niego.

– Wiem. Posyłałam pana po gwoździe.

– Gwoździe przywiozłem.

Po jego głosie poznałam, że nie o nich chciał mówić.

– Co jeszcze pan przywiózł?

Uśmiechnął się ledwie zauważalnie.

– Wieści. A może plotki. Zależy, komu wierzyć.

Nie odpowiedziałam. Od czasu wizyty Rudzkiego nauczyłam się ostrożności wobec wszelkich wiadomości. Każdego tygodnia ktoś przynosił nową. Raz Jacentego widziano pod Drohiczynem, innym razem miał przedostać się za Bug, a pewien handlarz z Czyżewa utrzymywał nawet, że spotkał człowieka odpowiadającego jego rysopisowi gdzieś pod Siedlcami. Wszystkie te historie rozpadały się po kilku dniach, pozostawiając jedynie jeszcze większą pustkę.

– Na rynku mówili, że kilku naszych przeszło do Prus – ciągnął Godlewski. – Podobno przedostali się przez granicę, zanim wojsko zdążyło ich dopaść. Prusacy ich rozbroili i internowali.

Serce zabiło mi szybciej, choć starałam się tego nie okazać.

– Ilu?

– Tego nikt nie wie.

– Z jakiego oddziału?

Pokręcił głową.

– Jedni mówią, że spod Łomży, inni, że od Ostrołęki. Ktoś twierdził, że byli też ludzie z naszych stron.

Przez chwilę patrzyłam na leżącą przed nim księgę, choć zapisane w niej liczby przestały mieć znaczenie.

– Nazwisk nie było?

– Nie słyszałem.

Musiał zauważyć rozczarowanie na mojej twarzy, bo po chwili dodał spokojnie:

– Ale gdyby człowiek chciał zniknąć, pani Antonino, granica byłaby jednym z lepszych miejsc. Po tamtej stronie nie wydadzą go od razu Moskalom. Rozbroją, zamkną, ale będzie żył.

Nie odpowiedziałam. Godlewski również nic więcej nie powiedział. Wstał, wsunął księgę pod pachę i skłonił głowę, jakby przed chwilą rozmawialiśmy wyłącznie o naprawie mostka.

Dopiero kiedy drzwi się za nim zamknęły, podeszłam do okna. Droga prowadząca od Zambrowa była pusta. W maju nie patrzyłam na nią już tak często jak zimą. Początkowo czułam z tego powodu wyrzuty sumienia, później przyjęłam do wiadomości, że człowiek nie potrafi przez cały dzień czekać. Trzeba zjeść śniadanie, przeczytać rachunki, wysłuchać ludzi, zdecydować o sprzedaży cielęcia i pamiętać, że w spiżarni kończy się sól. Dopiero wieczorem, kiedy dwór cichł, czekanie odzyskiwało należne mu miejsce.

Tego dnia jednak droga znów stała się ważna.

Prusy.

Nigdy wcześniej nie myślałam o nich z wdzięcznością. Były gdzieś na północy i zachodzie, za granicą, która dla większości mieszkańców Wądołek istniała bardziej w urzędowych papierach niż w codziennym życiu. Teraz wystarczyła jedna pogłoska, aby stały się miejscem niemal bezpiecznym. Jeśli Jacenty dotarł tam ranny, jeśli ktoś pomógł mu przejść, jeśli został internowany, jeśli nie miał sposobności wysłać wiadomości…

Zbyt wiele jeśli.

Odeszłam od okna.

Wieczorem poszłam pod kapliczkę na majowe. Mieszkańcy Wądołek schodzili się tam od wielu lat, jeszcze zanim zostałam żoną Jacentego. Dziewczęta przyniosły bez i pierwsze polne kwiaty, starsze kobiety poprawiały biały obrus pod figurą Matki Boskiej, a dzieci, którym nabożeństwo wydawało się znacznie dłuższe niż dorosłym, przesuwały się niespokojnie pomiędzy rodzicami. Kiedy rozpoczęto Litanię, śpiew rozszedł się po łąkach i polach, łagodny, monotonny, znajomy od dzieciństwa. Słuchając go, przez chwilę można było uwierzyć, że istnieją rzeczy, których żadne powstanie ani żaden carski ukaz nie potrafią zmienić.

Po nabożeństwie proboszcz podszedł do mnie i zaproponował, że odprowadzi mnie kawałek drogi. Znałam go od lat i pamiętałam jeszcze kazania sprzed powstania, kiedy potrafił mówić o obowiązku wobec ojczyzny z takim żarem, że nawet starsi gospodarze wychodzili z kościoła bardziej wyprostowani. Teraz mówił ciszej, a ostatnimi miesiącami coraz częściej ważył słowa, zanim je wypowiedział.

Szliśmy przez chwilę bez rozmowy. Pod nogami chrzęścił piasek, zza zabudowań dochodziło szczekanie psów, a od strony łąk ciągnął chłodniejszy wieczorny zapach wody.

– Ludzie dziś trochę liczniej przyszli – powiedział w końcu.

– Maj zawsze ich przyciągał.

– Dawniej może bardziej.

Spojrzałam na niego. Wiedziałam, że nie mówi o nabożeństwie.

– Boją się?

Westchnął.

– Każdy się czegoś boi.

– Ksiądz również?

Przystanął na moment, jakby nie spodziewał się pytania.

– Byłbym głupcem, gdybym się nie bał.

Po drugiej stronie drogi stała niewielka drewniana kapliczka. Ksiądz spojrzał na nią, a potem dalej, w stronę niewidocznej zza drzew wieży kościoła.

– Mówią, że będą zabierać dobra kościelne. Że parafie, w których zbyt chętnie wspierano powstańców, mogą zostać skasowane. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale coraz częściej docierają takie wiadomości. A gdy zamkną kościół albo oddadzą go prawosławnym, wtedy ludzie przyjdą do mnie i zapytają, po co nam to było.

Zwróciłam głowę ku niemu.

Nie nam.

Im.

Usłyszałam to wyraźnie, choć być może sam nie zauważył, jakiego słowa użył.

– Rok temu ksiądz mówił inaczej.

Przez kilka kroków milczał.

– Rok temu wierzyłem, że skończy się inaczej.

– A dzisiaj?

Zatrzymał się. Na jego twarzy pojawiło się zmęczenie, którego nie widziałam wcześniej, choć znałam go od dawna.

– Dzisiaj widzę wdowy, dzieci bez ojców, gospodarstwa pozbawione ludzi i nazwiska czytane z list aresztowanych. Widzę też tych, którzy jeszcze rok temu mówili najgłośniej, a teraz nie pamiętają własnych słów. Człowiek może być odważny, gdy krwią i łzami płaci ktoś inny.

Nie wiedziałam, czy mówi również o sobie. Być może dlatego odpowiedziałam ostrzej, niż zamierzałam.

– Jacenty zapłacił swoją.

Ksiądz spuścił głowę.

– Wiem.

Szliśmy dalej w milczeniu. Dopiero przed drogą prowadzącą do dworu zatrzymał mnie jeszcze na chwilę.

– Niech pani nie myśli, że żałuję wszystkiego.

– A czego ksiądz żałuje?

Spojrzał w stronę Wądołek, gdzie ponad drzewami widać było już tylko dach dworu.

– Ludzi.

Nie powiedział nic więcej.

Pożegnaliśmy się przy rozstaju. Wracałam sama, powoli, nie chcąc jeszcze wchodzić do domu. Księżyc dopiero wschodził ponad polami, a sad pachniał tak intensywnie, że zapach kwitnących jabłoni czułam jeszcze przed wejściem między drzewa. Zatrzymałam się przy starej gruszy i dotknęłam dłonią szorstkiej kory. Pamiętałam, jak Jacenty mówił kiedyś, że drzewo rośnie dłużej niż człowiek, dlatego nie należy go ścinać tylko dlatego, że stoi komuś na drodze.

Wtedy po raz pierwszy tego dnia pomyślałam o Prusach bez lęku.

Może rzeczywiście tam był. Może siedział w jakimś obozie internowanych i nie miał sposobu, by wysłać wiadomość. Może rana nie pozwalała mu jeszcze podróżować. Może nie znał nawet nazwiska człowieka, który mógłby przekazać list do Wądołek. Każda z tych możliwości była równie niepewna jak poprzednie, lecz tego wieczoru nie chciałam ich odrzucać.

Z dworu dochodziło światło. W jednym z okien ktoś przesunął lampę, w kuchni brzęknęło naczynie, a z podwórza dobiegło ciche rżenie konia. Wądołki trwały, zajęte własnym życiem, które nie pytało o powstanie, granice ani nazwiska zaginionych ludzi. Sad zakwitał, ziemia przyjmowała ziarno, pszczoły wracały do uli, a każdy kolejny dzień przychodził z tą samą niewzruszoną pewnością.

Tylko ja nadal czekałam.

I tej nocy po raz pierwszy od wielu tygodni pozwoliłam sobie uwierzyć, że być może mam na kogo.

Sierpień 1864

Sierpień od zawsze kojarzył mi się z zapachem dojrzałego zboża, nagrzanej ziemi i słomy, która nawet wieczorem zachowywała w sobie ciepło całego dnia. Wystarczyło rano otworzyć okno, aby poczuć tę ciężką, słodkawą woń dochodzącą od pól i stodół, a zaraz potem usłyszeć metaliczny dźwięk osełek przesuwanych po ostrzach kos, parskanie koni oraz głosy ludzi, którzy od świtu szykowali się do pracy. O tej porze roku Wądołki budziły się wcześniej niż zwykle. Zanim słońce wychyliło się zza zagajników, z czworaków wychodzili już mężczyźni, kobiety niosły na pola dzbany z wodą i kosze z jedzeniem, a chłopcy, którym po raz pierwszy pozwalano pomagać przy żniwach, usiłowali zachowywać powagę dorosłych, choć wystarczył jeden żart, by natychmiast zapomnieli o własnej godności.

Patrzyłam na ten ruch z ganku i coraz częściej zdarzało mi się myśleć, że Wądołki potrafiłyby istnieć bez nas wszystkich. Bez Jacentego, beze mnie, bez Godlewskiego, a może nawet bez ludzi, którzy od pokoleń pracowali na tych samych polach. Ziemia wymagała tylko, żeby przyjść do niej we właściwym czasie, rzucić ziarno, poczekać, a potem zebrać to, co dała. Nie znała nazwisk właścicieli ani granic zapisanych w księgach hipotecznych, nie wiedziała, kto jest powstańcem, kto urzędnikiem, a kto otrzyma kiedyś pieczęcią potwierdzone prawo do jej posiadania. Wiosną przyjęła zasiew, latem wydała plon i teraz domagała się jedynie, żeby człowiek nie zmarnował tego, co przez kilka miesięcy dojrzewało pod słońcem.

Od wiadomości przyniesionej przez Godlewskiego w maju nie dowiedziałam się niczego nowego o Jacentym. Przez kilka tygodni wypytywałam niemal każdego, kto przyjeżdżał z Zambrowa, Łomży albo Czyżewa, lecz wieści o powstańcach internowanych w Prusach okazały się równie nieuchwytne jak wszystkie poprzednie. Jedni twierdzili, że przetrzymuje się ich gdzieś pod Królewcem, inni, że część wypuszczono po odebraniu broni, jeszcze inni opowiadali o ludziach, którzy po kilku tygodniach znikali z obozów i ruszali dalej na zachód. Nazwisk nie znał nikt. Z czasem przestałam pytać tak często, choć nie znaczyło to, że przestałam słuchać. Każde obce nazwisko wypowiedziane przy mnie mimowolnie porównywałam z jednym, którego nikt nie wymieniał.

Godlewski nie wracał już do tamtej rozmowy. Wiedział chyba, że gdyby pojawiło się coś pewnego, nie musiałby szukać sposobności, aby mi o tym powiedzieć. Nadal każdego ranka przychodził z gospodarskimi sprawami, lecz w sierpniu coraz rzadziej spotykaliśmy się w gabinecie. O tej porze roku więcej można było załatwić na podwórzu albo w polu niż nad księgą rachunkową. Jednego ranka znalazł mnie przy stajni, gdzie oglądałam karego wałacha, który od kilku dni oszczędzał prawą przednią nogę. Godlewski obejrzał kopyto, kazał przywołać kowala, po czym, jakby dopiero wtedy przypomniał sobie o sprawie znacznie ważniejszej, spojrzał w stronę pola za strumykiem.

– Można zaczynać – powiedział.

– Dziś?

– Dziś. Jeszcze dwa dni takiego słońca i będziemy żałowali, że czekaliśmy.

Nie pytałam, czy jest pewny. W ciągu ostatniego roku nauczyłam się, że kiedy Godlewski mówił w ten sposób, decyzja właściwie już zapadła. Moją rolą nie było udowadnianie mu, że znam się na dojrzewaniu żyta lepiej od człowieka, który przeżył przy tej ziemi więcej żniw, niż ja miałam lat. Mogłam jednak zapytać o ludzi, konie, wozy i o to, czy zdążymy ze zwózką, jeśli pogoda nagle się odmieni. W tym właśnie coraz częściej odnajdywałam własne miejsce pomiędzy jego doświadczeniem a odpowiedzialnością, która ostatecznie i tak spadała na mnie.

– Ilu kosiarzy?

– Dwunastu naszych. Czterech przyjdzie z sąsiedniej wsi. Jeżeli nie będzie deszczu, wystarczy.

– A gdy będzie?

Godlewski spojrzał na bezchmurne niebo.

– Wtedy będziemy kląć pogodę jak co roku.

Roześmiałam się, a on przez chwilę patrzył na mnie z zaskoczeniem, jakby dopiero po chwili zrozumiał, że powiedział coś zabawnego. Zaraz potem sam się uśmiechnął i odszedł w stronę stodoły. Ten krótki śmiech został ze mną na dłużej. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej miałabym wyrzuty sumienia, że potrafię śmiać się w czasie, gdy Jacenty być może cierpi gdzieś daleko od domu. Teraz zaczynałam rozumieć, że człowiek nie zdradza nieobecnych dlatego, że przez chwilę jest mu dobrze.

Pierwszego dnia żniw poszłam w pole razem z ludźmi. Nie po to, aby nadzorować ich pracę. Nikt nie potrzebował mnie do tego, by wiedzieć, jak prowadzić kosę albo związać snop. Chciałam jednak być tam, gdzie każdego roku był Jacenty. Pamiętałam go stojącego na skraju pola z Godlewskim, ściskającego kłos w dłoni i rozcierającego ziarno między palcami. Nigdy nie wydawał wielu poleceń. Rozmawiał z ludźmi, pytał, słuchał i dopiero potem decydował. Gdy byłam młodsza, uważałam, że jest w tym coś z przesadnej ceremonialności, jakby rozpoczęcie żniw wymagało większej rozwagi niż inne gospodarskie czynności. Dopiero kiedy jego zabrakło, zrozumiałam, że dla niego nie chodziło tylko o zboże. Chciał wiedzieć, że ci, którzy przez następne tygodnie będą pracowali od świtu do wieczora, rozumieją, po co to robią.

Godlewski wskazał mi miejsce pod starą gruszą na skraju pola. W jej cieniu od lat ustawiano dzbany z wodą i składano jedzenie, a pień leżący obok wygładził się od ludzkich ubrań tak mocno, jakby ktoś przez lata cierpliwie polerował drewno. Usiadłam dopiero wtedy, gdy pierwsza linia kosiarzy ruszyła przez żyto. Ostrza przesuwały się przez źdźbła z jednostajnym szelestem, prawie równym, choć każdy człowiek pracował odrobinę inaczej. Za nimi szły kobiety, zbierały zboże i wiązały je w snopy, a dalej chłopcy ustawiali je w dziesiątki, od czasu do czasu prostując plecy i spoglądając ku gruszy, jakby chcieli sprawdzić, czy ktoś zauważa ich wysiłek.

Praca miała własny porządek i własny czas. Nie dało się jej ani nadmiernie przyspieszyć, ani odłożyć bez konsekwencji. Przed południem ktoś przyniósł wiadomość, że w jednym z wozów pękła obręcz koła, Godlewski posłał chłopaka po kowala i po kilku minutach wszystko znowu toczyło się swoim rytmem. Kiedy jeden z młodszych kosiarzy rozciął sobie dłoń, starszy obwiązał ją kawałkiem płótna i kazał mu odpocząć w cieniu. Nikt nie robił z tego wydarzenia. Na wsi zraniona ręka, złamane koło czy koń, który zgubił podkowę, należały do dnia tak samo jak posiłek i zachód słońca.

Przed południem przywieziono jedzenie. Na rozłożonym płótnie pojawiły się bochny chleba, twaróg, cebula, kwaśne mleko i kawałki wędzonego mięsa. Ludzie siadali gdzie kto mógł, nie zważając na hierarchię, która w innych okolicznościach wydawała się oczywista. Godlewski znalazł miejsce obok starego fornala Macieja, który od kilku lat nie kosił już zboża, ale uparcie przyjeżdżał w pole, tłumacząc, że ktoś musi pilnować młodych, żeby nie zrobili ze żniw zabawy. Po kilku minutach sam opowiadał historię o roku, kiedy deszcz padał przez trzy tygodnie, a żyto zaczęło kiełkować, zanim zdążono je zwieźć do stodół. Godlewski poprawiał mu datę, Maciej poprawiał Godlewskiego, a młodzi śmiali się z obu, przekonani, że każda katastrofa sprzed trzydziestu lat rosła w opowieściach razem z wiekiem tych, którzy ją pamiętali.

Słuchałam ich i przez dłuższą chwilę nie pomyślałam o Jacentym.

Uświadomiłam to sobie dopiero później, kiedy wracaliśmy do dworu. Przez kilka godzin żyłam tym samym, czym wszyscy wokół: pogodą, plonem, pracą ludzi i pytaniem, czy zdążymy przed wieczorną rosą. Nie towarzyszył mi lęk, czy ktoś przyniesie wiadomość, nie zastanawiałam się, czy na drodze pojawi się znajomy jeździec, nie próbowałam odgadywać dalszego ciągu każdej zasłyszanej pogłoski. Początkowo poczułam ukłucie winy, lecz szybko ustąpiło ono czemuś, czego jeszcze kilka miesięcy wcześniej nie potrafiłabym nazwać. Być może człowiek nie zapominał dlatego, że zajmował się życiem. Być może właśnie dzięki temu potrafił pamiętać, nie niszcząc samego siebie.

Żniwa trwały przez następne tygodnie, a pogoda sprzyjała nam bardziej, niż Godlewski odważył się przewidywać. Kilka razy nadciągały chmury i ludzie spoglądali z niepokojem ku zachodowi, lecz deszcz albo przechodził bokiem, albo trwał tak krótko, że po południu można było wrócić w pole. Dopiero pod koniec drugiego tygodnia powietrze zmieniło się nagle. Wiatr ucichł, ptaki przestały śpiewać, a nad lasem pojawiła się ciemna linia chmur, rosnąca z każdą minutą.

Godlewski znalazł mnie na podwórzu.

– Mamy jeszcze trzy wozy na polu.

– Związane?

– Wszystko związane. Nie wszystko zwiezione.

Spojrzałam na niebo. Nie trzeba było znać się na pogodzie, żeby wiedzieć, że burza nadejdzie szybko.

– Ludzie zdążą?

– Jeśli konie pójdą dobrze.

– Niech jadą.

Zawahał się.

– Przy takim wietrze?

– Jeśli zmoknie na polu, będziemy suszyć przez tydzień. Niech biorą to, co gotowe. Resztę zostawimy.

Przez chwilę patrzył na mnie, jakby sprawdzał, czy naprawdę podjęłam decyzję, czy tylko powtarzam coś, co chciałabym usłyszeć od niego. Potem skinął głową i odszedł. Kilka minut później przez podwórze przejechały puste wozy, a konie, ponaglane przez fornali, ruszyły ku polom. Pierwsze krople spadły, gdy ostatni z nich wracał z wysokim ładunkiem snopów. Burza okazała się gwałtowna, lecz krótka. Deszcz tłukł o dach stodoły, drzewa uginały się pod wiatrem, a przez kilka minut błyskawice rozcinały niebo jedna za drugą. Kiedy wszystko ucichło, zza chmur wyszło słońce, rozświetlając mokre dachy i kałuże na podwórzu.

Godlewski stanął obok mnie pod okapem.

– Dobrze, żeśmy pojechali.

Spojrzałam na niego.

– Myśmy?

Uniósł brwi, a potem uśmiechnął się pod wąsem.

– Pani kazała. Myśmy tylko zrobili.

Była to drobna rzecz, lecz zapamiętałam ją lepiej niż niejeden komplement. Przez ostatni rok nauczyłam się odróżniać pochwałę od uznania. Godlewski rzadko chwalił, bo uważał, że człowiek powinien dobrze wykonywać swoje obowiązki bez oczekiwania na nagrodę. Jeżeli jednak przyznawał, że decyzja była właściwa, znaczyło to więcej niż wszystkie uprzejmości sąsiadów, którzy od wyjazdu Jacentego powtarzali, jaka jestem dzielna.

Pod koniec sierpnia stodoły były pełne. Godlewski przyniósł księgi do gabinetu i przez długi czas przesuwał palcem po kolumnach cyfr, przeliczał worki, odliczał ziarno przeznaczone na przyszły zasiew i porównywał tegoroczne plony z poprzednimi. Siedziałam naprzeciwko, obserwując jego twarz. Wiedziałam, że nie powie niczego, dopóki nie sprawdzi wszystkiego dwukrotnie, dlatego nie zadawałam pytań.

W końcu zamknął księgę.

– Dobry rok.

– Jak dobry?

– Na ludzi wystarczy. Na zasiew wystarczy. Podatki zapłacimy. Jeszcze zostanie na sprzedaż.

– Dużo?

– Nie tyle, żeby kupować pałac w Warszawie.

Roześmiałam się.

– Nigdy nie chciałam pałacu w Warszawie.

– To dobrze. Wądołki tańsze w utrzymaniu.

Tym razem roześmialiśmy się oboje. Właśnie w takich chwilach rozumiałam, dlaczego Jacenty tak mu ufał. Godlewski potrafił przez pół dnia mówić wyłącznie o nawożeniu, rowach i cenie owsa, a potem jednym zdaniem sprawić, że człowiek przypominał sobie, iż życie poza rachunkami również istnieje.

– Pan dziedzic byłby zadowolony – powiedział po chwili.

Nie odpowiedziałam od razu. Spojrzałam na biurko, na którym nadal leżał nóż do papieru Jacentego, i po raz pierwszy od dawna wyobraziłam go sobie nie jako człowieka rannego, ukrywającego się gdzieś za granicą albo leżącego w obcej ziemi, lecz takiego, jakim był tutaj. Z rękawami koszuli podwiniętymi powyżej łokci, pochylonego nad księgą, zirytowanego, kiedy rachunki nie zgadzały się o kilka rubli, a jednocześnie niezdolnego odmówić pieniędzy starej wdowie, której krowa padła przed zimą.

– Mam nadzieję, że kiedyś mu o tym opowiemy – powiedziałam.

Godlewski nie odwrócił wzroku.

– Ja też, pani Antonino.

Nie wiedziałam, czy naprawdę tak uważał. Byłam mu wdzięczna, że nie powiedział niczego więcej.

Dożynki wyznaczyliśmy na ostatnią niedzielę sierpnia. Zastanawiałam się przez kilka dni, czy w ogóle je urządzać. Wydawało mi się niestosowne organizować zabawę w czasie, gdy tak wiele rodzin w okolicy nadal nie wiedziało, co stało się z ich synami i mężami. Godlewski wysłuchał mnie, po czym stwierdził spokojnie, że dożynki nie są weseliskiem dla właściciela, lecz podziękowaniem ludziom za pracę i ziemi za plon. Gdybym ich odwołała, ukarałabym nie tych, których nie ma, lecz tych, którzy zostali.

Przyznałam mu rację.

Od rana na podwórzu panował gwar. Kobiety wybierały najdorodniejsze kłosy żyta i pszenicy, splatając z nich wieniec ozdobiony makami, bławatkami, jarzębiną i zielonymi gałązkami leszczyny. Mężczyźni ustawiali pod lipami stoły oraz ławy wyniesione z czworaków i stodoły, w kuchni piekło się mięso i chleby, a chłopcy przystrajali wozy brzozowymi gałęziami. Nawet stary Maciej założył odświętną sukmanę i przez pół dnia narzekał, że człowiek w takim stroju bardziej nadaje się do trumny niż do zabawy, co nie przeszkadzało mu sprawdzać trzy razy, czy pas leży równo.

Proboszcz przyjechał przed południem. Od naszej majowej rozmowy widziałam go kilkakrotnie, lecz żadne z nas nie wróciło do wypowiedzianych wtedy słów. Teraz pobłogosławił ziarno i chleb, mówił krótko, bez wielkich porównań i bez nawiązań do ojczyzny, których jeszcze rok wcześniej nie potrafił sobie odmówić. Zauważyłam tę zmianę, choć chyba tylko ja pamiętałam dokładnie tamtą rozmowę.

Potem dziewczęta ruszyły ku dworowi z wieńcem. Śpiewały pieśń, którą znałam od dzieciństwa, a za nimi szli mieszkańcy Wądołek, parobcy, fornale, kobiety z czworaków i dzieci próbujące przecisnąć się jak najbliżej przodu. Stałam na ganku w miejscu, które przez wszystkie poprzednie lata zajmował Jacenty.

Dopiero gdy jedna z dziewcząt wyciągnęła ku mnie bochen chleba, zrozumiałam, że mam go przyjąć.

Przez krótką chwilę zawahałam się. Nie dlatego, że nie znałam zwyczaju. Przyjęcie chleba oznaczało coś więcej niż uprzejmość wobec ludzi. Gospodarz przyjmował owoc ich pracy, dziękował i brał na siebie odpowiedzialność za to, co zostało zebrane. Przez ostatni rok robiłam to każdego dnia przy rachunkach, zasiewach i zakupach, lecz dopiero teraz, stojąc przed ludźmi z chlebem wyciągniętym w moją stronę, poczułam ciężar tego gestu.

Wzięłam bochen w obie dłonie i ucałowałam go.

Ktoś zaczął klaskać, zaraz potem dołączyli inni. Nie wiem, kto pierwszy. Poczułam ciepło na twarzy i przez chwilę bałam się, że się rozpłaczę, lecz łzy nie przyszły. Spojrzałam na ludzi i uświadomiłam sobie, że nie widzą we mnie kobiety zastępującej nieobecnego męża. Przynajmniej nie tylko ją. Przez ostatnie miesiące przychodzili do mnie z problemami, pytaniami i prośbami, a ja odpowiadałam im najlepiej, jak potrafiłam. Nie zostałam Jacentym i już nie próbowałam nim być.

Byłam Antoniną Modzelewską z Wądołek.

Zabawa trwała do późnego wieczora. Skrzypek grał oberki i mazury, dzieci biegały pomiędzy stołami, a starsi z początku obserwowali młodych z ław, by po kilku kubkach piwa sami dać się namówić do tańca. Godlewski długo opierał się kobietom, które próbowały wyciągnąć go na środek podwórza, aż w końcu skapitulował i ku powszechnej radości okazało się, że człowiek potrafiący zarządzać kilkuset morgami ziemi znacznie gorzej radzi sobie z własnymi nogami przy mazurze.

Siedziałam pod lipą i patrzyłam na ludzi. Przez jeden wieczór nikt przy mnie nie wspominał o powstaniu, aresztowaniach ani zesłaniach. Nie wiedziałam, czy naprawdę o nich nie rozmawiano, czy tylko oszczędzano mnie z szacunku. Z czasem przestało mnie to obchodzić. Śmiech mieszał się z muzyką, zapachem jedzenia i dymem z pochodni, a nad wszystkim wisiał ciepły sierpniowy wieczór, jeden z tych, które wydają się nie mieć końca.

Godlewski usiadł obok mnie dopiero wtedy, gdy skrzypek zrobił przerwę.

– Udały się żniwa – powiedziałam.

– Udały.

– Wądołki stoją.

Spojrzał na mnie uważnie.

– Stoją.

Nie potrzebowałam więcej.

Tamtej nocy długo siedziałam przy otwartym oknie. Na podwórzu ucichła już muzyka, lecz od czasu do czasu dochodziły stamtąd pojedyncze głosy ludzi zbierających ławy i naczynia. Pachniało słomą, dojrzewającymi jabłkami i ziemią, która po całym dniu oddawała nagromadzone ciepło. W gabinecie leżała zamknięta księga rachunkowa, a na jej okładce Godlewski zostawił kilka kłosów, być może przez roztargnienie, a może celowo.

Myślałam o Jacentym spokojniej niż zwykle. Nadal nie wiedziałam, gdzie jest ani czy żyje, lecz po raz pierwszy miałam poczucie, że jeżeli któregoś dnia wróci, nie będę musiała tłumaczyć się z tego, co stało się z Wądołkami pod jego nieobecność. Zboże było w stodołach, ludzie mieli pracę, konie stały w stajniach, a ziemia została przygotowana na następny rok. Zachowałam jego dom. Nie idealnie i nie sama, lecz zachowałam.

Następnego ranka, kiedy podwórze dopiero budziło się po dożynkowej zabawie, na drodze od Zambrowa pojawił się jeździec.

Nie znałam go.

Zatrzymał konia przed gankiem, zapytał o Antoninę Modzelewską i podał Franciszce zamkniętą kopertę opatrzoną urzędową pieczęcią. Nie czekał na odpowiedź ani pokwitowanie. Kiedy zeszłam do sieni, widziałam już tylko jego plecy i konia oddalającego się w stronę drogi.

Koperta była ciężka, wykonana z grubego papieru. Otwierałam ją długo, ponieważ palce nagle przestały być tak sprawne jak zwykle. W środku znajdowały się dwa zapisane arkusze. Pierwszy przeczytałam pobieżnie, nie rozumiejąc jeszcze sensu urzędowych sformułowań, dlatego zaczęłam od początku.

Tym razem wolniej.

Nie musiałam czytać do końca.

Decyzją właściwych władz majątek Wądołki, należący do Jacentego Modzelewskiego, członka zbrojnych band występujących przeciwko prawowitej władzy Jego Cesarskiej Mości, podlegał konfiskacie i przechodził na rzecz Skarbu.

Przez chwilę stałam nieruchomo z dokumentem w dłoniach.

Za drzwiami sieni ktoś się roześmiał. Na podwórzu chłopcy zdejmowali z wozów brzozowe gałęzie pozostawione po wczorajszej zabawie, z kuchni dochodził zapach świeżego chleba, a przez otwarte okno wpadało sierpniowe słońce, oświetlając rozsypane na podłodze źdźbła słomy.

Jeszcze poprzedniego wieczoru wierzyłam, że ocaliłam Wądołki dla Jacentego.

Teraz dowiedziałam się, że ocalałam je dla kogoś, kto miał dopiero po nie przyjechać.

Luty 1865

Zima tego roku przyszła późno, lecz kiedy już nadeszła, zatrzymała się nad Wądołkami na dobre. Od kilku tygodni śnieg leżał na polach równą, niemal nieskazitelną warstwą, zasypując miedze, koleiny i wszystkie nierówności ziemi, jakby chciał ukryć nie tylko ślady jesiennej pracy, lecz także wydarzenia minionych miesięcy. O świcie mróz pokrywał szyby delikatnymi wzorami, a gałęzie starych lip przy podjeździe uginały się pod szronem. Kiedy wychodziło słońce, dwór lśnił tak jasno, że patrząc na niego z drogi można było uwierzyć, iż nic się tutaj nie zmieniło.

Zmieniło się jednak wszystko, choć początkowo zmiany trudno było dostrzec. Od sierpnia Wądołki formalnie nie należały już do mnie ani do Jacentego, lecz przez kolejne miesiące nikt nie przyjechał, aby przejąć majątek. Nie pojawił się nowy zarządca, nie nadeszło polecenie wyprowadzki, nie zabrano koni ani zboża. Z Łomży przychodziły pisma, których język był równie nieprzenikniony jak ich intencja, a Godlewski odkładał je starannie do osobnej teczki, twierdząc, że najbezpieczniej jest niczego nie wyrzucać, skoro urzędy potrafią po roku zapytać o kartkę, której wcześniej nikt nie uważał za ważną.

Żyliśmy więc tak, jakby majątek nadal należał do nas, choć każdy dzień przypominał, że jest to jedynie uprzejmość losu, której nikt nie zagwarantował na jutro. W stodołach młócono zboże, w kuźni naprawiano pługi i obręcze kół, kobiety darły pierze, a w oborach doglądano zwierząt czekających na pierwszą wiosenną trawę. Godlewski przynosił mi rachunki jak dawniej i jak dawniej pytał o większe wydatki, choć coraz częściej oboje zastanawialiśmy się, czy wolno nam podejmować decyzje dotyczące czegoś, co według urzędowych ksiąg przestało być nasze.

Któregoś ranka przyniósł rachunek za drewno potrzebne do naprawy dachu nad spichlerzem.

– Można poczekać do lata – powiedział. – Przecieka tylko przy większym deszczu.

– A jeśli nowy właściciel przyjedzie wcześniej?

Godlewski wzruszył ramionami.

– Wtedy będzie miał przeciekający dach.

Spojrzałam na niego, nie wiedząc, czy żartuje. Na jego twarzy nie drgnął jednak żaden mięsień.

– Naprawiamy.

– Tak myślałem.

– Skoro tak pan myślał, po co pan pytał?

Dopiero wtedy uśmiechnął się lekko.

– Bo dach już nie mój, a pieniądze też nie moje.

– Moje również nie.

– No właśnie.

Była w tym rozmowa, którą prowadziliśmy od miesięcy bez wypowiadania jej wprost. Wądołki należały do Skarbu, lecz Skarb był daleko. Nie znał dziury w dachu, nie wiedział, która klacz zaczęła kuleć ani ile drewna zostało na opał. Państwo posiadało majątek na papierze, a my nadal musieliśmy go prowadzić każdego dnia, ponieważ ziemia, zwierzęta i ludzie nie rozumiały urzędowego zawieszenia.

Kilka dni później pojechałam do Zambrowa. Od czasu konfiskaty bywałam tam rzadziej, lecz tym razem miałam powód, którego nie chciałam powierzać ani służbie, ani Godlewskiemu. Wiadomość przyniósł kupiec wracający z Łomży. Twierdził, że w magistracie pojawił się nowy wykaz osób skazanych na zesłanie w głąb Rosji i że wśród nazwisk znajduje się Modzelewski z parafii Zambrów.

Nie spałam przez całą noc.

Nie dlatego, że uwierzyłam.

Dlatego, że nie potrafiłam nie uwierzyć.

Nazwisko nie było rzadkie, lecz również nie należało do tych, które spotykało się w każdej wsi. Parafia Zambrów zawężała możliwości jeszcze bardziej. Jeżeli Jacenty został schwytany, jeśli przeszedł śledztwo pod innym miejscem, jeśli papiery sporządzano niedbale, jeśli zapisano jedynie parafię, a pominięto wieś…

Znowu pojawiło się zbyt wiele jeśli.

Burmistrz przyjął mnie po krótkim oczekiwaniu. Mustafa Jakubowski sprawował urząd od niedawna i był znacznie młodszy od ludzi, których pamiętałam zza tego samego biurka. Miał spokojną twarz i sposób mówienia człowieka, który nauczył się ważyć słowa wcześniej niż większość ludzi nauczyła się ich używać. Widziałam go wcześniej kilka razy podczas oficjalnych uroczystości i na rynku, lecz nigdy nie rozmawialiśmy dłużej niż wymagała uprzejmość.

Wstał, kiedy weszłam, i wskazał mi krzesło naprzeciwko biurka.

– Pani Modzelewska. Czym mogę służyć?

Nie potrafiłam znaleźć łagodniejszego początku.

– Podobno otrzymaliście listę zesłanych.

Przez moment patrzył na mnie bez słowa, po czym opuścił wzrok na papiery leżące przed nim.

– Otrzymaliśmy kilka wykazów.

– Jest na nich Modzelewski z parafii Zambrów.

Nie zaprzeczył.

To wystarczyło, żeby serce zaczęło mi bić szybciej.

– Czy zna pan imię?

– Nie na wszystkich wykazach je podano.

– Czy można je ustalić?

Mustafa splótł dłonie na biurku. Nie wyglądał na człowieka, który chce uniknąć odpowiedzi, raczej na takiego, który zastanawia się, ile wolno mu powiedzieć.

– Dokumenty przychodzą z różnych kancelarii. Nazwiska bywają zapisywane niedokładnie, czasem pojawia się tylko miejsce pochodzenia albo parafia. Nie chciałbym pani dawać nadziei, której później nie będę potrafił potwierdzić.

– Nie proszę o nadzieję.

Spojrzał na mnie.

– Proszę o nazwisko mojego męża.

Przez chwilę w gabinecie było słychać tylko skrobanie pióra dochodzące zza drzwi z sąsiedniego pomieszczenia.

– Rozumiem.

Wstał, podszedł do szafy stojącej pod ścianą i wyjął z niej cienką teczkę. Przejrzał kilka kartek, zatrzymał się na jednej, po czym przeczytał ją jeszcze raz uważniej. Nie próbowałam zaglądać przez biurko. Patrzyłam tylko na jego twarz.

– Jest Modzelewski – powiedział w końcu. – Parafia Zambrów. Bez imienia.

– Dokąd został zesłany?

– Tego tutaj również nie podano.

– Kiedy?

– Dokument nosi datę grudniową, ale to nie znaczy, że wtedy zapadł wyrok.

– Czy można sprawdzić coś więcej?

Nie odpowiedział od razu. Zamknął teczkę i położył ją przed sobą.

– Jeżeli pojawią się następne wykazy albo korespondencja z guberni, zwrócę na to nazwisko uwagę. Nie mogę pani obiecać, że czegoś się dowiem.

– Nie proszę o obietnicę.

– W takim razie postaram się pamiętać.

Nie powiedziałam, jak wiele znaczyły dla mnie te słowa. Urzędnik nie powinien dawać obietnic, a ja nie chciałam zmuszać go do czegoś, co mogłoby później obrócić się przeciwko niemu. Wstałam, przekonana, że rozmowa dobiegła końca.

Mustafa również się podniósł.

– Pani Modzelewska…

Zatrzymałam się przy drzwiach.

Przez krótką chwilę wyglądał, jakby żałował, że mnie zatrzymał.

– Jest jeszcze jedna sprawa, o której powinna pani wiedzieć.

Wróciłam do krzesła, lecz nie usiadłam.

– Dotyczy Wądołek?

Skinął głową.

– Z Łomży nadeszło zawiadomienie, że w najbliższych tygodniach zostanie wysłany urzędnik skarbowy. Ma dokonać kontroli majątku i porównać jego obecny stan ze spisem sporządzonym przy konfiskacie.

– Po co?

– Tego w piśmie nie wyjaśniono.

– Czy majątek ma zostać komuś przekazany?

– Nie wiem.

Tym razem uwierzyłam mu bez wahania.

– Kiedy przyjedzie?

– Nie podano dnia.

Podziękowałam. Przy drzwiach Mustafa skłonił się z tą samą uprzejmością, z jaką mnie przywitał, lecz zanim wyszłam, powiedział jeszcze cicho:

– Jeśli dowiem się czegoś o tamtym nazwisku, znajdę sposób, aby panią zawiadomić.

Spojrzałam na niego.

– Dziękuję, panie burmistrzu.

Nie odpowiedział. Jedynie ponownie skłonił głowę.

Na rynku panował zwyczajny zimowy ruch. Wozy stały przed kramami, ktoś sprzedawał worki mąki, kilka kobiet targowało się o cenę jaj, a z karczmy dochodziły głosy ludzi, którzy najwyraźniej znaleźli powód do śmiechu mimo mrozu i wszystkich nieszczęść ostatnich lat. Przeszłam przez rynek powoli, powtarzając w myślach jedno zdanie.

Modzelewski. Parafia Zambrów.

Nie Jacenty.

Nie Wądołki.

Tylko Modzelewski.

A jednak od miesięcy nie miałam niczego bardziej konkretnego.

Wracając, kilkakrotnie kazałam woźnicy zwolnić. Droga była oblodzona, lecz nie dlatego chciałam jechać wolniej. Próbowałam wyobrazić sobie Jacentego gdzieś daleko na wschodzie, wśród ludzi, których języka nie znał, prowadzonego w kolumnie skazańców albo zamkniętego w więzieniu przed dalszą drogą. Był to obraz straszny, a jednocześnie po raz pierwszy od dawna przynosił mi pocieszenie.

Bo w tym obrazie żył.

W Wądołkach Godlewski czekał na mnie w sieni. Wyglądał, jakby przypadkiem znalazł się przy drzwiach dokładnie w chwili mojego powrotu, choć znałam go wystarczająco długo, aby wiedzieć, że musiał wypatrywać sań z okna.

– I?

Zdjęłam rękawiczki.

– Jest Modzelewski z parafii Zambrów.

Na twarzy Godlewskiego nie pojawiła się radość.

– Imię?

– Nie podano.

Pokiwał głową.

– Czyli wiemy tyle samo.

– Nie.

Spojrzał na mnie.

– Wiemy, że ktoś taki istnieje.

Chciał coś powiedzieć, lecz zrezygnował.

Dopiero po chwili zapytałam:

– Zna pan innych Modzelewskich z naszej parafii?

Zmarszczył czoło.

– Było kilka rodzin. Drobna szlachta po wsiach. Któryś mógł pójść do lasu.

– Mógł.

– Ale mógł też być pan Jacenty.

– Mógł.

To słowo wystarczyło mi bardziej niż wszystkie zapewnienia.

Dopiero kiedy ruszyliśmy w stronę gabinetu, powiedziałam mu o urzędniku skarbowym.

Zatrzymał się na korytarzu.

– Kontrola?

– Ma porównać stan majątku ze spisem.

Godlewski westchnął.

– Czyli będą liczyć.

– Czego się pan obawia?

Spojrzał na mnie, jakbym zadała pytanie, na które odpowiedź była oczywista.

– Urzędnika, który przyjeżdża tylko liczyć, nie trzeba się bać. Gorzej, kiedy po liczeniu ktoś zaczyna pytać, komu to wszystko przekazać.

Nie odpowiedziałam.

Od sierpnia wiedziałam przecież, że ten dzień nadejdzie. Konfiskata nie była groźbą ani pogłoską. Istniała na papierze opatrzonym pieczęcią. Przez pół roku jednak nic się nie wydarzyło i człowiek łatwo przyzwyczajał się nawet do sytuacji, którą początkowo uważał za tymczasową. Wądołki nadal wyglądały jak moje. Nadal spałam w tej samej sypialni, siedziałam przy biurku Jacentego, decydowałam o zakupach i słuchałam Godlewskiego opowiadającego o polach. Czas sprawił, że urzędowa decyzja zaczęła wydawać się mniej realna niż skrzypienie schodów czy zapach dymu z komina.

Wieczorem otworzyłam szufladę biurka i wyjęłam kilka listów Jacentego sprzed lat. Nie szukałam w nich żadnej wiadomości. Chciałam tylko zobaczyć jego pismo, długie pochyłe litery, które rozpoznawałam natychmiast nawet z drugiego końca stołu. Przez chwilę wyobraziłam sobie, że gdzieś w gubernialnej kancelarii leży podobna kartka, tyle że zamiast rodzinnych spraw zawiera jego nazwisko i miejsce zesłania.

Jeśli żył, Wądołki mogły jeszcze mieć znaczenie.

Jeśli wróci, choćby po latach, powinien znaleźć tutaj coś, co rozpozna.

Ta myśl towarzyszyła mi aż do chwili, gdy przed snem usłyszałam z podwórza odległe szczekanie psa. Potem znów zapadła cisza.

Od następnego ranka każdy dźwięk sań na drodze prowadzącej od Zambrowa sprawiał, że podnosiłam głowę.

Nie wiedziałam już, na kogo czekam bardziej: na wiadomość o Jacentym czy na człowieka, który przyjedzie policzyć to, co po nim pozostało.

Czerwiec 1865

Czerwiec przyszedł do Wądołek w pełni zieleni, jakby cały świat przez poprzednie miesiące czekał tylko na tę chwilę, kiedy wreszcie będzie mógł przestać się oszczędzać. Zboża falowały już wysoko na polach, sad dawno zgubił białe płatki kwiatów, a na gałęziach pojawiły się drobne, twarde jeszcze owoce. Lipy przy podjeździe stały ciężkie od liści, dając cień tak gęsty, że nawet w południe ziemia pod nimi pozostawała chłodna, a jaskółki od świtu krążyły pod okapami dworu, jakby od ich pośpiechu zależało powodzenie całego lata. Patrząc na to wszystko, odnosiłam czasem wrażenie, że przyroda nie tylko nie pamięta ludzkich nieszczęść, ale nawet nie uznaje ich za wystarczający powód, by choć na chwilę zwolnić.

Dwór trwał również, choć coraz mniej przypominał dom, a coraz bardziej miejsce oczekujące na czyjąś decyzję. Po wizycie urzędnika skarbowego, który w marcu przez dwa dni porównywał stan majątku z wcześniejszym spisem, nie wydarzyło się nic. Nie przyjechał nowy zarządca, nie otrzymałam nakazu natychmiastowego opuszczenia Wądołek, nie zabrano ani koni, ani sprzętów, ani zboża. Państwo, które jeszcze kilka miesięcy wcześniej potrafiło przemówić grubym papierem i pieczęcią, znowu zapadło w milczenie, pozostawiając nas w sytuacji tak osobliwej, że z czasem zaczęła wydawać się niemal normalna. Godlewski nadal przychodził z księgami, służba nadal pytała mnie o większe wydatki, a ludzie we wsi wciąż mówili o mnie pani dziedziczka, choć każdy wiedział, że w urzędowych księgach nie byłam już właścicielką niczego poza własnymi sukniami, listami i kilkoma przedmiotami, które komisja uznała za osobiste.

Najbardziej zdumiewało mnie to, jak szybko człowiek przyzwyczaja się do tymczasowości. Początkowo każdy dzień po konfiskacie wydawał mi się ostatnim, każde skrzypnięcie kół na drodze sprawiało, że podnosiłam głowę, a każdy obcy jeździec wywoływał myśl, że właśnie teraz przyjeżdżają po Wądołki. Później minął tydzień, potem miesiąc, następny i kolejny. Zima ustąpiła, przyszła wiosna, zakwitły drzewa i zanim zdążyłam się obejrzeć, zboże zaczęło wypuszczać kłosy. Nauczyłam się więc żyć tak, jak żyliśmy dawniej, choć gdzieś pod powierzchnią codziennych zajęć pozostawała świadomość, że wszystko może skończyć się jednym pismem.

Godlewski również przestał o tym mówić. Nadal pilnował gospodarstwa z taką samą sumiennością jak przed laty, może nawet większą, jakby chciał dowieść urzędnikom w Łomży, że majątek odebrany Modzelewskim nie tylko nie został zaniedbany, lecz prosperuje lepiej niż niejeden dwór pozostający spokojnie w rękach właściciela. Zdarzało mi się czasem żartować, że naprawia dla przyszłego gospodarza więcej, niż naprawiłby dla nas, na co odpowiadał zwykle, że dziurawy dach nie pyta o nazwisko człowieka stojącego pod nim. Była w tym cała jego filozofia. Wądołki istniały niezależnie od prawa własności i dopóki powierzono mu ich doglądanie, zamierzał robić to najlepiej, jak potrafił.

Któregoś ranka przyszedł do gabinetu z wieścią, że jedna z krów cieli się wcześniej, niż spodziewał się pastuch. Zeszliśmy razem do obory, gdzie zebrała się już połowa służby, choć większość obecnych nie była tam do niczego potrzebna. Ludzie od zawsze lubili przyglądać się narodzinom, jakby każde nowe zwierzę przypominało im, że gospodarstwo ma własną przyszłość, niezależną od tej zapisanej dla ludzi. Krowa leżała niespokojnie na świeżej słomie, parskała ciężko i co chwilę próbowała podnieść łeb. Godlewski zakasał rękawy, pastuch uklęknął obok, a po kilkunastu minutach na słomie leżało mokre cielę, które niemal natychmiast zaczęło nieporadnie poruszać cienkimi nogami.

Stałam w drzwiach i patrzyłam, jak matka cierpliwie liże jego bok, a zwierzę po raz pierwszy próbuje się podnieść. Upadło raz, potem drugi, za trzecim utrzymało się przez kilka sekund i natychmiast znowu osunęło na słomę. Ktoś się zaśmiał, ktoś inny stwierdził, że będzie z niego porządny byczek, a Godlewski już zaczął rozmawiać z pastuchem o mleku i paszy, jakby przed chwilą nie wydarzyło się nic niezwykłego. Pomyślałam wtedy, że właśnie tak wygląda życie widziane z bliska. Rodzi się, przewraca, podnosi i nie pyta, czy świat jest dobrym miejscem.

Kilka dni później w kuchni pojawiło się pudełko wyłożone starym płótnem. Franciszka postawiła je przy piecu i zakazała komukolwiek do niego zaglądać, co oczywiście sprawiło, że przed wieczorem wiedział już o nim cały dwór. W środku leżały cztery kocięta, ślepe jeszcze i tak małe, że każde mieściło się w jednej dłoni. Ich matka, szara kotka od lat kręcąca się pomiędzy kuchnią a stodołą, leżała obok z miną stworzenia przekonanego, że właśnie dokonało czegoś, czego reszta świata nie potrafiłaby powtórzyć. Franciszka narzekała na dodatkowe darmozjady, lecz tego samego wieczoru widziałam, jak stawia przy pudełku miskę z ciepłym mlekiem i poprawia płótno, żeby młodym nie ciągnęło od podłogi.

Takie drobiazgi coraz częściej przykuwały moją uwagę bardziej niż wielkie sprawy. Może dlatego, że wielkich nie potrafiłam rozwiązać. Nie wiedziałam, czy Jacenty żyje, czy nazwisko z listy zesłanych naprawdę należało do niego, czy Mustafa kiedykolwiek zdoła ustalić coś więcej. Nie wiedziałam również, kto obejmie Wądołki i kiedy to nastąpi. Mogłam natomiast zdecydować, czy cielę zostanie przy matce dłużej, czy trzeba naprawić rynnę przy kuchni i czy dzieci Godlewskiego mogą zerwać wcześniejsze czereśnie z drzewa przy oficynie. Być może człowiek dlatego tak przywiązuje się do drobnych spraw, że tylko nad nimi ma czasem władzę.

Czerwiec przyniósł również pierwsze gwałtowne burze. Nadchodziły zwykle po kilku dniach ciężkiego upału, kiedy powietrze stawało się tak nieruchome, że nawet liście lip nie drgały. Potem nad lasem rosła granatowa chmura, wiatr nagle uderzał w drzewa, a podwórze pustoszało w kilka minut. Ludzie zamykali stodoły, sprowadzali konie, zdejmowali pranie, a jaskółki latały tak nisko, że niemal dotykały skrzydłami trawy. Raz spadł grad. Kulki lodu uderzały o dachy, liście i szyby z takim hukiem, że przez kilka minut nie było słychać niczego innego. Godlewski stał wtedy przy oknie gabinetu i patrzył na pola z twarzą człowieka obserwującego własne pieniądze spadające z nieba.

– Dużo zniszczy? – zapytałam.

– Jak długo potrwa.

Trwało krótko. Po kwadransie grad zmienił się w deszcz, a po następnym nad podwórzem pojawiło się słońce. Wyszliśmy przed dwór. Woda spływała jeszcze z dachów, na ziemi leżały poszarpane liście, a z nagrzanej wcześniej ziemi unosił się ciężki zapach mokrej gliny.

Godlewski pojechał obejrzeć pola i wrócił dopiero przed wieczorem.

– Nie jest źle – powiedział. – Położyło trochę żyta, ale się podniesie.

– Jest pan pewien?

– Zboże jest mądrzejsze od ludzi. Wie, kiedy warto się podnieść.

Nie byłam pewna, czy zamierzał powiedzieć coś więcej, ale jeśli nawet, nie dał tego po sobie poznać.

W połowie miesiąca zaczęłam odkładać rzeczy, które zabiorę ze sobą. Nie pakowałam jeszcze kufrów, bo taki gest oznaczałby przyznanie przed samą sobą, że naprawdę odchodzę. Po prostu coraz częściej brałam do ręki przedmioty i zastanawiałam się, do kogo należą. Modlitewnik po matce nie budził wątpliwości. Kilka listów Jacentego również. Haftowany obrus, który dostałam w posagu, mój srebrny grzebień i dwa niewielkie obrazy przywiezione z rodzinnego domu mogłam zabrać bez pytania. Znacznie trudniej było z rzeczami, które przez lata przestały należeć do jednej osoby. Czy porcelana z niebieskim paskiem była moja, Jacentego czy już Wądołek? Czy książkę podarowaną mu przez ojca wolno było uznać za przedmiot rodzinny, skoro komisja wpisała ją do spisu biblioteki? Czy stary zegar stojący w salonie należał do człowieka, który go nakręcał, czy do ściany, przy której stał od sześćdziesięciu lat?

Z czasem przestałam się nad tym zastanawiać. Zrozumiałam, że domu nie da się spakować do kufra. Można zabrać kilka przedmiotów, ubrania, listy i fotografie, ale wszystko, co naprawdę czyniło miejsce własnym, pozostawało tam, gdzie było. Zapach drewna na schodach, skrzypienie trzeciego stopnia, cień lip przesuwający się po ścianie salonu, głos Godlewskiego dochodzący rano z podwórza, szum deszczu na dachu. Tego nie można było zabrać. Można było jedynie pamiętać.

Godlewski nigdy nie wrócił do swojej propozycji, którą złożył po wizycie urzędnika zimą. Dopiero Franciszka powiedziała mi któregoś dnia, że od kilku tygodni naprawia dach nad jedną z izb w swoim domu i własnoręcznie zbija nowe łóżko. Udawałam, że nie rozumiem, po co to robi. Gdy następnego dnia spotkałam go przy spichlerzu, również niczego nie powiedziałam. On także nie wspomniał o dachu ani o łóżku. Były rzeczy, które lepiej znosiły milczenie niż wdzięczność.

Pod koniec miesiąca otrzymałam wiadomość od Mustafy Jakubowskiego. Nie przyjechał osobiście. Przysłał krótką kartkę przez człowieka jadącego z Zambrowa, zapisując zaledwie kilka zdań. Nie udało mu się ustalić, czy Modzelewski wymieniony na liście zesłanych był Jacentym. W kolejnych wykazach nazwisko się nie powtórzyło, a korespondencja z guberni nie przyniosła nowych danych. Prosił, bym nie traktowała tego jako rozstrzygnięcia.

Nie traktowałam.

Przeczytałam kartkę kilka razy i schowałam ją do szuflady razem z listami Jacentego. Jeszcze rok wcześniej brak wiadomości odbierałam jak zapowiedź najgorszego. Teraz nauczyłam się czegoś innego. Brak odpowiedzi nie był odpowiedzią. Dopóki nikt nie potrafił powiedzieć, że widział jego ciało, dopóki nie przyniesiono pewnej wiadomości o śmierci, dopóty istniała możliwość, choćby najmniejsza, że gdzieś żyje.

Tego samego dnia Godlewski przyniósł mi rachunki i długo mówił o sianokosach. Słuchałam go uważnie, choć co jakiś czas wracałam myślą do kartki Mustafy. W pewnej chwili przerwał w połowie zdania.

– Coś się stało?

Podałam mu wiadomość.

Przeczytał ją powoli.

– Czyli nic nie wiadomo.

– Nic.

Oddał mi kartkę.

– Czasem to lepsze niż zła wiadomość.

– A czasem gorsze.

– Też prawda.

Nie pocieszał mnie. Nigdy tego nie robił. Być może właśnie dlatego łatwiej było mi przy nim mówić rzeczy, których nie powiedziałabym nikomu innemu.

– Jak długo człowiek może czekać?

Godlewski przez chwilę patrzył przez okno.

– Nie wiem.

Była to chyba pierwsza odpowiedź, jakiej od niego oczekiwałam.

Kilka dni później wyszłam rano do sadu. Noc była ciepła i choć słońce dopiero wznosiło się ponad lasem, w powietrzu czuło się zapowiedź upalnego dnia. Na trawie leżała rosa, z wysokich gałęzi dochodził śpiew ptaków, a nad kwitnącą jeszcze koniczyną krążyły trzmiele. Oparłam dłoń o pień starej gruszy rosnącej na skraju sadu i przez chwilę stałam bez ruchu. To właśnie tam siadywaliśmy czasem z Jacentym latem, kiedy po kolacji wychodziliśmy z domu, żeby przeczekać gorąco. Pamiętałam jego głos, sposób, w jaki opierał plecy o ławkę i przymykał oczy, kiedy był zmęczony. Pamiętałam wiele rzeczy, których nigdy nie uważałam za warte zapamiętania.

Pierwsza usłyszałam konie.

Nie galopowały. Odgłos kopyt był równy i spokojny, a po chwili dołączyło do niego skrzypienie kół. Spojrzałam w stronę drogi prowadzącej od Zambrowa. Pomiędzy wierzbami pojawił się ciemny powóz.

Nie znałam go.

Przez moment pomyślałam, że może to ktoś od Mustafy albo kolejny urzędnik z Łomży, lecz powóz był zbyt duży jak na kancelaryjną wizytę i jechał zbyt wolno, jakby ludzie siedzący w środku nie przybywali na kilka godzin.

Godlewski wyszedł na ganek.

Stanął nieruchomo, z czapką w dłoni.

Powóz minął bramę i zatrzymał się przed dworem.

Najpierw wysiadła kobieta.

Była elegancko ubrana, choć strój miał w sobie coś z miejskiej podróży i zupełnie nie pasował do kurzu drogi ani letniego upału. Rozejrzała się po podwórzu, zabudowaniach, sadzie i dworze z uwagą człowieka, który ocenia coś, czego jeszcze nie zdecydował się polubić. Jej wzrok zatrzymał się na ganku, potem na stodole, wreszcie na drodze prowadzącej ku polom. Nie dostrzegłam w nim zachwytu.

Raczej rozczarowanie.

Po chwili z powozu wysiadł mężczyzna.

Był od niej starszy, zbliżający się do pięćdziesiątki, wysoki i szczupły, z twarzą człowieka, który więcej czasu spędził na zewnątrz niż w salonach. Poruszał się spokojnie, niemal oszczędnie, jakby każdy gest wykonywał dopiero po krótkim namyśle. Kiedy stanął na ziemi, przez chwilę nie spojrzał ani na dwór, ani na ludzi. Poprawił rękawiczkę na lewej dłoni, a dopiero potem uniósł głowę.

Nie widziałam jego twarzy wyraźnie z miejsca, w którym stałam.

Widziałam tylko, że zatrzymał się na chwilę, patrząc na białe ściany domu.

Potem ruszył ku Godlewskiemu.

Ja pozostałam pod starą gruszą.

Nie potrzebowałam przedstawienia.

Wiedziałam, po co przyjechali.

Imperatorskie Ministerstwo Wojny

Petersburg, dnia 3 kwietnia 1865 roku

Do Jego Wielmożności

Pułkownika Aleksieja Fiodorowicza Orłowa

Na mocy rozkazu Jego Cesarskiej Mości oraz na podstawie decyzji komisji lekarskiej działającej przy Sztabie Generalnym, z dniem 15 kwietnia bieżącego roku zostaje Pan przeniesiony w stan rezerwy, z zachowaniem przysługujących Panu uposażeń i praw wynikających z dotychczasowej służby.

Decyzja powyższa została podjęta ze względu na stan zdrowia, który, zgodnie z orzeczeniem medyków wojskowych, nie pozwala na dalsze pełnienie obowiązków w warunkach służby polowej.

W uznaniu długoletniej i nienagannej służby w szeregach Armii Jego Cesarskiej Mości oraz zasług położonych dla Imperium nadaje się Panu na własność majątek ziemski Wądołki wraz z przynależnymi gruntami, zabudowaniami dworskimi i folwarcznymi oraz inwentarzem, przejęty uprzednio na rzecz Skarbu wskutek konfiskaty dóbr należących do uczestnika zbrojnego buntu przeciwko prawowitej władzy Jego Cesarskiej Mości.

Z rozkazu Jego Cesarskiej Mości

[podpis nieczytelny]

Lipiec 1865

Pierwszej nocy w Wądołkach prawie nie spałem. Nie przeszkadzało mi łóżko, choć materac był twardszy od tych, do których przywykła moja żona, ani skrzypienie starego domu, którego drewniane ściany reagowały na nocny chłód cichymi trzaskami. Przez wiele lat służby nauczyłem się zasypiać w miejscach znacznie mniej wygodnych, przy odgłosach koni, rozmów wartowników i kroków ludzi przechodzących tuż za ścianą. Tym razem nie dawało mi spokoju coś innego. Od chwili, gdy przekroczyłem próg dworu, miałem wrażenie, że nie przyjechałem do własnego domu, lecz wszedłem do mieszkania człowieka, który wyszedł tylko na chwilę i lada moment powinien wrócić.

Wszystko było na swoim miejscu, a może właśnie w tym tkwił problem. W gabinecie stały książki, na biurku leżał nóż do papieru, na ścianie wisiała dubeltówka, której nikt nie zdjął nawet wtedy, gdy sporządzano spis majątku. W salonie zegar wybijał kolejne godziny z uporem stworzenia obojętnego na zmiany właścicieli, a w jadalni porcelana stała w kredensie według porządku ustalonego zapewne wiele lat wcześniej. Nie wiedziałem jeszcze, które przedmioty należały do poprzednich gospodarzy, które zostały zakupione z pieniędzy majątku, a które po prostu trwały tutaj tak długo, że nikt nie pamiętał ich początku. Wiedziałem jedynie, że nie ma w tym domu niczego, co mówiłoby o mnie.

Moja żona zauważyła to znacznie szybciej, lecz zareagowała inaczej. Już pierwszego wieczoru przeszła przez salon, jadalnię i oba pokoje od frontu, oglądając meble, zasłony i obrazy z miną człowieka, który ocenia cudzą własność wystawioną na sprzedaż. Przy jednym z foteli przesunęła palcem po drewnianym oparciu i spojrzała na mnie z wyrazem, który znałem aż nazbyt dobrze. Nie oznaczał jeszcze niezadowolenia. Był raczej zapowiedzią pytań, na które niezależnie od odpowiedzi i tak nie zamierzała zmienić zdania.

– Oni naprawdę zostawili tutaj wszystko? – zapytała.

– To, co ujęto w spisie, zostało wraz z majątkiem.

– Nie pytam o spis. Pytam, czy mamy na tym siedzieć, spać i jeść z ich talerzy.

– Możemy wymienić, co zechcesz.

– To trzeba będzie wymienić prawie wszystko.

Powiedziała to spokojnie, bez złośliwości. Była przyzwyczajona do Petersburga, do mieszkań, w których meble wybierało się według mody, a człowieka oceniano po sposobie urządzenia salonu niemal tak samo szybko jak po jego nazwisku. Wądołki nie mogły jej zachwycić. Był to stary dwór, zapewne wygodny dla ludzi, którzy od pokoleń mieszkali pomiędzy tymi samymi polami, lecz daleki od wyobrażenia o nagrodzie należnej człowiekowi po latach służby.

Trzeciego dnia przy śniadaniu oznajmiła, że tutaj nie ma niczego. Wiedziałem już, co odpowiem, zanim podniosłem wzrok znad filiżanki, lecz mimo to przez chwilę milczałem. Przez otwarte okno dochodziło parskanie koni i nawoływanie ludzi pracujących przy stodole. Dla mnie było to wystarczającym dowodem, że miejsce żyje. Dla niej wszystko, co znajdowało się poza granicami salonu, należało do świata gospodarczego, nie do życia.

– Jest majątek – powiedziałem w końcu.

– Widzę.

– Jest wieś.

– Ją także widzę.

– Do Zambrowa nie jest daleko.

Spojrzała na mnie ponad filiżanką.

– Aleksieju, proszę cię.

Nie zamierzałem jej przekonywać. Nigdy nie byłem dobry w sporach dotyczących rzeczy, których nie można zważyć, zmierzyć albo opisać w raporcie. Mogłem rozmawiać o liczbie koni, stanie drogi, odległości do miasta czy dochodzie z ziemi, ale nie potrafiłem odpowiedzieć, czy miejsce jest wystarczająco interesujące, aby człowiek chciał w nim żyć. Sam jeszcze tego nie wiedziałem.

Przed przyjazdem Wądołki były dla mnie przede wszystkim nazwą. Wiedziałem, gdzie leżą, jaką mają powierzchnię, ile ziemi przypada na pola, łąki i las oraz jakie zabudowania należą do folwarku. Wszystko można było przeczytać w wykazach, które otrzymałem wraz z pozostałymi dokumentami. Dopiero tutaj przekonałem się, że można wiedzieć o majątku niemal wszystko, co daje się zapisać w urzędowych rubrykach, i nie wiedzieć o nim niczego, co naprawdę pozwala w nim żyć.

Pierwszego tygodnia prawie codziennie wychodziłem rano z Godlewskim. Ekonom przyjął mnie z uprzejmością tak doskonałą, że przez kilka dni nie potrafiłem ustalić, czy mnie szanuje, toleruje, czy zwyczajnie uważa za kolejne nazwisko, które trzeba wpisać do rachunków. Odpowiadał na każde pytanie, pokazywał zabudowania, otwierał spichlerze i stajnie, przedstawiał stan bydła, koni, narzędzi oraz zapasów, lecz nigdy nie dodawał niczego ponad to, o co pytałem. Nie było w jego zachowaniu niechęci. Było doświadczenie człowieka, który przeżył już kilku właścicieli i zapewne wiedział, że ziemia jest cierpliwsza od ludzi.

Drugiego dnia obeszliśmy folwark. Pokazał mi obory, stajnie, kuźnię, spichlerz, dwa większe budynki gospodarcze i miejsce, gdzie po wiosennych roztopach podmyło mostek na strudze. Przy każdym zatrzymywał się tylko tak długo, jak wymagało wyjaśnienie problemu. Dopiero gdy wyszliśmy w pola, stał się bardziej rozmowny. Wskazywał miejsca, gdzie ziemia była cięższa, gdzie woda pozostawała dłużej po deszczu, a gdzie żyto zazwyczaj dojrzewało kilka dni wcześniej.

Zerwałem jeden kłos i roztarłem go między palcami.

– Dobry będzie plon?

Godlewski spojrzał najpierw na ziarno, później na niebo.

– Jeśli pogoda pozwoli.

– A jeśli nie pozwoli?

– Będzie gorszy.

Spojrzałem na niego, przekonany, że żartuje, lecz twarz pozostała zupełnie poważna. Dopiero po chwili dostrzegłem lekki ruch w kąciku ust.

– Zawsze tak odpowiadacie?

– Gdy pytanie dotyczy pogody, najbezpieczniej odpowiadać ostrożnie.

Roześmiałem się. Godlewski nie odpowiedział śmiechem, ale od tego dnia zaczął mówić trochę więcej.

Przy następnym polu sam wyjaśnił mi, dlaczego fragment pozostawiono odłogiem, a przy strudze pokazał pale, które trzeba będzie wymienić przed kolejną zimą. Im dłużej go słuchałem, tym wyraźniej rozumiałem, że nie nauczę się Wądołek z ksiąg ani z map. Godlewski znał je w sposób, którego nie można było przekazać podczas jednego obchodu. Wiedział, gdzie koń może złamać nogę po większym deszczu, która krowa daje mniej mleka przed burzą i którą drogą lepiej nie wysyłać wozu po roztopach. Nie były to wiadomości godne raportu, lecz właśnie z nich składało się gospodarstwo.

– Długo pan tutaj jest? – zapytałem, gdy wracaliśmy w stronę dworu.

– Długo.

– To znaczy ile?

– Jeszcze ojciec pana Modzelewskiego żył, kiedy tu przyszedłem.

Nazwisko nic mi nie mówiło. W dokumentach, które otrzymałem przed wyjazdem, poprzedni właściciel interesował urzędników przede wszystkim jako uczestnik buntu, którego dobra przeszły na rzecz Skarbu. Teraz po raz pierwszy pomyślałem, że za tą formułą musiał przecież stać konkretny człowiek.

– Modzelewski był właścicielem?

Godlewski spojrzał na mnie krótko.

– Modzelewscy byli tutaj od dawna.

– Ten ostatni poszedł do powstania?

– Pan Jacenty.

Pierwszy raz usłyszałem jego imię.

– Zginął?

Godlewski zwolnił.

– Nie wiadomo.

– Jak to nie wiadomo?

– Nie znaleziono ciała.

To zdanie zainteresowało mnie bardziej, niż powinno. Przyjechałem przecież objąć majątek skonfiskowany człowiekowi uznanemu przez państwo za buntownika, a jego dalszy los nie miał żadnego wpływu na moje prawa. Przynajmniej tak wyglądało to w dokumentach. Teraz jednak pomyślałem, że jeżeli nie znaleziono ciała, Jacenty Modzelewski może żyć, a człowiek, którego dom właśnie zajmuję, być może któregoś dnia stanie przed własnym gankiem.

– A jego rodzina?

Godlewski spojrzał w stronę dworu.

– Żona jest jeszcze tutaj.

Dopiero wtedy zrozumiałem, kim była kobieta, którą widziałem w dniu przyjazdu pod starą gruszą. Stała daleko od ganku i nie podeszła do powozu, choć widziała, kto przyjechał. Wziąłem ją wtedy za jedną z osób mieszkających przy dworze. Teraz wspomnienie jej sylwetki nabrało zupełnie innego znaczenia.

– Gdzie mieszka?

– W oficynie.

– Dlaczego nie w dworze?

Godlewski spojrzał na mnie ponownie, tym razem dłużej.

– Bo pan już w nim mieszka.

Nie było w tych słowach wyrzutu. Tym bardziej je zapamiętałem.

Wieczorem powiedziałem żonie, kim była kobieta z sadu. Przez chwilę nie mogła sobie jej przypomnieć, a kiedy w końcu skojarzyła, wzruszyła ramionami.

– Myślałam, że to ktoś ze służby.

– To żona poprzedniego właściciela.

– Wdowa?

– Nie wiadomo.

Zmarszczyła brwi.

– Jak można nie wiedzieć, czy jest się wdową?

Nie miałem dobrej odpowiedzi. W wojsku śmierć była zwykle prostsza. Człowiek żył albo nie żył. Był na liście rannych, poległych, zaginionych. W papierach wszystko miało własną rubrykę. Tutaj nagle okazywało się, że można przez rok nie wiedzieć, czy wolno opłakiwać własnego męża.

– I ona nadal tutaj mieszka? – zapytała.

– Tak.

– W naszym majątku?

– W swoim dawnym domu.

– To już nie jest jej dom.

Powiedziała to bez złośliwości, niemal obojętnie. Co więcej, miała rację. Tak przynajmniej wynikało z dokumentów, które przywiozłem ze sobą. Wądołki należały do mnie, a Antonina Modzelewska nie posiadała już do nich żadnego prawa. Po raz pierwszy jednak prawda zapisana na papierze wydała mi się mniej oczywista niż w chwili, gdy czytałem ją w Petersburgu.

– Zostaje – powiedziałem.

– Kto tak zdecydował?

– Ja.

Żona odstawiła filiżankę.

– Aleksieju, to jest niedorzeczne. Mamy mieszkać kilka kroków od kobiety, której odebrano ten dom i oddano go tobie?

– Właśnie dlatego nie zamierzam jej wyrzucać.

Spojrzała na mnie z irytacją.

– Zawsze byłeś zbyt miękki.

– Pierwszy raz to słyszę.

– Bo nikt wcześniej nie musiał ci tego mówić.

Na tym rozmowa się skończyła, choć nie oznaczało to, że sprawa przestała istnieć. Następnego dnia żona kazała przenieść kilka mebli z sypialni i salonu, po czym przez pół godziny próbowała znaleźć dla nich lepsze miejsce. Wieczorem wszystko wróciło prawie tam, gdzie stało wcześniej. Dom bronił własnego porządku z uporem, którego nie można było pokonać przesuwaniem krzeseł.

Ja coraz więcej czasu spędzałem w gabinecie.

Godlewski przyniósł księgi majątku i przez kilka godzin wyjaśniał mi sposób prowadzenia rachunków. Część zapisów sporządzono po polsku, część zawierała skróty, których nie rozumiałem, a na marginesach pojawiały się liczby, nazwiska i krótkie uwagi dotyczące pól, koni i ludzi. Po kilkunastu stronach trafiłem na inne pismo. Litery były bardziej pochyłe, mocniejsze, prowadzone szybko, jakby piszący nie miał cierpliwości do kaligrafii.

Następnego ranka pokazałem zapis Godlewskiemu.

– Czyje?

– Pana Jacentego.

Przez chwilę patrzyłem na kartkę, choć nie było w niej nic szczególnego. Kilka cyfr, dwa nazwiska, uwaga o zakupie owsa. Zwyczajna notatka gospodarska. A jednak od tej chwili zacząłem dostrzegać ślady człowieka, którego nigdy nie widziałem. Inicjały na grzbiecie książki, niewielką rysę na biurku, dubeltówkę wiszącą w gabinecie, starą fajkę pozostawioną w szufladzie. Nie szukałem tych rzeczy. Po prostu nauczyłem się je rozpoznawać.

Dom przestawał być pusty.

Nie podobało mi się to.

Pierwszy sen przyszedł kilka dni później.

Nie pamiętam jego początku. Był las, mokra ziemia i oddech, którego nie mogłem złapać. Biegłem albo próbowałem biec, lecz błoto trzymało nogi, a drzewa przesuwały się przede mną, wszystkie jednakowe. Potem nagle znalazłem się na ziemi. Ciężar przygniótł mi pierś, coś wciskało się w bok, a dwie dłonie zacisnęły się na mojej szyi.

Nie mogłem oddychać.

Próbowałem oderwać palce, lecz zaciskały się mocniej. Uderzałem człowieka po twarzy, raz, drugi, może więcej. Nie widziałem jego rys. Była tylko ciemna sylwetka pochylona nade mną i krew, która zaczęła spływać po jego twarzy. Wbiłem palce w usta, poczułem pod paznokciami miękką skórę i nagle wszystko stało się czerwone.

Obudziłem się gwałtownie.

Przez kilka chwil nadal nie mogłem nabrać powietrza. Siedziałem na łóżku z dłonią przy szyi, czując mocne uderzenia serca i pulsowanie w lewej skroni. Pokój był ciemny. Obok żona spała odwrócona plecami, nieświadoma, że przed chwilą walczyłem o życie z człowiekiem, którego twarzy nie potrafiłem zobaczyć.

Nie obudziłem jej.

Rano pamiętałem już tylko fragmenty. Błoto, dłonie na gardle, smak strachu i nieprzyjemny ból skroni, który utrzymywał się jeszcze przy śniadaniu. Nie był to pierwszy podobny sen w moim życiu. Wojna zostawia człowiekowi rzeczy, których nie wpisuje się do akt służbowych, a po latach można już tylko zaakceptować, że pewne noce nigdy nie będą spokojne.

Żona zauważyła, że jestem zmęczony, lecz nie pytała dlaczego. Sama miała inne zmartwienia. Upał stał się dokuczliwy, komary pojawiały się wieczorami całymi chmarami, a droga do Zambrowa po kilku dniach suszy zamieniła się w pas kurzu. Coraz częściej mówiła o Warszawie. Początkowo wspominała o wyjeździe na kilka dni, później o kilku tygodniach.

– Dopiero przyjechaliśmy – powiedziałem któregoś ranka.

– Ty przyjechałeś.

Spojrzałem na nią.

– A ty?

– Towarzyszyłam ci.

Powiedziała to spokojnie, bez gniewu. Właśnie ta łagodność sprawiła, że nie miałem ochoty się spierać.

– Nie zostaniesz?

– Aleksieju, co miałabym tutaj robić?

Rozejrzałem się po jadalni, jakbym naprawdę spodziewał się znaleźć odpowiedź wśród mebli.

– Możemy urządzić dom.

– Ten dom jest już urządzony.

Zawahała się.

– Przez kogoś innego.

Nie potrafiłem zaprzeczyć.

Wyjechała w połowie miesiąca. Nie było kłótni ani wzruszającego pożegnania, tylko kufry zniesione przed ganek, sprawdzona uprząż i powóz czekający od rana w cieniu lip. Pocałowała mnie w policzek, powiedziała, że napisze z Warszawy i że prawdopodobnie zatrzyma się tam dłużej, niż początkowo zamierzała.

– Przyjedziesz? – zapytałem.

– Oczywiście.

Nie zapytałem kiedy.

Stałem przed gankiem, dopóki powóz nie zniknął za zakrętem. Godlewski był gdzieś na podwórzu, ludzie pracowali jak każdego dnia, z kuchni dochodził stuk naczyń. Nikt nie zwracał uwagi na to, że nowa pani Wądołek właśnie wyjechała po zaledwie dwóch tygodniach pobytu.

Tego wieczoru jadłem kolację sam. Przy drugim końcu stołu pozostało puste miejsce po żonie, ale nie ono przyciągało mój wzrok. Coraz częściej łapałem się na tym, że patrzę na przedmioty, które jeszcze niedawno uważałem za zwyczajne wyposażenie domu, i zastanawiam się, czy dotykał ich Jacenty Modzelewski. Czy siedział na tym samym krześle, czy otwierał ten sam kredens, czy spoglądał przez to samo okno na drogę prowadzącą ku Zambrowowi.

Nie znałem go. Nie wiedziałem, jak wyglądał, jakim był gospodarzem ani dlaczego pewnego dnia uznał, że powinien zostawić dom i pójść do powstania. Wiedziałem tylko, że jego żona mieszka kilkadziesiąt kroków ode mnie, jego ekonom oprowadza mnie po jego polach, a jego pismo odnajduję w księgach, które teraz leżą na moim biurku. Im więcej dowiadywałem się o Wądołkach, tym trudniej było mi myśleć o poprzednim właścicielu tak, jak określono go w urzędowych dokumentach: uczestnik buntu.

Wieczór był ciepły i spokojny. Wyszedłem przed dwór i zatrzymałem się na ganku. Nad polami wisiała delikatna mgła, ze stajni dochodziło parskanie koni, a gdzieś za sadem nawoływano bydło. Godlewski stał przy stodole i rozmawiał z jednym z parobków. W kuchni zapalono światło, po podwórzu przeszedł chłopak z wiadrem, z oddali doleciał śmiech kobiet wracających od studni. Wszystko odbywało się bez mojego udziału i zapewne odbywałoby się tak samo, gdybym tego dnia wcale nie wyszedł z domu.

W Petersburgu wystarczyło kilka podpisów i pieczęć, aby Wądołki stały się moją własnością. Tutaj nie potrafiłem wskazać chwili, w której miałbym naprawdę stać się ich gospodarzem.

W nocy sen powrócił.

Tym razem nie było biegu ani lasu. Leżałem na ziemi, czując pod plecami mokre błoto i ciężar ciała przygniatającego pierś. Dłonie zaciskały mi się na szyi, odcinając oddech. Uderzałem człowieka po twarzy, próbowałem oderwać jego palce, lecz nie puszczał. W końcu wsunąłem dłoń między nas i poczułem pod palcami jego usta.

Szarpnąłem.

Coś ustąpiło.

Krew spłynęła mu po twarzy i zalała oko.

Przez ułamek chwili zobaczyłem tylko jego spojrzenie.

Potem nastąpił błysk i wszystko zniknęło.

Obudziłem się z bólem lewej skroni.

Usiadłem na łóżku i długo słuchałem własnego oddechu. Pokój był pusty, okno otwarte, a nocne powietrze poruszało lekko zasłoną. Gdzieś daleko odezwał się pies. Nie wiedziałem, dlaczego sen po tylu latach wraca właśnie tutaj ani dlaczego za każdym razem pamiętam z niego odrobinę więcej.

Podszedłem do okna.

Sadu prawie nie było widać, jedynie ciemniejszą plamę pomiędzy domem a polami. Gdzieś tam, pośród drzew, stała stara grusza, pod którą pierwszego dnia widziałem Antoninę Modzelewską.

Znałem już jej imię.

Znałem również imię jej męża.

To wystarczyło, żeby Wądołki przestały być tylko majątkiem, który mi nadano.

Listopad 1865

Listopad odebrał Wądołkom kolory niemal z dnia na dzień. Jeszcze pod koniec października na starych lipach przy podjeździe trzymały się pojedyncze żółte liście, a w sadzie można było znaleźć ostatnie jabłka ukryte pomiędzy brunatną trawą, lecz potem przyszły dwa dni zimnego deszczu i wszystko zgasło. Pola stały puste, ciężkie od wilgoci, drzewa odsłoniły czarne gałęzie, a droga do Zambrowa zamieniła się w pas błota poorany głębokimi koleinami. O tej porze roku Wądołki zawsze wydawały mi się mniejsze. Latem pola rozszerzały świat aż po linię lasu, zimą zaś człowiek żył przede wszystkim pomiędzy dworem, stajnią, oficyną i kilkoma drogami, które z każdym deszczem stawały się coraz mniej przyjazne.

Od przyjazdu Orłowa minęło kilka miesięcy. Widywałam go częściej, niż początkowo przypuszczałam, choć prawie zawsze z daleka. Przechodził przez podwórze z Godlewskim, jeździł w pola, zaglądał do stajni, czasem zatrzymywał się przy kuźni i rozmawiał z ludźmi, którzy po pierwszych tygodniach przestali milk­nąć na jego widok. Nie próbował udawać ziemianina. Nie nosił się jak człowiek, który od dzieciństwa zna rytm gospodarstwa, i właśnie dzięki temu nie budził we mnie tej szczególnej irytacji, jaką wywołują ludzie przekonani o własnej wiedzy tylko dlatego, że otrzymali do niej prawo. Pytał. Czasem zbyt wiele, czasem o rzeczy oczywiste nawet dla mnie, lecz pytał. Godlewski odpowiadał mu z tą samą oszczędną uprzejmością, z jaką przez lata odpowiadał poprzedniemu właścicielowi Wądołek.

Jego żony nie widziałam od lipca. Początkowo sądziłam, że wyjechała na krótko, później dowiedziałam się od Franciszki, że powóz nie wrócił ani w sierpniu, ani we wrześniu, a listy przychodzące do dworu nosiły warszawski adres. Nie pytałam o nią. Jej nieobecność nie była moją sprawą, podobnie jak małżeństwo Orłowów nie należało do rzeczy, o których miałam prawo myśleć. Mimo to czasami zastanawiałam się, czy zostawiła go tutaj z powodu Wądołek, czy może Wądołki tylko przyspieszyły decyzję, która od dawna dojrzewała gdzie indziej.

Ja również powinnam była już wyjechać. Tak przynajmniej wynikało z listów, które przez ostatnie miesiące wysyłałam do krewnych. Najpierw napisałam do kuzynów pod Łomżą, później do ciotki mieszkającej niedaleko Siedlec, wreszcie do dalszej rodziny ze strony matki. Odpowiedzi przychodziły uprzejme, pełne troski i zapewnień, że wszyscy współczują mojemu położeniu. Zawsze jednak pojawiało się jakieś ale. Dom za mały. Dzieci dorastają. Zima trudna. Choroba kogoś z rodziny. Sprawy gospodarskie. Nikt nie napisał, że nie chce wdowy po powstańcu pod własnym dachem, lecz po kilku miesiącach nauczyłam się czytać również to, czego ludzie nie mieli odwagi zapisać.

Najbardziej zabolał mnie list od kuzyna Kazimierza. Przez wiele lat bywaliśmy u siebie niemal co roku, Jacenty pomagał mu kiedyś w sporze granicznym, a podczas jednego z pożarów wysłaliśmy mu ludzi i dwa wozy zboża. Teraz pisał, że przyjąłby mnie bez wahania, gdyby nie obawa o własną rodzinę. Władze nadal interesowały się domami, w których mieszkali ludzie związani z powstaniem, a obecność żony człowieka uznanego za członka zbrojnych band mogłaby niepotrzebnie zwrócić uwagę na majątek. Rozumiałam go. Właśnie dlatego jego odmowa bolała bardziej.

Godlewski o nic nie pytał. Wiedział zapewne więcej, niż przypuszczałam, bo listy przechodziły przez ręce służby, a we dworze wiadomości poruszały się szybciej niż ludzie. Nigdy jednak nie wspomniał o swojej dawnej propozycji, chociaż dach nad izbą w jego domu został już naprawiony, a Franciszka przysięgała, że widziała tam nowe łóżko i komodę. Była to jego forma dyskrecji. Nie nalegał, dopóki nie poproszę.

Któregoś listopadowego popołudnia wyszłam do sadu. Od rana mżyło, lecz po południu deszcz ustał i nad polami pojawiło się blade światło, które nie przypominało już słońca, a jedynie jego wspomnienie. Sad o tej porze wyglądał zupełnie inaczej niż w maju. Nagie gałęzie splatały się nad ścieżkami, mokra trawa uginała się pod butami, a pod starymi drzewami leżały gnijące jabłka, których nikt nie zdążył zebrać. Zatrzymałam się przy gruszy na skraju sadu. Ławka obok niej była wilgotna, więc nie usiadłam. Oparłam tylko dłoń o pień i przez chwilę patrzyłam w stronę pola.

Usłyszałam kroki dopiero wtedy, gdy były blisko.

Orłow wyszedł spomiędzy drzew bez płaszcza, jedynie w ciemnym surducie, jakby nie zauważył chłodu. Zatrzymał się, kiedy mnie zobaczył. Przez chwilę miałam wrażenie, że zawróci, lecz po krótkim wahaniu podszedł kilka kroków bliżej.

– Przepraszam. Nie wiedziałem, że pani tutaj jest.

– To duży sad.

Spojrzał na drzewa.

– Był większy, kiedy przyjechałem.

Nie zrozumiałam.

– Liście – wyjaśnił. – Człowiek widzi mniej, kiedy drzewa są pełne.

Uśmiechnęłam się lekko. Nie spodziewałam się podobnej uwagi z jego strony.

Przez chwilę staliśmy w milczeniu. Nie było ono niezręczne, raczej ostrożne. Od czasu jego przyjazdu rozmawialiśmy zaledwie kilka razy i zawsze o sprawach koniecznych: o korzystaniu z oficyny, o kilku przedmiotach należących do mnie, o jednym z listów skierowanych jeszcze na nazwisko Jacentego. Orłow nigdy nie próbował przedłużać tych rozmów, za co byłam mu wdzięczna.

– Godlewski mówił, że może pani wyjechać – odezwał się w końcu.

Spojrzałam na niego.

– Godlewski mówi za dużo.

– Właściwie nie powiedział niczego. Zapytałem, czy mam przygotować dokument dotyczący rzeczy, które chce pani zabrać. Odpowiedział, że jeszcze nie wiadomo, kiedy pani wyjedzie.

– To prawda.

Nie pytał dokąd. Byłam mu za to wdzięczna bardziej, niż powinien wiedzieć.

– Jeśli potrzebuje pani czasu, proszę go sobie dać – powiedział po chwili. – Nie otrzymałem żadnego polecenia dotyczącego pani wyjazdu.

– A jeśli pan takie otrzyma?

– Wtedy porozmawiamy.

– Z urzędem?

– Z panią.

Spojrzałam na niego uważniej. Nie powiedział tego z uprzejmości. W jego głosie nie było nawet szczególnego ciepła. Mówił jak człowiek informujący o czymś, co uznał już za oczywiste.

– Pańska żona nie byłaby zachwycona.

Uniósł brwi, najwyraźniej zaskoczony tym, że o niej wspomniałam.

– Moja żona jest w Warszawie.

– Wiem.

– W takim razie tym bardziej nie ma powodu, żeby się tym przejmować.

Przez moment pomyślałam, że zabrzmiało to bardziej gorzko, niż zamierzał. Nie chciałam jednak wchodzić w sprawy, które do mnie nie należały.

– Nie zamierzam tutaj zostać na zawsze, panie Orłow.

– Tego nie powiedziałem.

– Ale pańska obecność przypomina mi każdego dnia, że powinnam odejść.

Nie odpowiedział od razu. Odwrócił wzrok ku dworowi, którego fragment było widać pomiędzy drzewami.

– Moja obecność przypomina mi dokładnie to samo.

Początkowo sądziłam, że źle usłyszałam.

– Nie rozumiem.

– Ja też nie bardzo.

Uśmiechnął się krótko, lecz zaraz spoważniał.

– Kiedy dostałem dokument nadania, myślałem, że otrzymuję ziemię. Pola, las, budynki, dochód. Tak to wyglądało w papierach. Człowiek czyta liczbę włók, spis koni, wartość zabudowań i wydaje mu się, że wie, co dostał. Tutaj okazało się, że każda rzecz ma czyjeś imię.

Nie powiedziałam nic.

– W gabinecie znajduję notatki pani męża. Godlewski mówi o nim tak, jakby wyszedł rano i miał wrócić przed kolacją. Ludzie pamiętają, gdzie stał podczas żniw i którego konia wybierał do bryczki. Nawet drzewa mają swoją historię. Tego nie było w żadnym dokumencie.

– Urzędy rzadko spisują pamięć.

– Może powinny.

Po raz pierwszy spojrzałam na niego bez niechęci. Nie z sympatią, bo na to nie zasługiwał, lecz z czymś, co przypominało ciekawość. Orłow nie próbował tłumaczyć się z przyjęcia majątku ani usprawiedliwiać państwa, które mu go podarowało. Nie prosił także, żebym uznała jego sytuację za trudną. Po prostu mówił o tym, co zobaczył.

– Wie pan, co jest w tym wszystkim najdziwniejsze? – zapytałam.

Pokręcił głową.

– Że nadal czekam.

Zrozumiał od razu, o kim mówię.

– Nie ma wiadomości?

– Nie.

Nie powiedział, że mu przykro. Nie powiedział również, że po takim czasie powinnam przyjąć najgorsze. Stał po prostu obok, patrząc na mokrą ziemię.

– Właściwie są wiadomości – dodałam po chwili. – Tylko żadna nie mówi niczego pewnego. Ktoś przeszedł do Prus. Ktoś został zesłany. Gdzieś znaleziono nazwisko podobne do jego. Człowiek zaczyna żyć z takich rzeczy.

Orłow przesunął dłonią po karku.

– Czasem niepewność jest gorsza od złej wiadomości.

Spojrzałam na niego.

– Skąd pan wie?

Przez ułamek chwili jego twarz zmieniła się. Nie potrafiłabym powiedzieć jak. Może napięły się mięśnie przy ustach, może spojrzenie uciekło gdzieś poza sad. Zaraz jednak odzyskał zwykły spokój.

– Z wojska.

Nie pytałam dalej.

Wiatr poruszył nagimi gałęziami. Kilka kropel, które pozostały na drzewach po deszczu, spadło na ziemię i na nasze ubrania. Orłow spojrzał ku niebu.

– Będzie znowu padać.

– Godlewski powiedziałby, że to zależy od pogody.

Zaśmiał się.

– Mnie powiedział dokładnie to samo.

Było coś osobliwego w tym, że oboje znaliśmy tę jego odpowiedź. Przez kilka sekund Godlewski stał się mostem pomiędzy światem, który uważałam za swój, i tym, który Orłow próbował dopiero zrozumieć.

Ruszyliśmy powoli w stronę dworu. Nie szliśmy obok siebie jak ludzie bliscy. Dzielił nas krok albo dwa, czasem ścieżka zwężała się i jedno z nas zostawało z tyłu. Mimo to po raz pierwszy nie czułam potrzeby, żeby przyspieszyć albo znaleźć powód do pożegnania.

Przy wyjściu z sadu Orłow zatrzymał się.

– Pani Modzelewska.

Odwróciłam się.

– Jeśli rodzina pani nie przyjmie…

Poczułam nagłe ukłucie wstydu.

– Godlewski jednak mówi za dużo.

– Nie powiedział, że nie przyjmie. Powiedział tylko, że nie wie pani jeszcze, dokąd wyjedzie.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie bez słowa.

– Nie będę pytał dokąd – dodał. – Chcę tylko, żeby pani wiedziała, że nie musi pani opuszczać oficyny dlatego, że ja tutaj jestem. Przynajmniej dopóki nie znajdzie pani miejsca, do którego rzeczywiście chce wyjechać.

– A jeśli nigdy go nie znajdę?

– Wtedy będziemy się martwić później.

Powiedział to niemal tak samo, jak Godlewski mówił o naprawie mostku albo dachu, który wytrzyma jeszcze jeden sezon. Zwyczajnie. Bez wielkich słów i bez obietnic, których nie byłby w stanie dotrzymać.

– Dlaczego pan to robi?

Orłow przez chwilę milczał.

– Bo dom dostałem od państwa. Panią nie.

Nie spodziewałam się tej odpowiedzi.

Spojrzałam na dwór stojący kilkadziesiąt kroków dalej. W jednym z okien paliło się światło, choć dzień jeszcze się nie skończył. Zapewne ktoś zapalił lampę z powodu ciemnych chmur nadciągających od zachodu. Przez lata nie zastanawiałam się, do kogo należy ten widok. Był po prostu częścią mojego życia.

– Dziękuję – powiedziałam.

Orłow lekko skłonił głowę.

Mogłam na tym skończyć. Powinnam była. Jednak kiedy odwrócił się już w stronę dworu, zatrzymałam go.

– Panie Orłow.

Spojrzał na mnie.

– Dziękuję, że jest pan uczciwym człowiekiem.

Przez chwilę wydawał się zmieszany bardziej niż po jakimkolwiek innym zdaniu, które tego dnia wypowiedziałam.

– Nie wiem, czy zasłużyłem na taką opinię. Ale dziękuję.

– Opinia jest nie tylko moja.

Uśmiechnął się.

– W takim razie niech pani jeszcze nie wydaje ostatecznego wyroku.

Rozeszliśmy się przy ganku. On wszedł do dworu, ja ruszyłam w stronę oficyny. Zanim dotarłam do drzwi, zaczął padać drobny, zimny deszcz.

Wieczorem długo nie zapalałam lampy. Siedziałam przy oknie i patrzyłam na jasne prostokąty okien dworu. Wiedziałam, że za jednym z nich Orłow zapewne siedzi przy biurku Jacentego i przegląda księgi, których jeszcze rok wcześniej nie miał prawa dotknąć. Myśl ta nadal bolała, lecz po raz pierwszy nie czułam gniewu wobec człowieka siedzącego w tamtym pokoju.

Gniew potrzebował winnego.

Orłow coraz mniej nim był.

Nie znaczyło to, że Wądołki przestały być moje w pamięci ani że pogodziłam się z tym, co zrobiono z naszym domem. Nie oznaczało również, że potrafiłabym patrzeć na rosyjskiego oficera jak na przyjaciela. Zmieniło się tylko jedno. Po raz pierwszy zobaczyłam w nim człowieka, a nie znienawidzony mundur.

Nie wiedziałam jeszcze, czy to wystarczy, aby cokolwiek pomiędzy nami stało się prostsze.

Wiedziałam natomiast, że od tej chwili trudniej będzie nienawidzić go bez zastanowienia.

Grudzień 1865

Pierwszy śnieg spadł na początku grudnia i utrzymał się zaledwie dwa dni. Przykrył pola cienką warstwą bieli, wygładził koleiny na drodze do Zambrowa i na kilka godzin sprawił, że Wądołki wyglądały spokojniej, niż były w rzeczywistości. Potem przyszedł wiatr od zachodu, temperatura wzrosła, śnieg zamienił się w szarą wodę i wszystko wróciło do listopadowej wilgoci. Godlewski twierdził, że prawdziwa zima przyjdzie dopiero przed świętami, a ponieważ w sprawach pogody nauczyłem się już nie wdawać z nim w dyskusje, przyjąłem tę przepowiednię bez komentarza.

Dom po wyjeździe mojej żony stał się większy. Nie zmienił się przecież ani jeden pokój, nie ubyło mebli, a mimo to wieczorami korytarze wydawały się dłuższe, jadalnia zbyt obszerna dla jednego człowieka, a salon zupełnie niepotrzebny. Początkowo kazałem nakrywać do kolacji jak dawniej, z pełną zastawą i dwoma świecami na stole, lecz po kilku tygodniach sam poczułem absurd tej ceremonii. Jadłem więc częściej w gabinecie, przy niewielkim stoliku ustawionym niedaleko pieca, czasami jeszcze nad księgami, choć Godlewski twierdził, że człowiek, który je nad posiłkiem, prędzej czy później zaleje rachunki zupą. Nie zdarzyło się to ani razu, ale dla pewności odsuwałem papiery, gdy tylko służba wnosiła talerze.

Listy od żony przychodziły regularnie. Były uprzejme, pełne informacji o znajomych, wizytach i sprawach, które w Warszawie zdawały się najważniejsze, a tutaj brzmiały jak wiadomości z innego świata. Pisała o teatrze, o nowej sukni pewnej generałowej, o kimś, kto wrócił z Petersburga, i o tym, że powinienem, jak to określała, przemyśleć możliwość spędzenia zimy w mieście. Nie pisała, kiedy zamierza wrócić. Po trzecim takim liście przestałem oczekiwać konkretnej daty. Odpowiadałem równie uprzejmie, pytałem o zdrowie i zapewniałem, że w Wądołkach wszystko jest w porządku, chociaż coraz częściej zastanawiałem się, co właściwie znaczy wszystko.

Zacząłem wtedy jeździć częściej do Zambrowa. Początkowo z powodów gospodarskich. Trzeba było zamówić żelazo do kuźni, ustalić cenę soli, odebrać korespondencję i dopilnować kilku spraw związanych z podatkami. Z czasem jeździłem również dlatego, że miasteczko dawało możliwość zobaczenia ludzi, którzy nie należeli ani do służby, ani do majątku. Wądołki były światem zamkniętym. Zambrów przeciwnie, nawet zimą miał w sobie ruch, który nie ustawał od rana do zmierzchu. Na rynku mieszały się języki, stroje i zapachy. Chłopi przywozili zboże i drób, żydowscy handlarze zachwalali towary, rosyjski urzędnik kłócił się z woźnicą, a gdzieś w pobliżu kościoła przechodziły kobiety w ciemnych chustach, spiesząc na nabożeństwo. W jednym miejscu można było usłyszeć rosyjski, polski i jidysz, a potem jeszcze łacinę dochodzącą przez otwarte drzwi świątyni. Z początku wydawało mi się to chaotyczne. Później zrozumiałem, że właśnie ten chaos jest porządkiem tego miejsca.

Któregoś dnia po załatwieniu spraw w magistracie zatrzymał mnie Mustafa Jakubowski. Znałem go wcześniej tylko z urzędowych spotkań. Był młody jak na stanowisko burmistrza, może młodszy ode mnie o kilkanaście lat, lecz miał sposób bycia człowieka, który bardzo wcześnie nauczył się panować nad własną twarzą. Mówił poprawnie po rosyjsku, równie swobodnie po polsku, a w jego uprzejmości nie było ani przesadnej uniżoności, ani tej demonstracyjnej sztywności, którą niektórzy urzędnicy uważali za oznakę powagi.

– Pan Orłow – powiedział, gdy już mieliśmy się rozstać. – Jak Wądołki?

Pytanie było zwyczajne, ale sposób, w jaki je zadał, sprawił, że spojrzałem na niego uważniej.

– Stoją.

Uśmiechnął się.

– To dobrze. W tych czasach nie jest to mało.

– Zna pan majątek?

– Znam okolicę.

Nie powiedział nic więcej, lecz pomyślałem o Antoninie. Dopiero wtedy przypomniałem sobie, że Godlewski wspominał kiedyś o jej wizytach w magistracie i o tym, że Jakubowski pomagał jej szukać wiadomości o mężu.

– Zna pan panią Modzelewską?

Mustafa zawahał się na moment.

– Znam ją jako obywatelkę naszego miasta i parafii.

Była to odpowiedź urzędowa tak doskonała, że niemal się roześmiałem.

– Pytam prywatnie.

– Prywatnie staram się nie mówić o ludziach, którzy przychodzą do mnie służbowo.

Teraz rzeczywiście się uśmiechnąłem.

– Rozumiem.

– Mam nadzieję.

Przez chwilę staliśmy obok siebie w sieni magistratu, podczas gdy urzędnik za drzwiami przerzucał papiery, a ktoś na zewnątrz wołał na konie. Mustafa poprawił rękaw płaszcza i odezwał się ciszej.

– Mogę tylko powiedzieć, że pani Modzelewska przeżyła w ostatnich latach więcej, niż powinien przeżyć jeden człowiek.

– Wiem.

Spojrzał na mnie.

– Nie jestem pewien, czy pan wie.

Nie odpowiedziałem.

Nie było w jego słowach oskarżenia, raczej ostrzeżenie. Poczułem jednak ukłucie irytacji, bo przez moment zabrzmiał tak, jakby czynił mnie odpowiedzialnym za decyzję podjętą w kancelarii gdzieś daleko od Wądołek. Zaraz potem uświadomiłem sobie, że to właśnie ja śpię w łóżku poprzedniego właściciela, siedzę przy jego biurku i podpisuję się pod rachunkami dotyczącymi ziemi, którą odebrano jego rodzinie. To wystarczyło, żeby irytacja zniknęła.

– Staram się przynajmniej nie utrudniać jej życia.

Mustafa skinął głową.

– To już coś.

Pożegnaliśmy się bez dalszych słów.

W drodze powrotnej długo myślałem o tej krótkiej rozmowie. Nie dlatego, że dowiedziałem się czegoś nowego. Właściwie nie dowiedziałem się niczego. Po raz pierwszy jednak zobaczyłem Antoninę nie jako żonę poprzedniego właściciela ani jako kobietę mieszkającą jeszcze w oficynie, lecz jako osobę, której los znali i pamiętali ludzie poza granicami Wądołek. Ja pojawiłem się tutaj kilka miesięcy wcześniej. Ona była częścią tej okolicy od lat. Nawet jeśli państwo zmieniło zapis w księdze, nie mogło równie łatwo zmienić pamięci ludzi.

Po powrocie zastałem Godlewskiego przy spichlerzu. Stał z jednym z parobków nad pękniętym dyszlem od wozu i obaj zastanawiali się, czy warto go jeszcze naprawiać, czy lepiej zrobić nowy. Kiedy podszedłem, Godlewski odsunął się na krok.

– Co pan sądzi? – zapytałem.

– O czym?

– O dyszlu.

– Nowy.

– To dlaczego pan się zastanawia?

– Bo nowy kosztuje.

Parobek spuścił głowę, ukrywając uśmiech.

– Niech będzie nowy.

– Tak myślałem.

Zaczynałem rozumieć, że większość naszych rozmów wygląda właśnie w ten sposób. Godlewski znał odpowiedź, zanim mnie pytał, lecz uważał, że właściciel powinien mieć możliwość podjęcia decyzji. Być może tak samo postępował z Jacentym. Myśl ta pojawiała się coraz częściej i ku własnemu zdziwieniu przestałem się przed nią bronić.

– Panie Godlewski – powiedziałem, kiedy parobek odszedł. – Jak tutaj obchodzi się Boże Narodzenie?

Spojrzał na mnie zaskoczony.

– Normalnie.

– To znaczy?

– Jak wszędzie.

– W Rosji też obchodzi się normalnie.

– Tylko później.

Nie mogłem odmówić mu racji.

– Pytam o dwór.

Godlewski zdjął czapkę i podrapał się po głowie.

– Za pana Jacentego wieczerza była w Wigilię. Służba dostawała opłatki, siano kładło się pod obrusem, po kolacji śpiewano kolędy. Kto chciał, szedł potem na pasterkę.

– A w tym roku?

Spojrzał na mnie dłużej.

– Nie wiem.

– Dlaczego?

– Bo to już pan decyduje.

Odpowiedź była zgodna z prawdą, a jednak zabrzmiała źle.

– Niech będzie jak dawniej.

Godlewski nie poruszył się.

– Dla wszystkich?

– Dla wszystkich.

– Także dla pani Modzelewskiej?

Nie spodziewałem się tego pytania.

– Jeśli zechce.

– To trzeba ją zaprosić.

– Nie wiem, czy powinienem.

– To już nie moje.

I odszedł, zanim zdążyłem odpowiedzieć.

Przez następne dni myślałem o tym więcej, niż sprawa na to zasługiwała. Zaprosić Antoninę do stołu w domu, który jeszcze niedawno należał do niej, wydawało się równie niewłaściwe jak pozostawić ją samą w oficynie, podczas gdy w dworze służba obchodziła święto zgodnie z obyczajem jej rodziny. Każde rozwiązanie mogło być odczytane jako uprzejmość albo upokorzenie, zależnie od tego, z której strony się na nie spojrzało.

Ostatecznie nie wysłałem zaproszenia.

Spotkałem ją przypadkiem kilka dni przed Wigilią przy studni. Rozmawiała z Franciszką, a kiedy mnie zobaczyła, obie zamilkły. Franciszka po chwili odeszła, pozostawiając nas samych.

– Godlewski mówił, że przygotowujecie święta – powiedziała.

– Tak.

– Dobrze.

– Chciałem panią zaprosić.

W jej twarzy pojawiło się napięcie.

– Do dworu?

– Do stołu.

Milczała.

– Nie jako gościa – dodałem, zanim zdążyłem pomyśleć, czy to właściwe słowa. – To znaczy… nie chciałem, żeby zabrzmiało to tak, jakbym zapraszał panią do obcego domu.

Spojrzała na mnie i po raz pierwszy widziałem, jak walczy z uśmiechem.

– A jak miałoby zabrzmieć?

– Nie wiem.

– To może dobrze, że pan nie pisał listu.

Roześmiałem się.

– Pomyślałem dokładnie to samo.

Spoważniała.

– Dziękuję, ale Wigilię spędzę w oficynie z Franciszką. Tak będzie łatwiej.

Nie próbowałem jej przekonywać.

– Rozumiem.

– Czy na pewno?

– Nie. Ale przyjmuję odpowiedź.

Skinęła głową.

– To już dużo.

Rozstaliśmy się bez niezręczności.

Wigilia przyszła wraz z mrozem. Godlewski miał rację. Dwa dni wcześniej temperatura spadła gwałtownie, ziemia stwardniała, a w nocy spadł śnieg, tym razem suchy i lekki. W południe cały majątek wyglądał inaczej. Dachy zabudowań pokryły się bielą, sad zniknął pod cienką warstwą szronu, a droga ku Zambrowowi znów stała się jasna. Od rana w kuchni trwały przygotowania, których z początku nie rozumiałem. Kiedy zapytałem, dlaczego nie podaje się mięsa, kucharka spojrzała na mnie tak, jakbym właśnie zaproponował, żeby podpalić stodołę.

Nie pytałem więcej.

Wieczorem usiadłem przy stole razem z kilkoma osobami ze służby. Godlewski pojawił się w odświętnym ubraniu i przez pierwsze minuty wyglądał na bardziej skrępowanego niż podczas rozmowy z urzędnikiem skarbowym. Na stole leżał opłatek, pod obrusem siano, w półmiskach pojawiły się ryby, kapusta, grzyby i inne potrawy, których nazw nie potrafiłem zapamiętać. Zgodnie z obyczajem łamano się opłatkiem. Kiedy przyszła moja kolej, przez chwilę nie wiedziałem, co powinienem powiedzieć.

Godlewski uratował sytuację.

– Zdrowia, panie Orłow. Reszta sama przyjdzie albo nie.

– Panu również.

Potem podszedł stary Maciej, kucharka, kilka kobiet ze służby i ludzie, których nazwisk jeszcze kilka miesięcy wcześniej nie znałem. Każdy życzył mi zdrowia, spokoju albo dobrego roku. Nikt nie wspominał o polityce, wojnie ani o tym, jak znalazłem się przy tym stole. Przez chwilę byłem po prostu człowiekiem, który siedzi razem z nimi.

Po kolacji zaczęli śpiewać.

Nie znałem większości melodii. Jedna wydawała mi się jednak znajoma, choć nie potrafiłem powiedzieć dlaczego. Była spokojna, powtarzalna, a głosy ludzi w starym salonie brzmiały zupełnie inaczej niż rozmowy przy tym samym stole. Przez moment pomyślałem o swojej żonie w Warszawie, o świętach, które my będziemy obchodzić dopiero za kilkanaście dni, i o absurdzie sytuacji, w której mieszkam w polskim dworze, obchodząc polskie Boże Narodzenie wcześniej niż własne.

Potem pomyślałem o Antoninie.

Zapytałem Godlewskiego, czy w oficynie mają wszystko, czego potrzebują.

– Mają.

– Skąd pan wie?

– Z kuchni poszło.

– Kto kazał?

Spojrzał na mnie zdziwiony.

– Zawsze szło.

Nie było potrzeby dodawać niczego więcej.

Po dziewiątej część ludzi zaczęła szykować się do pasterki. Zaproponowano mi, żebym pojechał razem z nimi. Odmówiłem. Nie czułem się uprawniony do zajmowania miejsca w kościele podczas święta, które nie należało do mojego obrządku, choć nikt poza mną najwyraźniej nie widział w tym problemu. Zostałem sam w gabinecie. Na stole paliła się jedna świeca, w piecu trzaskało drewno, a z podwórza dochodziły odgłosy sań wyjeżdżających ku Zambrowowi.

Wyjąłem z szuflady list od żony.

Czytałem go wcześniej, ale teraz przeczytałem ponownie. Pisała, że zostanie w Warszawie co najmniej do końca stycznia, być może dłużej. Zapraszała mnie, żebym przyjechał na nasze święta. Złożyłem list i schowałem go z powrotem.

Nie miałem ochoty jechać.

Ta myśl zaskoczyła mnie bardziej niż wszystko inne.

Jeszcze kilka miesięcy wcześniej uważałem Wądołki za prowincjonalny majątek, w którym mam obowiązek zaprowadzić porządek, zanim zdecyduję, co zrobić dalej. Teraz po raz pierwszy pomyślałem, że wyjazd wymagałby ode mnie pozostawienia rzeczy niedokończonych. Pola, Godlewskiego, rachunków, napraw i ludzi, których zaczynałem rozpoznawać po głosie. Było to niedorzeczne. Przecież wszystko działało bez mojej pomocy przez wiele lat.

Może właśnie dlatego zaczynało działać również ze mną.

Położyłem się późno.

Koszmar przyszedł niemal natychmiast.

Tym razem nie było początku. Nie biegłem. Nie widziałem lasu. Leżałem już w błocie, a czyjeś dłonie zaciskały się na mojej szyi. Czułem ciężar człowieka siedzącego na piersi, jego kolana wbite w ziemię po obu stronach mojego ciała i gorący oddech spadający mi na twarz. Próbowałem się wyrwać, lecz palce zaciskały się coraz mocniej. Nie było powietrza. Tylko pulsowanie w uszach i narastający ból w gardle.

Uderzyłem.

Nie puścił.

Uderzyłem drugi raz.

Moje palce trafiły w jego usta. Wbiłem je głębiej, odruchowo, rozpaczliwie. Poczułem skórę, zęby, wilgoć. Szarpnąłem.

Krzyk.

Twarz nade mną poruszyła się gwałtownie.

Krew zalała mu lewe oko.

I wtedy zobaczyłem coś jeszcze.

Na jego szyi błysnął cienki łańcuszek.

Nie twarz.

Nie mundur.

Tylko złoto.

Wyciągnąłem rękę.

Obudziłem się, zanim go dotknąłem.

Przez kilka chwil siedziałem nieruchomo, próbując zrozumieć, gdzie jestem. Pokój był ciemny, lecz nie zupełnie. Śnieg za oknem odbijał światło księżyca i na podłodze leżał jasny prostokąt. Dotknąłem gardła. Skóra była mokra od potu. Potem przesunąłem palcami po lewej skroni.

Bolała.

Nie był to silny ból. Raczej stary, znajomy ucisk, który czasem pojawiał się przy zmianie pogody albo po nieprzespanej nocy. Tym razem jednak wystarczył, bym znów zobaczył tamten błysk.

Łańcuszek.

Nie pamiętałem go wcześniej.

Próbowałem ponownie zasnąć, lecz przez długi czas leżałem z otwartymi oczami. W końcu wstałem, narzuciłem płaszcz i wyszedłem przed dwór.

Noc była jasna i bardzo zimna. Śnieg skrzypiał pod butami, z kominów oficyny unosił się cienki dym, a gdzieś daleko, od strony Zambrowa, dobiegały jeszcze pojedyncze dźwięki dzwonów. Stałem na ganku i słuchałem ich, choć nie wiedziałem, czy biją jeszcze po pasterce, czy dźwięk tylko niesie się długo w mroźnym powietrzu.

W jednym z okien oficyny paliło się światło.

Nie wiedziałem, czy Antonina nie śpi, czy może Franciszka zapomniała zgasić lampę.

Przez chwilę pomyślałem o człowieku, na którego nadal czekała.

Potem o dłoniach z mojego snu.

Styczeń 1866

Styczeń przyszedł z mrozem, który utrzymywał się przez kilka tygodni, jakby zima chciała wynagrodzić sobie łagodny początek. Śnieg skrzypiał pod nogami, drzewa stały nieruchome w białej szacie, a nocą mróz ścinał wodę w wiadrach pozostawionych przy stajni tak mocno, że rano trzeba było rozbijać lód siekierą. W oficynie paliłam więcej drewna niż zwykle, a mimo to ściany oddawały chłód jeszcze długo po rozpaleniu pieca. Zdarzało się, że budziłam się nad ranem i przez kilka minut leżałam nieruchomo, wsłuchując się w trzask drewna oraz odległe dźwięki dochodzące od strony dworu. Nie wiedziałam, kiedy przywykłam do tego, że Orłow mieszka tak blisko.

Po grudniowej rozmowie widywaliśmy się rzadziej. Zima ograniczała wyjazdy i sprawiała, że ludzie zamykali się w swoich domach, a sprawy gospodarskie przechodziły niemal całkowicie przez ręce Godlewskiego. Czasami spotykałam Orłowa na podwórzu, kiedy wychodził ze stajni albo wracał z krótkiego objazdu, lecz nasze rozmowy ograniczały się do kilku zdań. Nie było w tym niezręczności. Raczej coś w rodzaju ostrożności dwojga ludzi, którzy już raz powiedzieli sobie więcej, niż zamierzali, i teraz nie wiedzieli jeszcze, czy powinni zrobić następny krok.

Zauważyłam jednak zmianę. Nie w nim, a w sobie.

Kiedyś widok rosyjskiego munduru na ganku wystarczyłby, abym poczuła niechęć. Teraz częściej najpierw widziałam człowieka, dopiero potem mundur. Było to niewygodne odkrycie, bo znacznie łatwiej było nienawidzić rzeczy prostych. Mundur symbolizował władzę, która odebrała mi dom, zesłała ludzi, konfiskowała majątki i zamykała usta tym, którzy jeszcze niedawno mieli odwagę mówić głośno. Człowiek natomiast potrafił być zmęczony, samotny, uczciwy albo głupi, niezależnie od barwy sukna, które nosił.

Dwudziesty drugi stycznia wypadał w poniedziałek.

Pamiętałam tę datę bez kalendarza.

Dwa lata wcześniej wszystko zaczęło się właśnie wtedy, choć wtedy jeszcze nikt nie wiedział, jak długo potrwa ani jak wiele zabierze. Powstanie miało być początkiem. Dla wielu stało się końcem.

Rano pojechałam do Zambrowa. Nie planowałam żadnego nabożeństwa za poległych ani spotkania z ludźmi, którzy pamiętali tamten dzień. Chciałam jedynie odebrać listy i kilka rzeczy zamówionych wcześniej przez Franciszkę. Mimo to od pierwszych chwil na rynku czułam, że data nie jest całkiem zwyczajna. Nie dlatego, że ktoś o niej mówił. Właśnie przeciwnie. Ludzie zdawali się mówić mniej.

Chłopi stali przy wozach, poprawiali uprzęże i targowali się o ceny siana. Żydowscy kupcy otwierali sklepy jak każdego poniedziałku, kobiety przechodziły z koszami pod ramieniem, a z piekarni pachniało świeżym chlebem. Ktoś przyprowadził na sprzedaż wychudzoną krowę, kilku chłopców ciągnęło sanki po zamarzniętej koleinie, dwóch urzędników wyszło z magistratu, rozmawiając po rosyjsku o czymś, co najwyraźniej nie miało nic wspólnego z historią. Z pozoru wszystko było zwyczajne.

A jednak ludzie pamiętali.

W kościele było więcej osób niż w zwykły poniedziałek. Nie odprawiano żadnej uroczystej mszy, nie padło ani jedno słowo o rocznicy, lecz w bocznych ławkach siedzieli ci sami ludzie, których widywałam na nabożeństwach za poległych. Kobiety modliły się dłużej, kilku starszych mężczyzn klęczało z pochylonymi głowami, a proboszcz podczas kazania mówił o cierpliwości i próbie, która nie zawsze kończy się tam, gdzie człowiek się tego spodziewa.

Nie wymienił Polski.

Nie musiał.

Po nabożeństwie zatrzymałam się na chwilę przed kościołem. Ludzie wychodzili szybko, nie tworząc grup jak dawniej. Każdy miał świadomość, że w mieście są oczy i uszy, które potrafią zapamiętać nie tylko słowa, lecz także to, kto z kim rozmawia.

Mustafa Jakubowski zauważył mnie pierwszy.

Stał kilka kroków od wejścia do magistratu, w ciemnym płaszczu i futrzanej czapce, rozmawiając z jakimś starszym człowiekiem. Kiedy skończyli, skinął mi głową i podszedł.

– Pani Modzelewska.

– Panie burmistrzu.

Przez chwilę wymieniliśmy zwyczajne uprzejmości. Zapytał o drogę, o zimę w Wądołkach, ja o zdrowie jego matki, którą widziałam kiedyś podczas nabożeństwa. Dopiero kiedy ruszyliśmy powoli w stronę rynku, spojrzał na mnie uważniej.

– Dziś więcej ludzi w kościele.

– Zauważyłam.

– Ja również.

Nie powiedział nic więcej.

– Pan pamięta? – zapytałam.

Zawahał się tylko na moment.

– Trudno byłoby nie pamiętać.

– A jednak wszyscy udają, że to zwykły poniedziałek.

– Bo dla większości ludzi jest.

Spojrzałam na niego.

– Naprawdę?

– Dla chłopa, który musi nakarmić bydło, dla kupca, który chce sprzedać towar, dla kobiety, która ma chore dziecko, każda rocznica przychodzi dopiero po codziennych obowiązkach. Historia wymaga czasu, a życie zwykle go nie daje.

Była to odpowiedź chłodna, ale nie bezduszna. Przez chwilę pomyślałam o Godlewskim i jego sposobie mówienia o rzeczach ważnych tak, aby nigdy nie brzmiały jak sentencje.

– A dla pana?

Mustafa spojrzał w stronę magistratu.

– Dla mnie to również poniedziałek.

Po chwili dodał:

– Tylko trochę trudniejszy.

Nie pytałam dalej.

Dopiero przed wejściem do kancelarii przypomniałam sobie o sprawie, która od miesięcy nie dawała mi spokoju.

– Panie burmistrzu… czy przyszło coś jeszcze w sprawie Modzelewskiego?

Twarz Mustafy spoważniała.

– Nie.

Nie ukrywał odpowiedzi za urzędowymi formułami.

– Nic?

– Nic, co pozwoliłoby coś potwierdzić. W kolejnych wykazach nazwisko się nie pojawiło. To nie znaczy, że wcześniejszy zapis był błędny.

– Ale też nie znaczy, że był prawdziwy.

– Niestety.

Skinęłam głową.

Powinnam była już przywyknąć.

Nie przywykłam.

Mustafa otworzył drzwi do magistratu, ale zanim wszedł, zatrzymał się jeszcze.

– Pani Modzelewska…

– Tak?

– Gdybym miał pewną wiadomość, nie czekałbym, aż pani przyjedzie.

Spojrzałam na niego.

– Wiem.

I rzeczywiście wiedziałam.

To wystarczyło.

Wracałam do Wądołek późnym popołudniem. Mróz zelżał trochę, lecz niebo zasnuły chmury, a droga wśród pól miała kolor brudnej bieli. Woźnica siedział zgarbiony, co jakiś czas poprawiał kołnierz i poganiał konie cichym cmokaniem. Ja patrzyłam na przesuwające się pola i myślałam o tamtym pierwszym styczniu powstania, kiedy jeszcze wszystko było przed nami.

Pamiętałam Jacentego z tamtych dni lepiej niż z ostatnich tygodni przed jego zniknięciem.

Był wtedy pobudzony, niespokojny, pełen energii. Mówił o rzeczach, które wcześniej wydawały mi się dalekie, jakby nagle stały się osobiste. O Warszawie, brance, oddziałach zbierających się po lasach, o ludziach, którzy nie mogą już dłużej czekać. Ja słuchałam z coraz większym niepokojem, bo za każdym zdaniem wyczuwałam decyzję, której jeszcze nie wypowiedział.

– I co z tego będzie? – zapytałam któregoś wieczoru.

– Nie wiem.

– To po co?

Pamiętałam jego spojrzenie.

– Bo czasem człowiek robi coś nie dlatego, że wie, jaki będzie wynik.

– Tylko dlatego, że chce przegrać?

Zdenerwował się wtedy.

– Nie rozumiesz.

– Rozumiem aż za dobrze.

To była jedna z naszych ostatnich prawdziwych kłótni.

Przez długi czas miałam do siebie żal, że właśnie te słowa pamiętam tak dobrze. Powinnam była zapamiętać coś innego. Jego śmiech, sposób, w jaki brał mnie za rękę, kiedy byliśmy sami, albo to, jak narzekał na rachunki Godlewskiego. Tymczasem pamięć zachowała również rzeczy niepotrzebne, ostre, niedokończone.

Po powrocie zastałam Orłowa na podwórzu. Stał przy sankach z Godlewskim i oglądał pęknięty fragment uprzęży. Kiedy mnie zauważył, podszedł.

– Droga dobra?

– Znośna.

– W Zambrowie spokojnie?

Zastanowiło mnie pytanie.

– A dlaczego miałoby być niespokojnie?

Wzruszył ramionami.

– Dziś rocznica.

Zatrzymałam się.

– Pan pamięta?

– Pamiętam daty związane ze służbą.

Odpowiedź była sucha, niemal wojskowa. Mimo to poczułam coś na kształt zawodu, choć sama nie wiedziałam dlaczego.

– Dla pana to tylko data?

Spojrzał na mnie.

– A dla pani?

– Dzień, od którego wszystko zaczęło się kończyć.

Nie odpowiedział od razu.

Godlewski, który najwyraźniej uznał, że rozmowa przestała dotyczyć uprzęży, oddalił się w stronę stajni.

– Dla nas nazywano to buntem – powiedział Orłow.

– Wiem.

– Rebelią.

– To również wiem.

– A pani nazywa powstaniem.

– Tak.

– I żadne z nas nie zmieni drugiego słowa.

Spojrzałam na niego uważnie.

– Nie sądzę, żeby było po co.

– Ja też nie.

Przez chwilę staliśmy w ciszy.

– W kościele było dziś więcej ludzi – powiedziałam.

– Modlili się za powstańców?

– Nikt tego nie powiedział.

– Właśnie dlatego pytam.

Nie usłyszałam w jego głosie drwiny.

– Pewnie tak.

Orłow skinął głową.

– W cerkwiach ludzie również modlą się za swoich.

– Swoich?

– Za żołnierzy.

– Czyli za tych, którzy do nas strzelali.

– Tak.

Odpowiedział spokojnie.

Przez chwilę poczułam dawny gniew, szybki i znajomy, lecz równie szybko ustąpił miejsca czemuś innemu.

– A pan? – zapytałam. – Za kogo się pan modli?

Zaskoczyłam go.

– Nie wiem.

– To dość dziwne.

– Dawniej wiedziałem.

Nie pytałam, co się zmieniło.

Nie musiałam.

Spojrzał gdzieś ponad moim ramieniem, w stronę sadu.

– Wojna upraszcza ludzi – powiedział po chwili. – Dopóki trwa, człowiek wie, kto jest po której stronie. Trudniejsze rzeczy zaczynają się później.

– Kiedy trzeba z nimi mieszkać?

Spojrzał na mnie.

– Na przykład.

Pierwszy raz od dawna uśmiechnęłam się bez wysiłku.

Orłow również.

Nie było w tym nic więcej.

I właśnie dlatego zapamiętałam tę chwilę.

Wieczorem Franciszka przyniosła mi herbatę i długo krzątała się przy piecu, chociaż wszystko było już zrobione. Wiedziałam, że chce coś powiedzieć.

– Co się stało?

– Nic.

– Więc?

Usiadła na brzegu krzesła.

– Ludzie mówią, że pan Orłow źle sypia.

Spojrzałam na nią.

– Ludzie zawsze coś mówią.

– Służący widział go kilka razy w nocy na ganku. Chodzi. Potem wraca. Raz podobno…

Urwała.

– Co?

– Krzyczał przez sen.

Nie odpowiedziałam.

– Pani Antonino…

– Franciszko, nie będziemy rozmawiać o tym, jak śpi pan Orłow.

– Ja tylko mówię.

– Wiem.

Wstała i poprawiła drewno w piecu, choć nadal nie było takiej potrzeby.

Kiedy wyszła, przez dłuższą chwilę siedziałam przy stole.

Nie powinnam była o tym myśleć.

A jednak pomyślałam o pytaniu, które zadałam mu po południu.

Za kogo się pan modli?

I o jego odpowiedzi.

Dawniej wiedziałem.

Tego wieczoru długo nie mogłam zasnąć. Nie z powodu Jacentego, choć jak zawsze gdzieś na granicy myśli znajdowała się jego twarz, droga i wszystkie wiadomości, które przez dwa lata niczego nie wyjaśniły. Myślałam również o ludziach z kościoła, o Mustafie, o księdzu, który rok wcześniej bał się o swój kościół, i o Orłowie spacerującym nocą po ganku domu otrzymanego za służbę państwu.

Dwa lata wcześniej świat wydawał mi się prostszy.

Byli nasi i byli oni.

Tamtego styczniowego wieczoru po raz pierwszy pomyślałam, że być może największą krzywdą wojny nie jest nawet to, że ludzie do siebie strzelają.

Najgorsze zaczyna się wtedy, kiedy przestają umieć zobaczyć w przeciwniku człowieka.

I nie byłam już pewna, czy chcę dalej żyć w świecie podzielonym tak łatwo.

Z zapisu lekarza wojskowego. Łomża, grudzień 1863 roku

Mężczyzna w wieku powyżej lat czterdziestu, przywieziony nieprzytomny przez patrol wojskowy. Rana tłuczona w okolicy lewej skroni, liczne stłuczenia barków i klatki piersiowej, otarcia twarzy. Stan ciężki. Tożsamości ustalić nie zdołano.

Po czternastu dniach chory odzyskał przytomność. Nie potrafi podać nazwiska, miejsca pochodzenia ani okoliczności, w jakich odniósł obrażenia. Nie rozpoznaje również przedmiotów znalezionych przy jego odzieży.

Pamięta jedynie fragment walki z nieznanym mężczyzną: błoto, ucisk dłoni na gardle, krew oraz silne uderzenie w lewą skroń.

Pamięć wydarzeń wcześniejszych i późniejszych pozostaje nieobecna.

Marzec 1866

Zima ustępowała niechętnie, jakby po kilku miesiącach panowania nie chciała pogodzić się z myślą, że jej czas dobiega końca. W połowie marca śnieg leżał jeszcze w zagłębieniach pól i pod północnymi ścianami budynków, choć na drogach dawno zamienił się w brunatną breję, przez którą konie szły ciężko, zapadając się niemal po pęciny. W południe z dachów kapała woda, nocą mróz ścinał ją ponownie i rankiem pod okapami wisiały sople, każdego dnia krótsze i bardziej przejrzyste. Na południowym skraju sadu ziemia zaczęła już pachnieć wilgocią, a pod warstwą zeszłorocznych liści Franciszka znalazła pierwsze zielone pędy, których nie potrafiła rozpoznać, lecz nie przeszkodziło jej to przez pół dnia opowiadać wszystkim, że wiosna już idzie, jakby otrzymała tę wiadomość bezpośrednio od Pana Boga.

Lubiłam ten czas, może nawet bardziej niż samą wiosnę. Świat nie był jeszcze zielony, drzewa pozostawały nagie, a ziemia wyglądała brzydko, rozmokła i poorana strugami brudnej wody, lecz wszędzie pojawiały się drobne oznaki zmiany. Ptaki odzywały się rano coraz głośniej, ludzie wychodzili z domów częściej i zatrzymywali się na podwórzu bez wyraźnej potrzeby, jakby po miesiącach zamknięcia chcieli wreszcie zobaczyć coś więcej niż cztery ściany własnej izby. Godlewski zaczął mówić o zasiewach, oglądał ziarno, sprawdzał narzędzia, kłócił się z kowalem o lemiesze i niemal codziennie spoglądał na niebo, choć pytany o pogodę nadal odpowiadał tak ostrożnie, jakby wszelkie przepowiednie były grzechem przeciwko rozsądkowi. Dwór również zaczynał się budzić, ale odbywało się to powoli, bez dawnego rozmachu, jakby nawet gospodarstwo pamiętało jeszcze, że nie wszystko wróciło na swoje miejsce.

Właśnie przy kuźni spotkałam któregoś dnia Orłowa. Stał z Godlewskim nad pługiem, którego drewniana część pękła podczas jesiennej orki, i obaj byli tak zajęci oglądaniem uszkodzenia, że przez chwilę żaden mnie nie zauważył. Orłow uważał, że należy zrobić nowy, Godlewski natomiast twierdził, że stary posłuży jeszcze przynajmniej jeden sezon, jeśli tylko kowal dobrze wzmocni pęknięcie. Przysłuchiwałam się im przez chwilę, aż w końcu przypomniałam ekonomowi, że jeszcze niedawno przy podobnej okazji opowiadał się za kupnem nowego dyszla.

– Bo wtedy płacił Skarb – odpowiedział z powagą, która natychmiast zdradziła mi, że doskonale zdaje sobie sprawę z komizmu własnych słów. – Teraz płaci pan Orłow, więc trzeba się zastanowić.

Orłow roześmiał się pierwszy, ja chwilę po nim, a Godlewski spojrzał na nas z miną człowieka, który nie rozumie, dlaczego rozsądne gospodarowanie pieniędzmi stało się nagle powodem do żartów. Ostatecznie zabrał pług do kuźni, oznajmiając, że skoro właściciel nie potrafi podjąć właściwej decyzji, trzeba będzie zrobić to za niego. Orłow patrzył za nim jeszcze przez chwilę, po czym ruszył ze mną w stronę dworu, starannie omijając największe kałuże.

– Zauważyłem, że kiedy Godlewski mówi można naprawić, oznacza to zwykle, że naprawi bez względu na moje zdanie – powiedział.

– Zaczyna go pan rozumieć. Mnie zajęło to kilka lat, więc osiem miesięcy nie jest złym wynikiem.

– To pocieszające. Obawiałem się już, że do końca życia będę tylko podpisywał decyzje, które podjął dzień wcześniej.

– Jacenty mawiał, że właściciel Wądołek jest od tego, żeby Godlewski miał komu wyjaśnić, dlaczego zrobił coś inaczej, niż mu polecono.

Imię męża wypowiedziałam zupełnie naturalnie i dopiero po chwili zdałam sobie z tego sprawę. Dawniej podobne wspomnienie wystarczyłoby, żebym zamilkła albo zmieniła temat, teraz jednak pojawiło się między nami bez bólu, który natychmiast odbierał ochotę do dalszej rozmowy. Orłow również nie spoważniał przesadnie i nie przybrał owej szczególnej miny ludzi, którzy słysząc imię zaginionego, czują się zobowiązani do okazania współczucia. Uśmiechnął się tylko i powiedział, że w takim razie najwyraźniej niewiele się w Wądołkach zmieniło.

Podobne rozmowy zdarzały się nam od pewnego czasu coraz częściej. Nie umawialiśmy się na nie i żadne z nas nie szukało drugiego, przynajmniej tak wówczas sądziłam. Spotykaliśmy się przy stajni, w sadzie, czasem na drodze prowadzącej ku wsi, i zamiast wymienić kilka uprzejmych zdań, zatrzymywaliśmy się na dłużej. Rozmowa zaczynała się zwykle od gospodarstwa albo pogody, później jednak schodziła na rzeczy niemające z Wądołkami nic wspólnego. Zaczęłam dowiadywać się o nim rzeczy, których nie znajdowało się w urzędowych dokumentach, on zaś, ku mojemu zdziwieniu, był ciekaw świata, który istniał poza granicami jego służby.

Tego dnia, kiedy dochodziliśmy już do dworu, zapytał niespodziewanie, czy znam francuski. Odpowiedziałam, że trochę, na tyle, żeby czytać bez ciągłego zaglądania do słownika, choć z mówieniem radzę sobie znacznie gorzej. Orłow stwierdził, że jego znajomość języka wystarcza głównie do udawania człowieka wykształconego, na co zapytałam, czy rzeczywiście udaje mu się kogokolwiek oszukać.

– Dotąd nikt nie miał odwagi powiedzieć mi prawdy – odparł, po czym wskazał głową na dwór. – Znalazłem w bibliotece kilka francuskich książek i nie wiem, które należały do pani, a które do męża.

Rousseau i Voltaire należeli do Jacentego, choć tego drugiego czytałam częściej od niego. Kiedy jednak Orłow wymienił Revenant, przyznałam, że książka jest moja. Wyraźnie go to zaskoczyło i nie potrafił tego ukryć, więc zapytałam, dlaczego nie spodziewał się po mnie podobnej lektury. Przez chwilę szukał odpowiedzi wystarczająco uprzejmej, aż w końcu przyznał, że wyobrażał mnie sobie jako osobę bardziej tradycyjną.

– To bardzo dobre słowo, panie Orłow. Podejrzewam tylko, że nie było pierwszym, które przyszło panu do głowy.

– Pierwszego przezornie nie wypowiem.

– W takim razie sama sobie dopowiem, a zapewniam pana, że moja wersja będzie znacznie gorsza.

Roześmiał się, po czym pożegnaliśmy się przed gankiem. Dopiero wracając do oficyny, uświadomiłam sobie, że przez kilkanaście minut rozmawialiśmy, nie wspominając ani o konfiskacie, ani o Rosji, ani nawet, poza jednym zdaniem, o Jacentym. Nie wydarzyło się nic niezwykłego, a jednak właśnie dlatego tamta rozmowa została ze mną na resztę dnia. Była zwyczajna, a zwyczajność stała się czymś, czego od dawna mi brakowało.

Przez ostatnie dwa lata niemal każdy człowiek rozmawiał ze mną jak z osobą naznaczoną nieszczęściem. Pytano, czy mam wiadomości, czy wiem coś o Jacentym, czy otrzymałam odpowiedź z urzędu, dokąd się przeniosę i czy krewni zgodzili się mnie przyjąć. Nawet ludzie naprawdę mi życzliwi nie potrafili już zobaczyć we mnie niczego poza kobietą, której mąż zaginął, a majątek skonfiskowano. Najgorsze było jednak to, że z czasem sama zaczęłam patrzeć na siebie podobnie, jakby wszystko, czym byłam wcześniej, zostało unieważnione przez jedną decyzję Jacentego i kilka podpisów rosyjskich urzędników. Orłow natomiast zapytał mnie o książkę i być może właśnie dlatego tak długo pamiętałam tę rozmowę.

Kilka dni później książka wróciła do mnie. Orłow nie przyniósł jej osobiście, lecz spotkał Franciszkę przed oficyną i poprosił, żeby mi ją przekazała. Był to stary tom Hugo, który przed laty dostałam od ojca, a na pierwszej stronie nadal znajdował się jego podpis i data. Nie pamiętałam nawet, że książka została w bibliotece, a kiedy przesunęłam palcem po wyblakłym atramencie, poczułam coś zupełnie innego niż przy wspomnieniach Jacentego. Ojciec należał do świata zamkniętego i uporządkowanego przez śmierć. Mogłam za nim tęsknić, ale nie musiałam czekać.

Wieczorem poszłam do dworu, po raz pierwszy od konfiskaty robiąc to z własnej woli. Służący chciał zaprowadzić mnie do gabinetu, lecz znałam przecież drogę lepiej od niego i sama zatrzymałam się przed drzwiami. Przez moment wrócił dawny opór, bo za nimi znajdował się pokój Jacentego, jego biurko, książki i fotel, w którym siadywał wieczorami, kiedy kończył przeglądanie rachunków. Zapukałam jednak i weszłam, gdy usłyszałam głos Orłowa.

Siedział przy biurku, ale na mój widok natychmiast wstał. Położyłam książkę przed nim i powiedziałam, że przyszłam podziękować, choć właściwie oddał mi tylko coś, co od początku należało do mnie. Orłow odpowiedział, że zauważył podpis i dlatego uznał, iż książka nie powinna pozostać w bibliotece bez mojej wiedzy. Rozmawiając, rozejrzałam się po gabinecie i dopiero wtedy zauważyłam, jak niewiele się w nim zmieniło. Pojawiło się kilka rosyjskich książek, na parapecie leżała fajka Orłowa, dokumenty ułożono inaczej, lecz dubeltówka Jacentego nadal wisiała na ścianie, jakby jej właściciel miał po nią kiedyś wrócić.

Orłow dostrzegł moje spojrzenie i zaproponował, żebym ją zabrała. Odmówiłam, choć nie potrafiłam od razu powiedzieć dlaczego. Może zabieranie kolejnych rzeczy oznaczało rozbieranie dawnego życia na przedmioty, a ja nie chciałam jeszcze urządzać w oficynie muzeum własnej przeszłości. Książkę potrafiłam wziąć do ręki i uznać za swoją, dubeltówka natomiast należała do świata, w którym Jacenty rano wychodził z domu, wracał przed wieczorem i stawiał broń w kącie, zanim Franciszka zdążyła zwrócić mu uwagę, że wnosi błoto do sieni. Nie chciałam jej obok własnego łóżka ani nad stołem, przy którym jadłam samotne kolacje.

Na niewielkim stoliku przy oknie leżał otwarty album z rycinami Petersburga. Zobaczyłam szeroką Newę, gmach Admiralicji, mosty i pałace tak odmienne od wszystkiego, co znałam, że przez chwilę zapomniałam o dubeltówce wiszącej za moimi plecami. Orłow mieszkał tam przez kilka lat i kiedy zaczęłam pytać, okazało się, że potrafi opowiadać o mieście bez urzędowej dumy Rosjanina przekonanego, że stolica imperium musi zachwycać każdego. Narzekał na zimę, błoto i wiatr od rzeki, a zaraz potem mówił o białych nocach z takim przejęciem, że nie mogłam pogodzić jednego obrazu z drugim.

Opowiadał również o Ermitażu i obrazach, przed którymi ludzie potrafili stać przez długi czas, choć on sam nie zawsze rozumiał dlaczego. Kiedy zapytałam, czy lubi malarstwo, odpowiedział odruchowo, że się na nim nie zna, co wydało mi się odpowiedzią na zupełnie inne pytanie. Zwróciłam mu na to uwagę, a wtedy przez chwilę patrzył na jedną z rycin, jakby szukał na niej właściwych słów.

– W takim razie lubię – przyznał wreszcie. – Chyba łatwiej człowiekowi powiedzieć, że się na czymś nie zna, niż przyznać, że coś go wzrusza.

Nie zabrzmiało to jak żart, dlatego również nie próbowałam żartować. Rozmawialiśmy dalej o obrazach, książkach i miastach, których nigdy nie widziałam, potem o Warszawie, którą znałam lepiej od niego, i o Wilnie, w którym on spędził trochę czasu. W pewnej chwili zaczęliśmy zastanawiać się, dlaczego człowiek tęskni za miejscami, a kiedy po latach do nich wraca, często odkrywa, że bardziej tęsknił za sobą samym z tamtego czasu niż za ulicami czy domami. Nie wiem, jak długo trwała rozmowa, lecz kiedy spojrzałam na okno, światło na podwórzu miało już barwę późnego popołudnia.

Dopiero wtedy zauważyłam, że Orłow wygląda źle. Cienie pod oczami były ciemniejsze niż zwykle, twarz wydawała się szczuplejsza, a kiedy sięgnął po książkę leżącą na biurku, jego dłoń lekko zadrżała. Przypomniałam sobie słowa Franciszki o nocnych spacerach i krzykach dochodzących czasem z sypialni, choć nie zamierzałam zdradzać, że służba mówi o jego snach.

– Źle pan sypia? – zapytałam.

Orłow zatrzymał rękę nad książką i przez chwilę patrzył na mnie z takim zaskoczeniem, że natychmiast zrozumiałam, iż pytanie dotknęło czegoś, czego pilnie strzegł. Zapytał, kto mi powiedział, a ja odparłam, że nikt, bo przecież wystarczy spojrzeć na jego twarz, żeby zauważyć zmęczenie. Próbował obrócić wszystko w żart i zasłonić się wiekiem, ale nie pozwoliłam mu uciec tak łatwo, zwłaszcza że nie był przecież człowiekiem starym.

– Czasem mam sny – przyznał w końcu. – Nic niezwykłego. Ludzie, którzy byli na wojnie, miewają je częściej od innych.

– O wojnie?

Zawahał się i właśnie to zawahanie zainteresowało mnie bardziej niż odpowiedź. Powiedział, że chyba tak, choć sam nie potrafi rozpoznać miejsc ani ludzi, którzy się w nich pojawiają. Sny wracały od dawna, lecz ostatnio przychodziły częściej i były wyraźniejsze, jakby pamięć zamiast zacierać obrazy z każdym rokiem, robiła coś dokładnie odwrotnego.

– Od kiedy? – zapytałam.

Odwrócił wzrok ku oknu, za którym marcowy dzień gasł nad podwórzem.

– Od przyjazdu tutaj.

Poczułam chłód, choć w piecu palił się ogień. Przez chwilę miałam ochotę zapytać, co właściwie widzi w tych snach i dlaczego łączy ich powrót z Wądołkami, lecz sposób, w jaki zacisnął dłoń na oparciu krzesła, powstrzymał mnie przed kolejnym pytaniem. Po raz pierwszy zobaczyłam w nim coś więcej niż zmęczenie. Nie był to jeszcze strach, przynajmniej nie taki, jaki człowiek okazuje wobec rzeczy istniejącej naprawdę, ale niepokój kogoś, kto zaczyna podejrzewać własną pamięć o ukrywanie czegoś ważnego.

Orłow przeprosił, że zajmuje mnie swoimi snami, choć przecież sam o nich wspomniał. Powiedziałam mu, żeby nie przepraszał, i na tym zakończyłam rozmowę. Kiedy wychodziłam, przypomniałam sobie jednak nasze styczniowe spotkanie i jego słowa o tym, że wojna upraszcza ludzi, więc zatrzymałam się jeszcze w drzwiach.

– Może sny robią odwrotnie – powiedziałam.

– Co pani ma na myśli?

– Nie wiem. Być może przypominają to, co człowiek bardzo chciał uprościć, żeby móc z tym żyć.

Tym razem nie odpowiedział. Stał przy biurku Jacentego i patrzył na mnie tak długo, że sama zaczęłam żałować własnych słów. W końcu skinął tylko głową, a ja wyszłam, pozostawiając go w pokoju, który należał kiedyś do człowieka zaginionego podczas tej samej wojny, o której Orłow nie chciał pamiętać.

Przez następne dni nie spotkaliśmy się ani razu, lecz wiosna zaczęła przychodzić coraz szybciej. Śnieg zniknął z pól, ziemia rozmiękła, struga wezbrała i Godlewski przez dwa dni chodził ponury, ponieważ woda podmyła fragment drogi, który kazał naprawić jeszcze jesienią. Na południowej ścianie oficyny pojawiły się pierwsze muchy, któregoś ranka usłyszałam skowronka, a w sadzie zielone pędy znalezione przez Franciszkę przestały być osobliwością. Wądołki budziły się po zimie tak samo jak każdego roku, nie pytając, kto jest ich właścicielem i czy ludzie mieszkający pod jednym dachem potrafią pogodzić się z tym, co wydarzyło się wcześniej.

Któregoś popołudnia zobaczyłam Orłowa z okna. Stał samotnie na skraju sadu, w miejscu, gdzie rozmawialiśmy w listopadzie, i patrzył gdzieś pomiędzy drzewa. Nie wiem, dlaczego wyszłam, choć kiedy później o tym myślałam, próbowałam przekonać samą siebie, że chciałam tylko zaczerpnąć powietrza. Usłyszał moje kroki, zanim podeszłam, i odwrócił się, a potem oboje spojrzeliśmy na ziemię, z której spomiędzy zeszłorocznych liści wychodziły pierwsze źdźbła trawy.

– Franciszka miała rację – powiedziałam. – Wiosna przyszła, chociaż Godlewski zapewne nadal będzie twierdził, że za tydzień wróci mróz.

– Godlewski nie ufa nawet wiośnie – odpowiedział Orłow. – Zaczynam uważać, że właśnie dlatego tak dobrze zarządza Wądołkami.

Ruszyliśmy powoli pomiędzy drzewami. Sad był jeszcze nagi, miejscami błotnisty i pozbawiony urody, którą miał odzyskać dopiero za kilka tygodni, ale znałam go w każdej porze roku i wiedziałam, jak szybko się zmieni. Pokazałam Orłowowi starą jabłoń, którą Jacenty od lat chciał wyciąć, a Godlewski co roku bronił przed siekierą, ponieważ mimo spróchniałego pnia nadal rodziła najlepsze renety. Opowiedziałam o dwóch gruszach posadzonych jeszcze przez ojca Jacentego i o miejscu, gdzie dawniej stała altana, zanim jedna z wichur przewróciła ją tak skutecznie, że nikt nie zdecydował się jej odbudować. Orłow słuchał, czasami pytał, i dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że oprowadzam obecnego właściciela po jego własnym sadzie.

Ta myśl powinna była mnie zaboleć. Zamiast tego wydała mi się tylko osobliwa.

– Kiedyś nie przypuszczałam, że będę z panem tutaj spacerować – powiedziałam.

– Ja również nie.

– Pan nawet nie wiedział, że ten sad istnieje. Ani Wądołki.

– To prawda.

Spojrzałam na niego, a potem na dwór widoczny pomiędzy gałęziami. Przez tyle miesięcy wydawało mi się, że to ja jestem osobą przywiązaną do tego miejsca, podczas gdy Orłow pozostaje jedynie człowiekiem przysłanym tutaj przez historię. Teraz nie byłam już tego pewna. Znał imiona ludzi, wiedział, które pole pierwsze wysycha po roztopach, nauczył się spierać z Godlewskim i przestał pytać, dlaczego droga do Zambrowa wygląda tak, jak wyglądała zapewne od pokoleń.

– A jednak zamieszkał pan właśnie tutaj – powiedziałam.

Zatrzymał się na chwilę. Nie odpowiedział od razu, lecz spojrzał na mnie tak, jakby w tych słowach znalazł pytanie, którego sama nie zamierzałam zadawać. W końcu powtórzył cicho, że jednak tutaj, i ruszyliśmy dalej, nie próbując już tego wyjaśniać.

Długo później myślałam o tamtym spacerze i zastanawiałam się, kiedy właściwie zmieniło się moje życie. Nie stało się to podczas jednej rozmowy ani jednego spotkania, nie było chwili, którą mogłabym wskazać palcem i powiedzieć, że właśnie wtedy przestałam jedynie czekać. Nadal każdego dnia myślałam o Jacentym i nadal nasłuchiwałam, gdy ktoś obcy przyjeżdżał drogą od Zambrowa, bo część mnie wciąż wierzyła, że kiedyś usłyszę wiadomość kończącą dwa lata niepewności. Jednocześnie jednak po raz pierwszy zaczynałam zauważać, że pomiędzy jednym oczekiwaniem a drugim istnieją dni, których nie można bez końca odkładać na później.

Wiosna przychodziła do Wądołek bez względu na to, czy byłam na nią gotowa. Drzewa miały zakwitnąć, pola zostać obsiane, struga wrócić do brzegów, a stare jabłonie po raz kolejny wypuścić liście. Świat nie domagał się ode mnie, żebym zapomniała o Jacentym, i być może dopiero wtedy zaczęłam rozumieć, że pamięć nie musi oznaczać bezruchu. Można było czekać i jednocześnie iść dalej, choć jeszcze kilka miesięcy wcześniej uznałabym takie zdanie za zdradę.

Nie wiedziałam, dokąd mnie to zaprowadzi.

Po raz pierwszy od bardzo dawna nie potrzebowałam wiedzieć.

Czerwiec 1866

Lato przyszło wcześnie. Sad po raz kolejny okrył się białym kwieciem, a pola falowały świeżą zielenią, która z każdym tygodniem nabierała coraz głębszego koloru. Zdumiewało mnie to nieustanne odradzanie się świata. Odkąd zamieszkałem w Wądołkach, po raz drugi widziałem, jak przyroda zaczyna wszystko od nowa, jakby nie pamiętała ani wojny, ani konfiskaty, ani ludzi, którzy przez te dwa lata odeszli lub utracili wszystko, co było dla nich najważniejsze. Tylko człowiek nosił w sobie pamięć. Ziemia nie znała żałoby.

Antoninę spotykałem coraz częściej. Nie umawialiśmy się nigdy i żadne z nas nie szukało pretekstu, by odwiedzić drugie, a jednak niemal każdego dnia znajdowała się chwila, kiedy nasze drogi przecinały się w sadzie, przy stajni albo na podwórzu. Czasem rozmawialiśmy zaledwie kilka minut, innym razem szliśmy aż do strugi albo siadaliśmy pod starą gruszą, której cień z każdym tygodniem stawał się gęstszy. Rozmowy nie dotyczyły już wyłącznie Wądołek. Antonina opowiadała mi o miejscach, które kiedyś widziała, o książkach, które czytała przed laty, o Warszawie, gdzie wszystko działo się szybciej niż tutaj, a ja mówiłem o Petersburgu, Wilnie i miastach, przez które przechodziłem podczas służby. Czasami spieraliśmy się o rzeczy zupełnie nieistotne, co zaczęło sprawiać mi większą przyjemność niż zgodność w sprawach ważnych.

Najbardziej zdumiewało mnie to, jak mało przypominała kobietę, którą wyobraziłem sobie przed przyjazdem. W dokumentach była żoną skazanego buntownika, osobą pozostającą w skonfiskowanym majątku do czasu ostatecznego uregulowania spraw własnościowych. W urzędowym języku można było zmieścić całe jej życie w dwóch albo trzech zdaniach. Tymczasem im dłużej ją znałem, tym bardziej absurdalne wydawało mi się przekonanie, że człowieka można opisać dokumentem. Antonina była uparta, czasem niesprawiedliwa, miała skłonność do bronienia własnego zdania jeszcze przez kilka minut po tym, gdy sama zaczynała podejrzewać, że nie ma racji, a jednocześnie potrafiła słuchać ludzi z uwagą, której nie spotykałem często wśród osób wychowanych w przekonaniu o własnej pozycji. Godlewski szanował ją nie dlatego, że była Modzelewską, lecz dlatego, że przez dwa lata nie próbowała udawać, iż wie więcej od niego.

O Jacentym mówiła rzadziej. Początkowo sądziłem, że jego nieobecność przestała mieć dla niej dawne znaczenie, lecz szybko zrozumiałem, że było odwrotnie. Nie musiała już wypowiadać jego imienia, aby był obecny. Wystarczyło, że przechodziliśmy obok starej jabłoni i mówiła, że jej mąż chciał ją kiedyś wyciąć, albo że podczas rozmowy o książkach wspominała, której nie cierpiał. Człowiek, którego nigdy nie poznałem, nadal mieszkał w Wądołkach poprzez drobne rzeczy, pozornie nieważne przyzwyczajenia i opowieści ludzi, którzy pamiętali go z czasów, gdy ja nie wiedziałem nawet, że taka miejscowość istnieje.

Z czasem przestało mnie to drażnić.

Nie byłem pewien, kiedy dokładnie nastąpiła ta zmiana. Jeszcze jesienią każdy ślad Modzelewskiego przypominał mi, że mieszkam w cudzym domu. Teraz zaczynałem rozumieć, że nie da się usunąć przeszłości tylko po to, aby obecny właściciel poczuł się swobodniej. Jeżeli Wądołki miały kiedykolwiek stać się naprawdę moim miejscem, musiałem przyjąć je wraz z pamięcią o tych, którzy byli przede mną.

Godlewski zapewne doszedł do podobnego wniosku znacznie wcześniej, bo od pewnego czasu przestał zachowywać wobec mnie dawną ceremonialną ostrożność. Nadal mówił panie Orłow i nigdy nie przekraczał granicy wynikającej z naszego położenia, lecz pozwalał sobie na coraz więcej uwag, które jeszcze rok wcześniej zapewne zachowałby dla siebie. Kiedy któregoś ranka oznajmiłem, że chciałbym sprzedać kawałek lasu przy północnej granicy, popatrzył na mnie tak długo, że zacząłem się zastanawiać, czy nie usłyszał.

– Pan Modzelewski też chciał – powiedział w końcu.

– I?

– Nie sprzedał.

– Dlaczego?

– Przekonałem go.

– A mnie pan zamierza?

Godlewski zastanowił się.

– Już zacząłem.

Ostatecznie las został.

Tak wyglądała większość naszych sporów.

Żona pisała rzadziej. Zimą listy przychodziły prawie każdego tygodnia, wiosną raz na dwa albo trzy tygodnie, a z początkiem lata pojawiła się długa przerwa. Nie martwiłem się o nią. Wiedziałem, że przebywa w Warszawie, później miała odwiedzić znajomych pod Grodnem, a być może latem wyjechać dalej. Nasze małżeństwo od dawna przypominało bardziej porozumienie dwojga ludzi przyzwyczajonych do własnej obecności niż związek wymagający codziennej bliskości. Dopóki mieszkaliśmy razem, nie zwracałem na to uwagi. Dopiero Wądołki pokazały mi, że można tęsknić nie za człowiekiem, lecz za wyobrażeniem życia, które powinno się z nim prowadzić.

Nie powiedziałbym, że tęskniłem za żoną. Było to odkrycie przykre, lecz uczciwe.

Któregoś popołudnia Antonina przyszła do dworu z Godlewskim. W księgach znajdował się zapis dotyczący granicy jednego z pól i ekonom uznał, że ona może pamiętać okoliczności dawnego sporu z sąsiadem. Rozłożyliśmy mapę na stole w gabinecie, a Antonina przez dłuższą chwilę przyglądała się liniom i oznaczeniom, po czym wskazała miejsce niedaleko strugi.

– Tutaj zawsze był kamień graniczny.

– Teraz go nie ma – powiedział Godlewski.

– Był jeszcze przed powstaniem.

– Właśnie dlatego pytam.

– Ktoś go zabrał?

– Kamienie raczej nie odchodzą same.

Spojrzała na mnie.

– W Wądołkach nie należy być niczego pewnym.

– Tego zdążyłem się nauczyć.

Godlewski wyszedł po następne papiery, a Antonina została przy mapie. Stała po drugiej stronie biurka, w tym samym miejscu, z którego zapewne wiele razy rozmawiała z mężem o tych samych polach. Przyszło mi wtedy do głowy, że jeszcze rok wcześniej jej obecność w gabinecie wprawiałaby mnie w zakłopotanie. Teraz była naturalna.

– Przyzwyczaił się pan – powiedziała.

– Do czego?

– Do Wądołek.

Rozejrzałem się po pokoju.

– Chyba tak.

– A pańska żona?

Pytanie zaskoczyło mnie, ponieważ rzadko o niej mówiła.

– Nie sądzę.

– Wróci?

– Nie wiem.

Antonina opuściła wzrok na mapę.

– Przepraszam. Nie powinnam pytać.

– Dlaczego? Ja pytam panią o męża.

– To nie to samo.

– Może bardziej podobne, niż nam się wydaje.

Spojrzała na mnie uważnie, lecz nie odpowiedziała. Ja również nie próbowałem rozwijać tej myśli, bo dopiero po wypowiedzeniu jej zrozumiałem, jak mogła zabrzmieć. Na szczęście wrócił Godlewski, przynosząc starą księgę, i przez następne pół godziny rozmawialiśmy już wyłącznie o kamieniu, który najwyraźniej rzeczywiście zniknął.

Kilka dni później po raz pierwszy od dawna przyśniła mi się twarz.

Nie cała.

Najpierw był las, lecz tym razem nie biegłem. Leżałem na ziemi i patrzyłem w górę na gałęzie poruszane wiatrem. Potem pojawił się ciężar na piersi i dłonie zaciskające się na szyi. Znałem już ten sen tak dobrze, że nawet we śnie wiedziałem, co nastąpi. Szarpnięcie, ból, brak powietrza. Moje palce szukające twarzy człowieka nade mną, rozrywana warga, krew zalewająca oko.

Tym razem jednak nie obudziłem się od razu.

Przez krótką chwilę widziałem drugie oko.

Patrzyło na mnie.

Nie było w nim nienawiści.

Był strach.

To właśnie przeraziło mnie najbardziej.

Przez wszystkie poprzednie sny człowiek był przeciwnikiem, czymś, co należało odsunąć od siebie, zanim odbierze mi życie. Teraz pierwszy raz zobaczyłem w nim kogoś, kto bał się dokładnie tak samo jak ja.

Potem błysnął łańcuszek.

Złoty.

Cienki.

Przylepiony do szyi błotem i krwią.

Palce dotknęły go przypadkiem.

Szarpnięcie.

Coś pękło.

Obudziłem się.

Siedziałem na łóżku długo, zanim odważyłem się poruszyć. Serce biło szybko, ale nie tak gwałtownie jak dawniej. Najgorsze było coś innego. Przez kilka sekund miałem pewność, że wiem, co znajdowało się na końcu łańcuszka.

Nie potrafiłem jednak tego zobaczyć.

Wstałem i zapaliłem lampę. Ból w lewej skroni powrócił, tępy, rozchodzący się aż ku oczodołowi. Przesunąłem palcami po skórze i poczułem pod nimi niewielką nierówność, starą bliznę, której przez lata prawie nie zauważałem. Nie pamiętałem chwili, w której ją otrzymałem. Lekarze mówili kiedyś o silnym uderzeniu i długiej utracie przytomności, później o gorączce, która mogła zaburzyć pamięć. Przez wiele lat wystarczało mi takie wyjaśnienie.

Teraz przestawało.

Wieczorem wyszedłem do sadu. Nie szukałem Antoniny, a przynajmniej tak sobie mówiłem. Znalazłem ją jednak pod starą gruszą. Siedziała na ławce z książką na kolanach, choć nie czytała. Kiedy podszedłem, przesunęła się trochę, zostawiając miejsce obok.

Usiadłem.

Przez chwilę żadne z nas się nie odzywało.

– Coś się stało? – zapytała w końcu.

– Dlaczego pani pyta?

– Bo od pięciu minut patrzy pan na tę samą gałąź.

Spojrzałem na drzewo.

– Może jest interesująca.

– Nie jest.

Uśmiechnąłem się słabo.

– W takim razie rzeczywiście coś musi być ze mną nie w porządku.

Nie powiedziałem jej o złotym łańcuszku ze snu. Nie powiedziałem również o twarzy człowieka ani o tym, że coraz częściej budzę się z przekonaniem, iż wspomnienie próbuje przebić się przez coś, co przez lata chroniło mnie przed nim. Nie wiedziałem jeszcze, czy mam prawo obciążać ją wojną, która już raz odebrała jej wystarczająco dużo.

– Te sny wracają? – zapytała.

Skinąłem głową.

– Są coraz wyraźniejsze.

– To źle?

– Nie wiem.

– Może pamięć próbuje coś panu powiedzieć.

– A jeśli wolałbym nie słuchać?

Antonina zamknęła książkę.

– Przez dwa lata chciałam usłyszeć wszystko. Każdą wiadomość, każdą plotkę, nawet najbardziej nieprawdopodobną. Dziś czasami myślę, że człowiek powinien uważać, czego tak bardzo chce się dowiedzieć.

Spojrzałem na nią.

– Nadal pani chce?

Nie musiałem wyjaśniać czego.

– Tak.

Odpowiedziała bez wahania.

– Nawet jeśli wiadomość będzie zła?

Tym razem milczała dłużej.

– Najgorsza wiadomość jest lepsza od życia pomiędzy dwiema prawdami.

Pomyślałem o człowieku ze snu i o złotym błysku, którego znaczenia nadal nie rozumiałem.

– Jest pani pewna?

– Nie.

Uśmiechnęła się smutno.

– Ale chciałabym być.

Siedzieliśmy jeszcze długo, rozmawiając później o rzeczach mniej ważnych. O sianokosach, o książce leżącej na jej kolanach, o tym, że Godlewski uważa tegoroczne lato za zbyt suche, choć dopiero się zaczęło. Nie wracaliśmy do snów. Byłem jej za to wdzięczny.

Lazaret wojskowy w Łomży

Z księgi wypisów, grudzień 1863 roku

Pacjent płci męskiej, lat około czterdziestu pięciu, przyjęty w stanie nieprzytomnym z raną tłuczoną lewej skroni, licznymi stłuczeniami barków i klatki piersiowej oraz otarciami twarzy.

Przytomność odzyskał po czternastu dniach. Stan ogólny uległ poprawie, jednak pamięć wydarzeń poprzedzających uraz pozostaje w znacznym stopniu zaburzona. Chory nie potrafi podać własnego nazwiska, stopnia, jednostki ani miejsca pochodzenia. Zachował jedynie fragmentaryczne wspomnienie walki z nieznanym mężczyzną: błoto, ucisk dłoni na gardle, krew oraz silne uderzenie w lewą skroń.

Personalia pacjenta ustalono na podstawie dokumentów przedstawionych przez żołnierza podającego się za jego ordynansa.

Aleksiej Fiodorowicz Orłow, pułkownik Armii Imperium Rosyjskiego.

Pacjent wypisany z zaleceniem dalszej rekonwalescencji i obserwacji lekarskiej.

Wrzesień 1866

Kufra nie otwierałem właściwie od dnia przyjazdu do Wądołek. Stał w niewielkim pokoju przylegającym do sypialni, wsunięty pod ścianę i częściowo zasłonięty fotelem, którego moja żona kazała kiedyś wynieść z salonu, lecz po kilku dniach najwyraźniej zapomniała o jego istnieniu. Przechowywałem tam rzeczy, które przez trzydzieści lat służby wędrowały ze mną z garnizonu do garnizonu, tracąc po drodze znaczenie, choć z jakiegoś powodu nigdy nie miałem odwagi ich wyrzucić. Były stare pasy od mundurów, mapy, rękawiczki, pudełko z guzikami, kilka listów, których już nie czytałem, oraz dokumenty odkładane zawsze z tym samym postanowieniem, że któregoś dnia zrobię w nich porządek.

Godlewski przypomniał mi poprzedniego wieczoru o wojskowej mapie okolicy, którą widział u mnie krótko po przyjeździe. Chciał sprawdzić przebieg dolnego pola i strugi, ponieważ po letnich deszczach wrócił do pomysłu pogłębienia rowu, o którym mówił od kilku miesięcy. Właśnie tej mapy szukałem, kiedy na samym dnie kufra natrafiłem na niewielkie drewniane pudełko. Pamiętałem je bardzo mgliście, jak przedmiot widziany kiedyś w obcym pokoju, i przez chwilę zastanawiałem się nawet, czy rzeczywiście należało do mnie.

Wieczko otworzyło się z oporem. W środku leżał sygnet, którego od wielu lat nie nosiłem, zegarek z pękniętym szkłem, kilka monet, niewielki prawosławny krzyżyk i fragment cienkiego złotego łańcuszka. Nie więcej niż kilka centymetrów, z jednej strony zakończonych regularnym ogniwem, z drugiej rozerwanych tak, jakby ktoś szarpnął za niego gwałtownie.

Wziąłem łańcuszek do ręki.

Nie wydarzyło się nic, a jednak przez krótką chwilę przestałem widzieć pokój. Przed oczami pojawiła się mokra ziemia, brudne od błota ręce i coś złotego napiętego pomiędzy dwoma ciałami. Obraz trwał krócej niż mgnienie oka. Kiedy zniknął, nadal siedziałem przy kufrze, a zza otwartego okna dochodził zwyczajny gwar podwórza, nawoływanie ludzi i uderzenia młota z kuźni.

Odłożyłem łańcuszek na kolano.

Pod pudełkiem znajdowała się cienka teczka, której również nie pamiętałem. Papier pożółkł na brzegach, a jedna z kartek nosiła pieczęć lazaretu wojskowego w Łomży. Znałem to miejsce bardziej z opowieści niż z własnej pamięci. Wiedziałem, że spędziłem tam kilka tygodni po odniesieniu rany, lecz pierwsze dni rekonwalescencji istniały dla mnie jedynie jako kilka pozbawionych związku obrazów: biała ściana, ostry zapach octu, głos lekarza mówiącego, żebym nie próbował wstawać, i ból lewej skroni tak silny, że światło zmuszało mnie do zamykania oka.

Przeczytałem zapis dwa razy.

Przyjęty w stanie nieprzytomnym. Rana lewej skroni. Liczne stłuczenia. Brak możliwości ustalenia tożsamości. Dalej znajdowała się informacja, że po odzyskaniu przytomności pacjent nie potrafił podać własnego nazwiska, stopnia ani jednostki, a dane ustalono dopiero na podstawie dokumentów przyniesionych przez żołnierza podającego się za ordynansa.

Nie pamiętałem tego człowieka.

Nie pamiętałem również, aby ktokolwiek pytał mnie wówczas o fragment łańcuszka.

Na odwrocie znalazłem kilka słów zapisanych inną ręką.

Przy rannym znaleziono fragment złotego łańcuszka, pochodzenia nieustalonego. Przedmiot pozostawiono w depozycie osobistym pacjenta.

Spojrzałem na kilka ogniw spoczywających na mojej dłoni.

Po tylu latach nie potrafiłem już powiedzieć, które wspomnienia należały naprawdę do mnie, a które zbudowałem z opowieści lekarzy, ordynansów i ludzi spotykanych później. Wiedziałem, że uczestniczyłem wtedy w działaniach przeciw oddziałom powstańczym. Wiedziałem, że odnaleziono mnie ciężko rannego. Reszta była pustym miejscem, które przez wiele lat nie wydawało mi się szczególnie ważne.

Dopiero sny zaczęły wypełniać je obrazami.

Błoto.

Dłonie na gardle.

Krew.

Człowiek nade mną.

I coraz częściej złoty błysk.

Nazajutrz powiedziałem Godlewskiemu, że jadę do Łomży.

Nie zapytał dlaczego. Obejrzał niebo, stwierdził, że pogoda powinna się utrzymać, a potem przypomniał, że we wrześniu człowiek najbardziej moknie właśnie wtedy, kiedy wyjeżdża bez płaszcza, przekonany, że deszczu nie będzie. Zabrałem więc płaszcz, choć dzień zapowiadał się pogodnie, i wyjechałem przed świtem.

Przez pierwsze kilometry próbowałem wmówić sobie, że jadę jedynie po wyjaśnienie pochodzenia łańcuszka. Był to wystarczająco rozsądny powód, żeby spędzić dzień w kancelariach i starych księgach, a przy tym znacznie łatwiejszy do przyjęcia niż myśl, że jadę szukać własnej pamięci. Im bliżej byłem Łomży, tym mniej jednak wierzyłem w to usprawiedliwienie.

Lazaret nadal działał, choć część dawnych pomieszczeń przeznaczono już do innych celów. Po kilku pytaniach skierowano mnie do niewielkiej kancelarii, gdzie przechowywano starsze księgi. Młody urzędnik początkowo usiłował przekonać mnie, że odnalezienie jednego zapisu sprzed prawie trzech lat może potrwać wiele dni, lecz moje nazwisko, stopień i widoczne zniecierpliwienie sprawiły, że czas ten skrócił się do kilku godzin.

Księgę przyniósł dopiero po południu.

Mój zapis nie zawierał niczego ponad to, co znalazłem w kufrze. Czytałem jednak każdą linijkę, jakby gdzieś pomiędzy urzędowymi sformułowaniami mogła kryć się odpowiedź, której wcześniej nikt nie zauważył.

Nie było jej.

– Czy zapisano nazwisko człowieka, który przyniósł moje dokumenty? – zapytałem.

Urzędnik wrócił do poprzedniej strony i przez chwilę wodził palcem po drobnym piśmie.

– Nie. Jest tylko wzmianka, że podał się za pańskiego ordynansa.

Nie pamiętałem go. Nie było więc kogo szukać.

Dopiero przy numerze patrolu, który przywiózł mnie do lazaretu, przyszło mi do głowy pytanie.

– Przywieźli wtedy tylko mnie?

Urzędnik spojrzał na mnie ponad księgą.

– Tego nie wiem.

– Można sprawdzić?

Westchnął, ale sięgnął po drugi tom.

Przewracał kartki powoli. Zatrzymywał palec przy kolejnych datach, porównywał numery, wracał, aż wreszcie uniósł brwi.

– Był jeszcze jeden.

Poczułem lekki ucisk w lewej skroni.

– Oficer?

– Nie.

Przesunął księgę w moją stronę.

Mężczyzna około czterdziestu kilku lat. Odzież cywilna. Brak dokumentów. Liczne obrażenia twarzy i głowy. Przywieziony bez przytomności przez ten sam patrol.

Niżej znajdowało się jeszcze jedno zdanie.

Zgon stwierdzono po przywiezieniu, przed przyjęciem na oddział.

Przeczytałem je ponownie.

Nie było nazwiska, miejsca zamieszkania ani informacji, skąd patrol zabrał rannego. Niczego, co pozwalałoby połączyć człowieka z jakąkolwiek rodziną, wsią czy oddziałem. Kilkadziesiąt lat życia zostało sprowadzonych do kilku pozycji zapisanych w rubrykach, a ostatnią z nich było jedno słowo.

Zmarł.

– Co robiono z rzeczami takich ludzi? – zapytałem.

Urzędnik wzruszył ramionami.

– Spisywano.

– A później?

– Jeśli ustalono rodzinę, wydawano. Jeśli nie, zostawały w depozycie albo trafiały do policji.

– Można sprawdzić?

Tym razem patrzył na mnie dłużej.

– Można próbować.

Próbowaliśmy przez resztę dnia.

Odsyłano mnie z jednego budynku do drugiego, z lazaretu do kancelarii policyjnej, a stamtąd ponownie do wojskowych akt. Dopiero stary pisarz, który pracował tam również w czasie powstania, przypomniał sobie księgę depozytową przechowywaną w szafie razem z dokumentami, których od lat nikt nie potrzebował.

Przy numerze odpowiadającym nieznanemu mężczyźnie zapisano kilka przedmiotów.

Skórzany mieszek, dwie monety, scyzoryk, pierścień i medalion bez łańcuszka.

Poprosiłem, żeby go odszukano.

Nie wiem, dlaczego właśnie jego.

Być może dlatego, że złote ogniwa leżały w mojej kieszeni.

Przyniesiono niewielki papierowy pakiet związany wyblakłym sznurkiem. W środku znajdował się pierścień, dwie monety i medalion. Był owalny, złoty inkrustowany niebieską emalią, w jednym miejscu lekko wgnieciony. Przy uszku pozostał ślad zerwanego ogniwa.

Wyjąłem z kieszeni fragment łańcuszka.

Pasował.

Nie potrzebowałem żadnego narzędzia ani opinii złotnika. Rozerwane części schodziły się ze sobą z dokładnością, której nie pozostawiał przypadek.

Przez chwilę tylko patrzyłem na medalion.

Potem nacisnąłem zamek.

Wewnątrz znajdowała się miniatura kobiety.

Portret był niewielki, farba wyblakła, a przez policzek biegła cienka rysa. Kobieta była młoda. Włosy miała ułożone wysoko, twarz spokojną i znacznie pogodniejszą niż ta, którą znałem. Patrzyłem na nią długo, próbując zrozumieć, skąd pamiętam te rysy.

Znałem ją?

Byłem tego pewien.

Nie potrafiłem jednak od razu powiedzieć skąd.

W pierwszej chwili pomyślałem o Petersburgu. O dawnych spotkaniach, domach, w których bywałem razem z żoną, kobietach poznanych przy okazji oficerskich kolacji i uroczystości, twarzach oglądanych kiedyś przez kilka godzin, a potem zapomnianych na lata. Próbowałem nadać portretowi nazwisko, ale każde, które przychodziło mi do głowy, wydawało się obce.

Zamknąłem medalion.

– Mogę go zabrać?

Stary pisarz pokręcił głową.

– Jeśli nie jest pański, nie mogę wydać.

– Fragment łańcuszka znaleziono przy mnie.

– To nie znaczy, że medalion należał do pana.

Miał rację.

Schowałem własny fragment do kieszeni i odłożyłem medalion na stół.

Nie powiedziałem mu, że twarz kobiety wydaje mi się znajoma.

Do Wądołek wróciłem następnego dnia.

Nie poganiałem konia. Wrześniowe słońce stało wysoko, lecz w powietrzu czuło się już chłód końca lata. Pola po żniwach były niemal puste, tylko gdzieniegdzie ludzie zbierali ostatnie snopy albo przygotowywali ziemię pod jesienne prace. Patrzyłem na znajomy krajobraz i myślałem o człowieku, który leżał obok mnie, kiedy patrol znalazł nas tamtej nocy.

Nie pamiętałem jego twarzy.

W snach zawsze zasłaniała ją krew.

Nie wiedziałem, czy to ja zadałem mu śmiertelny cios. Pamiętałem jego dłonie na swoim gardle, własne uderzenia, szarpnięcie czegoś na szyi i nagły ból rozrywający lewą skroń. Dalej była pustka.

Jednego byłem już pewien.

Człowiek ze snów istniał.

I nie przeżył tamtej nocy.

Godlewski czekał przy stajni, kiedy wjechałem na podwórze.

– Długo pana nie było.

– Musiałem zostać na noc.

Przyjrzał mi się uważnie.

– Znalazł pan to, czego szukał?

– Skąd pan wie, że czegoś szukałem?

Wzruszył ramionami.

– Człowiek, który wyjeżdża przed świtem i zapomina zabrać koszuli na zmianę, zwykle albo przed czymś ucieka, albo czegoś szuka.

W innych okolicznościach zapewne bym się uśmiechnął.

– Znalazłem.

Godlewski odczekał chwilę.

– To dobrze?

Spojrzałem na niego.

– Jeszcze nie wiem.

Nie pytał więcej.

Antoninę zobaczyłem dopiero po południu. Szła od oficyny w stronę sadu, niosąc niewielki koszyk. Była bez kapelusza, a wiatr poruszał pojedynczymi pasmami włosów przy skroniach. Zatrzymała się, gdy mnie zauważyła.

– Wrócił pan.

– Wróciłem.

– Godlewski mówił, że pojechał pan do Łomży.

– Godlewski dużo mówi.

Uśmiechnęła się.

– Tylko kiedy chce.

Pierwszy raz od poprzedniego dnia poczułem coś na kształt ulgi. Była zwyczajna rozmowa, sad, późne lato i kobieta stojąca kilka kroków ode mnie. Łomża ze swoimi księgami, nieznanym zmarłym i twarzą zamkniętą w medalionie wydawała się przez moment bardzo daleka.

– Załatwił pan swoją sprawę? – zapytała.

– Chyba tak.

– Chyba?

– Nie każda odpowiedź okazuje się pomocna.

Spojrzała na mnie uważniej, ale nie próbowała pytać dalej.

Ruszyła ścieżką.

Dopiero wtedy zobaczyłem medalion.

Wysunął się spod materiału sukni, kiedy pochyliła się, żeby poprawić uchwyt koszyka. Niewielki, owalny, złoty inkrustowany niebieską emalią. Przez sekundę pomyślałem jedynie o podobieństwie. Takie przedmioty nie były przecież rzadkością. Złotnicy powtarzali wzory, rodziny zamawiały podobne ozdoby, a dwa medaliony mogły wyglądać niemal jednakowo.

Potem Antonina dotknęła go dłonią.

– Zerwał się łańcuszek jakiś czas temu, a złotnika w Zambrowie nie ma – powiedziała, zauważywszy moje spojrzenie. – Franciszka znalazła mi inny łańcuszek.

Nie odpowiedziałem.

– Coś się stało?

– Nie.

Patrzyłem na medalion.

– Ładny.

Antonina przesunęła po nim kciukiem.

– Mamy dwa podobne.

Serce uderzyło mocniej.

– Dwa?

– Jacenty miał drugi.

Nie wiem, czy zmieniła mi się twarz. Jeśli tak, zauważyła jedynie zmęczenie po podróży.

– Dałam mu go po ślubie – mówiła dalej. – W jego był mój portret, w moim jego. Wtedy wydawało mi się to bardzo romantyczne. Później śmiałam się z tego razem z nim.

Nie słyszałem już końca zdania.

Twarz z Łomży.

Młodsza.

Włosy ułożone wysoko.

Spokojne spojrzenie.

Antonina.

Wszystko ułożyło się w jednej chwili, tak prosto, że aż trudno było uwierzyć, iż przez tyle miesięcy nie potrafiłem tego zobaczyć.

Człowiek przywieziony razem ze mną do lazaretu nosił na szyi jej portret.

Człowiek ze snów.

Człowiek, którego dłonie zaciskały się na moim gardle.

Jacenty.

Nie pamiętam, co odpowiedziałem.

Być może nic.

Antonina spojrzała na mnie.

– Aleksieju?

Pierwszy raz użyła mojego imienia bez namysłu.

– Przepraszam. Zamyśliłem się.

– Jest pan bardzo blady.

– Droga była długa.

Nie wiem, czy uwierzyła. Po chwili skinęła głową i ruszyła dalej w stronę sadu.

Stałem na ścieżce.

Mogłem ją zatrzymać.

Wystarczyłoby jedno słowo.

Wiedziałem już, kiedy zakończyło się jej czekanie. Wiedziałem, że człowiek, którego szukano w Prusach, na listach zesłańców i w cudzych opowieściach, od prawie trzech lat nie żył. Wiedziałem nawet więcej niż ona mogłaby kiedykolwiek dowiedzieć się z urzędowego pisma.

Byłem przy nim.

Być może to ja go zabiłem.

Nie zawołałem jej.

Antonina doszła do starej gruszy i zatrzymała się przy ławce. Postawiła koszyk, poprawiła suknię, po czym spojrzała na chwilę w stronę pól. Medalion błysnął na jej piersi i natychmiast zniknął w cieniu.

Pomyślałem o tym, co powiedziała mi kiedyś pod tą samą gruszą.

Najgorsza wiadomość jest lepsza od życia pomiędzy dwiema prawdami.

Wtedy uważałem, że rozumiem.

Teraz po raz pierwszy naprawdę wiedziałem, ile kosztowałoby wypowiedzenie tej prawdy.

Mógłbym jej powiedzieć, że Jacenty nie cierpi gdzieś na zesłaniu, że nie stracił pamięci, nie żyje pod cudzym nazwiskiem i nie wróci któregoś dnia drogą od Zambrowa. Mógłbym zakończyć dwa lata oczekiwania i pozwolić jej wreszcie opłakiwać męża.

Musiałbym jednak powiedzieć również, skąd wiem.

Nie potrafiłem oddzielić jednej prawdy od drugiej.

Próbowałem przekonać siebie, że milczę dla niej. Że nie ma grobu, nad którym mogłaby zapalić świecę, nie ma ciała, które można sprowadzić do Wądołek, a wiadomość o ostatnich chwilach Jacentego nie odda jej niczego poza nowym obrazem, z którym musiałaby żyć do końca swoich dni.

Nie byłem jednak pewien, czy właśnie dlatego milczę.

Być może po prostu bałem się jej spojrzenia.

Antonina podniosła koszyk i ruszyła dalej.

Nie odwróciła się.

Tego wieczoru długo siedziałem w gabinecie. Księgi majątku leżały zamknięte, a na biurku trzymałem jedynie fragment złotego łańcuszka. Dopiero teraz wiedziałem, skąd się wziął. Nadal nie pamiętałem chwili, w której pękł, lecz nie musiałem już jej widzieć, aby zrozumieć.

Dłonie na gardle.

Krew.

Złoty błysk.

Uderzenie.

Potem pustka.

Schowałem łańcuszek do drewnianego pudełka.

Przez kilka chwil trzymałem jeszcze dłoń na wieczku, jakbym wraz z nim mógł zamknąć wszystko, czego dowiedziałem się w Łomży.

Nie mogłem.

Tajemnica nie zniknęła.

Zmieniła tylko człowieka, który musiał ją nosić.

Tej nocy po raz pierwszy od wielu miesięcy nie śniłem o tamtym lesie.

Nie było już czego sobie przypominać.

Październik 1866

Do mecenasa Mikołaja Wysockiego w Łomży

Szanowny Panie,

proszę o przygotowanie wszelkich dokumentów koniecznych do sprzedaży należącego do mnie majątku ziemskiego Wądołki wraz z zabudowaniami dworskimi i folwarcznymi, inwentarzem oraz przynależnymi gruntami.

Proszę w pierwszej kolejności przedstawić obecnemu ekonomowi majątku, panu Godlewskiemu, propozycję jego nabycia. Cenę proszę ustalić w wysokości możliwej do przyjęcia przez niego bez konieczności zaciągania zobowiązań, których spłata mogłaby zagrozić dalszemu funkcjonowaniu gospodarstwa. Ewentualnej różnicy pomiędzy ceną sprzedaży a oszacowaną wartością dóbr nie będę dochodził.

Warunkiem sprzedaży pozostaje zapewnienie pani Antoninie Modzelewskiej dożywotniego i nieodpłatnego prawa zamieszkiwania w oficynie wraz z prawem korzystania z ogrodu oraz świadczeń dotychczas zapewnianych jej przez majątek. Prawo to powinno zostać odpowiednio zabezpieczone w sporządzonych dokumentach i nie może zostać zniesione wskutek późniejszej sprzedaży, dzierżawy ani podziału dóbr.

Proszę również, aby wszelkie formalności przeprowadzić bez mojego osobistego udziału, o ile obowiązujące przepisy na to pozwalają. Stosowne pełnomocnictwo pozostawiam wraz z niniejszym pismem.

Nie zachodzi potrzeba informowania pani Modzelewskiej o powodach mojej decyzji.

Aleksiej Fiodorowicz Orłow

Wyjechałem z Wądołek trzy dni później, jeszcze przed świtem.

Nie zabierałem wiele. Dwa kufry, kilka książek, mundur, którego od dawna nie wkładałem, i drewniane pudełko schowane pomiędzy rzeczami tak, żeby nie otworzyło się podczas drogi. Fragment złotego łańcuszka pozostał w środku. Przez chwilę, kiedy zamykałem kufer, pomyślałem, że powinienem go wyrzucić albo pozostawić gdzieś w Łomży razem z przedmiotami człowieka, do którego należał medalion, lecz ostatecznie nie zrobiłem ani jednego, ani drugiego.

Godlewski czekał przed stajnią, choć nie mówiłem mu, o której zamierzam wyjechać. Musiał usłyszeć przygotowywany powóz albo, co bardziej prawdopodobne, wiedział o wszystkim od chwili, gdy poprzedniego dnia poleciłem zaprząc konie na rano. Stał z czapką w dłoni, patrząc najpierw na kufry, później na mnie, i nie pytał, dokąd jadę. W ciągu ostatniego roku nauczyłem się, że jego milczenie rzadko oznacza brak ciekawości. Najczęściej było tylko sposobem okazywania człowiekowi szacunku.

– Dokumenty przyjdą z Łomży – powiedziałem.

Zmarszczył brwi.

– Jakie dokumenty?

– Mecenas Wysocki wszystko panu wyjaśni.

Popatrzył na mnie jeszcze chwilę, lecz nie zadawał następnych pytań. Być może uznał, że i tak nie odpowiem, a być może coś przeczuwał. W końcu wyciągnął rękę.

Uścisnąłem ją.

– Niech pan pilnuje dolnego pola – powiedziałem. – Jeżeli znów podejdzie woda, będziecie mieli ten sam problem na wiosnę.

Godlewski prychnął cicho.

– Mówiłem panu od początku, że rów trzeba pogłębić.

– Wiem.

– Dopiero teraz pan przyznaje?

– Niech pan tego nie wykorzystuje.

Pierwszy raz tego ranka się uśmiechnął.

Nie poszedłem do oficyny.

W jednym z okien paliło się jeszcze światło, choć nie wiedziałem, czy Antonina już wstała, czy może Franciszka jak zwykle rozpoczęła dzień wcześniej od wszystkich. Przez chwilę patrzyłem w tamtą stronę, stojąc obok powozu. Mógłbym przejść kilkadziesiąt kroków, zapukać i powiedzieć, że wyjeżdżam. Nie musiałbym tłumaczyć niczego więcej.

Nie zrobiłem tego.

Pożegnanie domaga się czasem odpowiedzi, a ja nie chciałem pozostawiać po sobie kolejnego pytania.

Wsiadłem do powozu.

Kiedy ruszyliśmy, dwór pozostawał jeszcze pogrążony w półmroku. Minęliśmy stare lipy, stajnię i drogę prowadzącą ku oficynie, później sad, którego drzewa traciły ostatnie liście. Przy zakręcie obejrzałem się po raz pierwszy.

I ostatni.

Nie widziałem Antoniny.

Być może spała. Być może stała przy oknie. Być może dopiero kilka godzin później Godlewski powiedział jej, że wyjechałem.

Nie chciałem wiedzieć.

Wądołki znikały powoli za drzewami, aż został tylko dach dworu, potem komin, a w końcu również on rozpłynął się w porannej mgle.

Przez kilka miesięcy próbowałem zrozumieć, czy ten dom naprawdę do mnie należy.

Odpowiedź przyszła dopiero wtedy, kiedy z niego wyjeżdżałem.

Nie należał.

Od autora

Historia opowiedziana w Milczeniu jest fikcją literacką osadzoną w realiach lat następujących po powstaniu styczniowym. Jej bohaterowie, ich losy, listy, dokumenty oraz zapisy z lazaretu powstały na potrzeby tej opowieści, a ewentualne podobieństwo do rzeczywistych osób i ich historii jest przypadkowe.

Prawdziwe pozostają miejsca, epoka i wydarzenia, które odcisnęły swoje piętno na życiu tysięcy ludzi. Reszta należy do opowieści.

Skryba zapisał dla Ciebie blisko 100 stron i bardzo się cieszy, że dotarłeś aż tutaj. To dla autora najlepszy znak, że warto było spędzić nad nimi tyle czasu. Jeśli masz ochotę podziękować za wspólną wędrówkę i dać mu mały impuls do napisania kolejnej, możesz postawić Skrybie symboliczną kawę. Będzie mu po prostu miło.

☕ Postaw Skrybie kawę

2 odpowiedzi na “Milczenie”

  1. Awatar Renata
    Renata

    Nie mogłam przestać czytać.
    Nie mogłam przerwać na chwilę.
    Dzięki Skrybie wróciły czasy, kiedy powieść pochłaniała mnie bez reszty.
    Dziękuję Skrybo.
    Dzięki Tobie znowu poczułam się młoda

    1. Awatar Skryba

      Takie słowa są dla mnie największą nagrodą. Dziękuję Renato

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *