Marionetka

Z notatek Skryby

Isola Madre

Dziś kolejna wyspa do zwiedzania, kolejny pałac i kolejny ogród. Dobrze przynajmniej, że wszystko będę miał w pigułce, bo sam ranek musiałem rozpocząć od garści swoich pigułek, żeby w ogóle jako tako funkcjonować. Człowiek dochodzi w życiu do takiego wieku, kiedy przed wyruszeniem na spotkanie z historią najpierw musi odbyć krótkie spotkanie ze współczesną farmacją. Wysypałem tabletki na dłoń prosto z małego pudełka, do którego przygotowałem je jeszcze przed wyjazdem. Pewnie i wam w takich sytuacjach zdarza się, że któraś z pigułek upadnie na podłogę. Nawet nie musiałem głęboko szukać, leżała tuż przy łóżku. Połknąłem pozostałe i schyliłem się po tę, która mi upadła. Lekko żółtawa? Uznałem jednak, że o szóstej rano człowiekowi wszystko może wyglądać trochę inaczej, popiłem ją wodą i przestałem się nad tym zastanawiać. Po śniadaniu wziąłem aparat, przewiesiłem plecak przez ramię i ruszyłem udawać przed światem, że nadal jestem tym samym człowiekiem, który jeszcze całkiem niedawno potrafił przejechać rowerem pół Podlasia, a napotkane schody pokonywał po dwa, czasem po trzy stopnie naraz.

Isola Madre wyłoniła się przed nami skąpana w zieleni. Wodna taksówka sunęła spokojnie po Lago Maggiore i przez kilka minut można było zapomnieć o pałacach, rodach, datach i całej historii, która czekała już na brzegu, gotowa zaatakować nas kolejną porcją wiedzy. Patrzyłem na wodę, na góry zamykające jezioro i coraz bliższą wyspę, myśląc, że do pięknych miejsc człowiek powinien częściej docierać właśnie w ten sposób. Powoli, bez parkingów, klaksonów i nerwowego spoglądania na zegarek, bo wtedy sama droga staje się częścią spotkania z miejscem. Wcześniej rower, teraz wodna taksówka. Spokojnie, bez pośpiechu.

Na przystani sielanka się skończyła. Grupa ruszyła, a ja razem z nią, tyle że zdecydowanie bardziej statecznie. Krok za krokiem, stopień za stopniem, z coraz większym przekonaniem, że moje kolana zawarły jakiś tajny sojusz przeciwko dalszemu zwiedzaniu Italii. Jeszcze nie tak dawno schody pokonywałem niemal biegiem, dzisiaj zamykałem pochód i coraz częściej zauważałem, że grupa gdzieś przede mną staje. Początkowo łudziłem się, że wszyscy tak bardzo zachwycają się widokami, później dotarło do mnie, że po prostu czekają na Skrybę.

W uchu miałem szczekaczkę, jak na własny użytek nazwałem urządzenie rozdane nam przez pilotkę. Dzięki niemu można było pozostawać kilkadziesiąt metrów za grupą, a mimo to nie stracić ani jednej informacji o rodzie Boromeuszy. Kolejne imiona, nazwiska, małżeństwa, pokolenia, przebudowy i wydarzenia płynęły mi prosto do ucha z godną podziwu regularnością. Słuchałem początkowo uważnie, później już nieco mniej, aż wreszcie pogodziłem się z tym, że któryś Boromeusz pomylił mi się z innym Boromeuszem, a po chwili obaj z trzecim. Pilotka wiedziała jednak swoje i niestrudzenie prowadziła nas przez historię rodziny, opowiadając o życiu na wyspach, balach, gościach i przedstawieniach urządzanych dla domowników.

Pałac wciągał nas w kolejne pomieszczenia, a ja coraz bardziej zostawałem w tyle. Nie przeszkadzało mi to specjalnie. Lubię oglądać miejsca po swojemu, zatrzymać się przy rzeczy, której inni poświęcają kilka sekund, czasami spojrzeć przez okno zamiast na wiszący obok niego obraz. Historia zamknięta w datach szybko ulatuje mi z głowy, natomiast skrzypiąca podłoga, stary fotel albo światło wpadające do pokoju potrafią zostać w pamięci na lata.

W pewnej chwili w słuchawce pojawiła się opowieść o teatrze, przedstawieniach, dekoracjach, mechanizmach i pokaźnej kolekcji marionetek zgromadzonych w pałacu. Kiedy wszedłem do pomieszczenia, zrozumiałem, że określenie pokaźna nie było przesadą. Było ich mnóstwo, pięknych, zabawnych, a czasem niepokojących, choć trudno byłoby powiedzieć, dlaczego. Bogato ubrane damy sąsiadowały z pastereczkami, żołnierzami i postaciami jakby żywcem wyjętymi z bajek. Byli zakonnicy, błazny, dostojnicy i kaci, całe ludzkie społeczeństwo pomniejszone do rozmiarów pozwalających zamknąć je w teatrzyku.

Robiłem kolejne zdjęcia. Cała scena, fragment dekoracji, twarz którejś z lalek, misternie wykonany kostium, aż w końcu zatrzymał mnie niewielki flecista trzymający przy ustach maleńki srebrny flet. Nie wiem, dlaczego akurat on przyciągnął moją uwagę. Może przez instrument, może przez sposób ułożenia dłoni, a może dlatego, że spośród całego tłumu nieruchomych aktorów wydał mi się najbardziej żywy. Podniosłem aparat, ustawiłem kadr i nacisnąłem spust do połowy, lecz zamiast flecisty aparat uparcie ustawiał ostrość gdzieś głębiej. Opuściłem go, sprawdziłem ustawienia i spróbowałem ponownie, ale punkt ostrości znowu uciekł za flecistę.

– No przecież stoisz przede mną. Czego jeszcze chcesz?

Aparat najwyraźniej chciał czegoś innego. Przesunąłem kadr odrobinę w bok i dopiero wtedy ją zauważyłem. Miała jasne włosy, nie żółte jak u dziecięcej lalki, lecz blond, z delikatnymi ciemniejszymi pasmami, jakby ktoś zadał sobie trud namalowania każdego z osobna. Suknia podkreślała talię, dłonie były drobne, palce niezwykle smukłe, a twórca marionetki musiał znać kobiece ciało nie tylko z rysunków. Wszystko miało właściwe proporcje, od ramion i szyi po lekko pochyloną głowę. Ktoś nie próbował stworzyć zabawki. Stworzył małą, piękną kobietę.

Najbardziej niezwykłe były oczy. Zielone to zbyt mało powiedziane. Miały głęboki kolor szmaragdów oglądanych pod światło, a maleńkie punkty odbicia sprawiały, że wydawały się wilgotne. Opuściłem aparat i spojrzałem na nią bezpośrednio, chcąc sprawdzić, czy szkło obiektywu nie dodaje jej urody. Nie dodawało. Ależ ty jesteś piękna, pomyślałem i ponownie przyłożyłem aparat do oka.

Tym razem ostrość pojawiła się natychmiast. Patrzyłem w jej oczy i przez moment miałem dziwne wrażenie, że nie zaglądam już przez wizjer aparatu, lecz przez niewielkie okno. Wtedy lalka mrugnęła. Opuściłem aparat tak gwałtownie, że uderzył mnie w pierś, ale marionetka stała dokładnie tak jak wcześniej, z lekko pochyloną głową i nieruchomymi szmaragdowymi oczami. Rozejrzałem się po sali, jakby obecność drugiego człowieka mogła potwierdzić albo unieważnić to, co właśnie zobaczyłem. Nikogo nie było, grupa przeszła już do następnego pomieszczenia, chociaż w słuchawce nadal słyszałem głos pilotki.

Pokręciłem głową. Całe dnie na słońcu, niewyspanie, zmęczenie, wiek? Człowiek po sześćdziesiątce ma do wyboru tyle racjonalnych wyjaśnień własnych dziwactw, że naprawdę nie musi od razu wierzyć w mrugające marionetki. Podniosłem aparat jeszcze raz, zdecydowany zrobić zdjęcie i dogonić grupę. Tym razem jednak, kiedy chciałem go opuścić, dłonie nie zareagowały.

Początkowo pomyślałem, że zdrętwiały mi palce. Od kilku minut trzymałem aparat przy oku, ramiona już wcześniej dawały o sobie znać, więc nie było w tym niczego szczególnie niepokojącego. Spróbowałem poruszyć jedną ręką, potem drugą, lecz nie czułem ani aparatu, ani jego ciężaru, ani paska, który jeszcze przed chwilą wrzynał mi się w kark. Kiedy chciałem opuścić głowę i spojrzeć na dłonie, również ona nie zareagowała.

Dopiero wtedy pojawił się niepokój, tym większy, że jednocześnie zniknęły wszystkie dolegliwości, na które jeszcze przed chwilą narzekałem. Nie bolały mnie kolana, ramiona ani plecy. Nie czułem ciężaru plecaka ani własnych stóp. Ciało, które przez cały ranek tak natarczywie przypominało mi o swoim istnieniu, nagle gdzieś przepadło, pozostawiając mi jedynie wzrok, słuch i świadomość.

Głos pilotki także zniknął. Zamiast niego usłyszałem rozmowy, śmiech, brzęk szkła i szelest ciężkich tkanin. Przede mną przesunęła się suknia, właściwie cała ściana materiału, której dolna krawędź znajdowała się niemal na wysokości moich oczu. Za kobietą pojawił się mężczyzna w ciemnym stroju, potem następny. Rozmawiali, śmiali się, unosili kieliszki, a ich głosy brzmiały głęboko, jakby dochodziły spod sklepienia ogromnej sali. Światło także było inne, ciepłe i niespokojne, drgające na twarzach i odbijające się w szkle. Dopiero po chwili zrozumiałem, że patrzę na świece.

Spróbowałem cofnąć się, lecz moje ciało nie wykonało żadnego ruchu. Wtedy poczułem nad głową delikatne napięcie, jakby ktoś pociągnął mnie ku górze, i moja prawa ręka uniosła się sama. Nie czułem tego ruchu, widziałem jedynie jego skutek. Po lewej stronie stał znajomy flecista ze srebrnym instrumentem przy ustach, ale już nie przede mną, jak jeszcze przed chwilą.

Stał obok.

Zrozumienie przychodziło powoli i broniłem się przed nim tak długo, jak mogłem. Widziałem, słyszałem i myślałem, ale nie mogłem zrobić niczego sam. Kiedy ponownie napięły się sznurki, moja ręka uniosła się w geście, którego nie zamierzałem wykonać. Przede mną siedzieli ogromni ludzie, flecista znajdował się obok, a gdzieś poza polem mojego widzenia musiała stać blondwłosa piękność. Nie oglądałem teatrzyku Boromeuszy. Byłem w nim.

Przedstawienie trwało może kilkanaście minut, może godzinę. Poruszano mną, odwracano, unosiłem ręce i kłaniałem się publiczności, nie czując żadnego z tych gestów. Najgorsza nie była jednak utrata ciała, lecz świadomość, że gdzieś ponad sceną istnieje ktoś, kto decyduje o każdym moim ruchu. Kiedy chciał, żebym się ukłonił, kłaniałem się. Kiedy chciał, żebym zastygł, zamierałem.

Po przedstawieniu kurtyna się zasunęła. Goście opuszczali salę, śmiechy i rozmowy cichły, aż w końcu zostało tylko kilka płomieni kładących na ścianach długie cienie. Wtedy usłyszałem szepty. Początkowo sądziłem, że ktoś pozostał w sali, ale głosy dochodziły zbyt blisko, jeden od strony flecisty, następny zza moich pleców, kolejny z prawej. Nie rozumiałem słów. Brzmiało to raczej jak wiadomość przekazywana od jednej marionetki do drugiej przez całą pogrążoną w półmroku scenę.

Po chwili szepty ucichły i flecista zaczął grać. Kilka cichych nut powtarzało się niczym kołysanka zapamiętana z dzieciństwa, której melodii człowiek już nie zna, ale ciało rozpoznaje ją wcześniej niż pamięć. W świecie, w którym sam byłem marionetką, pytanie, czy inna marionetka może grać na srebrnym flecie, nie wydawało się już szczególnie rozsądne. Światło jednej ze świec przesunęło się głębiej na scenę i wtedy zobaczyłem blondwłosą piękność. Wyglądała inaczej niż wcześniej. Włosy straciły złocisty połysk, policzki pobladły, a szmaragdowe oczy stały się matowe. Nadal była piękna, lecz było to piękno starego obrazu, z którego czas powoli wyjada kolory.

Usłyszałem kobiece kroki. Młoda kobieta w jasnej nocnej sukni weszła za kulisy i zatrzymała się przy scenie. Jej dłoń pojawiła się ponad naszymi głowami, ogromna z mojej perspektywy, przesunęła się nad dekoracjami i delikatnie objęła blondwłosą marionetkę w talii.

– Moja śliczna.

Przycisnęła ją do piersi. Nie było błysku ani żadnego cudu, jakimi wyobraźnia lubi zastępować rzeczy niewytłumaczalne. Włosy lalki po prostu zaczęły odzyskiwać połysk, na policzki wrócił delikatny rumieniec, usta nabrały koloru, a zieleń oczu ponownie stała się głęboka i czysta. Jednocześnie twarz kobiety bladła. Jej ramiona opadły, oddech stał się cięższy, aż w końcu musiała oprzeć dłoń o dekorację, żeby nie upaść.

– Isabello?

Głos dobiegł od drzwi. Kobieta drgnęła, odłożyła marionetkę na miejsce z taką ostrożnością, jakby kładła do snu dziecko, poprawiła jej suknię i przez chwilę trzymała palce na maleńkiej dłoni.

– Już idę.

Odeszła powoli. Flecista nie zaczął ponownie grać, marionetki także nie szeptały, a blondwłosa piękność lśniła w świetle dogasającej świecy tak doskonała, że gdybym był malarzem, miał pędzel i talent, zapewne chciałbym przelać jej urok na płótno.

Później wszystko zniknęło. Kiedy ponownie zobaczyłem salę, na korytarzach panował pośpiech. Ktoś wołał lekarza, służba biegała pomiędzy pokojami, a dwie kobiety zatrzymały się nieopodal teatru. Jedna mówiła, że jeszcze poprzedniego wieczoru Isabella śmiała się przy kolacji, druga uciszała ją, dodając, że lekarz kazał wezwać księdza. Słuchałem ich i przypominałem sobie bladą twarz kobiety, która nocą przyciskała do piersi marionetkę.

Później czas przestał być czasem. Widziałem Isabellę ponownie, lecz zdrową, rumianą i roześmianą. Stała wśród gości obok mężczyzny, który musiał być Teodorem, i tylko on nie potrafił podzielić jej radości. Patrzył na scenę, na blondwłosą lalkę, która znowu była matowa i wyblakła. Potem spoglądał na żonę i znowu na marionetkę, aż w jego twarzy pojawiło się coś, co znałem bardzo dobrze, bo sam czułem to jeszcze niedawno. Nie wierzył temu, co widział, ale już się bał.

Kiedy następnym razem świat wrócił, Isabella leżała na szezlongu ustawionym przed sceną. Była blada i nieruchoma, a Teodoro klęczał przy niej, trzymając jej dłoń. Lekarz próbował go powstrzymać, tłumacząc, że przedstawienie nie może uzdrowić chorej kobiety, lecz Teodoro nie chciał już słuchać rozsądku.

– Poprzednio pomogło.

– To nie było przedstawienie.

– A pańskie lekarstwa pomagają?

Lekarz nie odpowiedział. Teodoro wstał, spojrzał na scenę i powiedział tylko:

– Zagrajcie.

Nad moją głową napięły się sznurki. Flecista przyłożył srebrny instrument do ust, blondwłosa piękność wyszła na środek i rozpoczęła taniec. Tym razem wiedziałem już, na co patrzeć. Z każdym jej obrotem policzki Isabelli nabierały koloru, oddech stawał się spokojniejszy, aż wreszcie poruszyła dłonią i otworzyła oczy. Jednocześnie twarz marionetki matowiała. Teodoro płakał, a ja zrozumiałem coś, czego wcześniej nie dostrzegałem. Nie miało znaczenia, czy wierzył w to, co widzi, ani czy rozumiał, jaką cenę może przyjść zapłacić. Kochał tę kobietę i właśnie zobaczył ją wracającą do życia. Człowiek potrafi bardzo długo bać się cudu, dopóki cud nie ocali kogoś, kogo kocha. Wiedziałem, że jeśli Isabella ponownie zacznie umierać, Teodoro znowu każe nam zagrać.

Nie wiem, ile czasu później zobaczyłem go samego przed sceną. Nie wyglądał już jak człowiek, który znalazł sposób na uratowanie żony. Patrzył na blondwłosą marionetkę długo, aż wreszcie wyciągnął ku niej rękę, lecz zatrzymał palce kilka centymetrów od jej twarzy.

– Oddaj mi ją.

Nie wiedziałem, do kogo mówił. Do lalki, do Boga, do samego siebie, może do czegoś, czego nie potrafił nazwać.

– Oddaj mi moją żonę.

Marionetka nie odpowiedziała. Była przecież tylko lalką. Teodoro jeszcze przez chwilę trzymał rękę wyciągniętą w jej stronę, po czym powoli ją cofnął.

Kiedy zobaczyłem ich ponownie, Isabella wyglądała na zdrową. Miała rumieńce, oczy błyszczały, a w ruchach było więcej siły niż wcześniej, lecz Teodoro trzymał ją mocno za ramię. Przy drzwiach czekali służący.

– Nie pojadę.

– Pojedziesz.

– Nie możesz mnie zmusić.

– Mogę.

Spojrzała na niego z niedowierzaniem.

– Jestem twoją żoną.

– Właśnie dlatego cię stąd zabieram.

Próbowała wyrwać rękę, lecz nie puścił. Po raz pierwszy zobaczyłem w niej gniew, nie strach człowieka przeczuwającego śmierć ani bezradność chorej kobiety, lecz czystą wściekłość kogoś, komu odbiera się rzecz niezbędną.

– Muszę zostać.

– Nie.

– Wieczorem jest przedstawienie.

Teodoro pobladł.

– Nie będzie żadnego przedstawienia.

Isabella przestała się szarpać i spojrzała na scenę. Nie na nas wszystkich, tylko na blondwłosą piękność. Przez chwilę miałem przed sobą dużą kobietę i jej maleńkie, doskonałe odbicie. Jedna była żywa, druga martwa, chociaż po wszystkim, co widziałem, nie potrafiłbym już powiedzieć, której z nich bardziej pasowało każde z tych określeń.

– Ona mnie potrzebuje.

Teodoro także spojrzał na marionetkę.

– Nie. To ty potrzebujesz jej.

Isabella uśmiechnęła się. Nie był to uśmiech chorej kobiety ani osoby przyłapanej na czymś wstydliwym. Było w nim coś spokojnego, niemal pobłażliwego.

– Jeszcze nie rozumiesz.

Teodoro dał znak służącym. Wyprowadzili ją bez krzyku i szarpaniny, a kiedy przechodziła przez drzwi, odwróciła tylko głowę i patrzyła na blondwłosą marionetkę aż do chwili, gdy zniknęła za framugą. Tej nocy flecista nie zagrał, marionetki także milczały, a blondwłosa piękność czekała.

Nie wiem, ile czasu minęło, zanim przez salę przeszły dwie kobiety. Jedna płakała, druga obejmowała ją ramieniem. Nie zatrzymały się przy teatrze, ale usłyszałem kilka słów, z których zrozumiałem wszystko, co było potrzebne. Isabella umarła w Mediolanie. Teodoro był przy niej do końca.

Widziałem przez ten dziwny czas jego miłość zamieniającą się w nadzieję, nadzieję w rozpacz, a rozpacz w strach. Nie wiedziałem, czy przedstawienia przedłużały Isabelli życie, czy właśnie je odbierały. Nie wiedziałem nawet, czy marionetka cokolwiek jej zabierała, czy tylko przyjmowała to, co kobieta sama gotowa była oddać.

Obok mnie rozległ się cichy szelest sukni. Blondwłosa piękność stała tam, gdzie pozostawiono ją po ostatnim przedstawieniu, lecz jej głowa była teraz lekko zwrócona w moją stronę. Nie widziałem, żeby się poruszyła. Nie potrafiłbym nawet powiedzieć, kiedy to zrobiła, a jednak patrzyła prosto na mnie. Jej oczy znowu miały głęboki kolor szmaragdów. Nie było w nich ani smutku po Isabelli, ani radości, ani tego martwego spokoju, którego spodziewamy się po kawałku drewna i porcelany. Patrzyłem w nie długo i nagle przyszło mi do głowy coś znacznie bardziej niepokojącego niż wszystkie wydarzenia, których byłem świadkiem. Ona wiedziała, że tu jestem. I chyba wiedziała to od samego początku.

W tej samej chwili ktoś uderzył mnie w plecy. Nie był to mocny cios, raczej przypadkowe potrącenie, ale wystarczyło, żebym stracił równowagę. Teatrzyk przechylił się gwałtownie, sznurki zniknęły, a ja runąłem na kolana. Poczułem ból tak prawdziwy i dotkliwy, że zakląłem pod nosem. Przez kilka sekund klęczałem na posadzce z aparatem zwisającym na pasku i dłonią opartą o podłogę, nie bardzo rozumiejąc, gdzie właściwie jestem.

Ludzie znowu mieli normalny wzrost. W słuchawce odezwał się monotonny głos pilotki, która opowiadała o kolejnym pomieszczeniu, jakby absolutnie nic się nie wydarzyło. Grupa znajdowała się kilkanaście metrów dalej, a ktoś obejrzał się nawet w moją stronę, zapewne sprawdzając, czy Skryba znowu gdzieś nie przepadł.

Nade mną pochyliła się starsza kobieta. Mówiła szybko, chyba po włosku, i choć nie rozumiałem słów, w jej głosie wyraźnie słyszałem troskę. Wyciągnęła rękę, pomogła mi się podnieść, a potem jeszcze przez chwilę przytrzymywała mnie za łokieć, jakby nie była pewna, czy ponownie nie upadnę. Podziękowałem mieszaniną angielskiego, polskiego i gestów, którą podczas podróży człowiek zaczyna uważać za pełnoprawny język międzynarodowy.

Kobieta uśmiechnęła się i dopiero wtedy spojrzałem jej w oczy. Były zielone, ale nie po prostu zielone. Głębokie, czyste, niemal świetliste. Szmaragdowe. Chciałem przyjrzeć się jej dokładniej, może nawet zadać jakieś zupełnie niedorzeczne pytanie, lecz skinęła tylko głową i odeszła. Patrzyłem za nią, dopóki nie zniknęła za drzwiami, a później odwróciłem się ku teatrzykowi.

Blondwłosa lalka stała dokładnie tam, gdzie wcześniej. Flecista nadal trzymał przy ustach maleńki srebrny instrument. Wszystko było nieruchome, zakurzone i martwe, tak zwyczajne, jak tylko zwyczajna może być kolekcja starych marionetek w muzealnym pomieszczeniu. Dogoniłem grupę. Nikt nie zapytał, gdzie byłem, nikt nie powiedział, że czekali na mnie godzinę, dzień albo tydzień. Zerknąłem na zegarek. Od chwili, kiedy próbowałem sfotografować flecistę, minęło zaledwie kilka minut. Za to kolano bolało jak diabli.

Do hotelu wróciliśmy wieczorem. Byłem zmęczony bardziej niż zwykle, co natychmiast wykorzystałem jako argument przemawiający na korzyść zdrowego rozsądku. Człowiek niewyspany, obolały, łykający kilka różnych tabletek i chodzący cały dzień po schodach może przecież zasłabnąć, przysnąć na stojąco albo doznać chwilowego zaburzenia świadomości. Nie trzeba od razu przyjmować, że spędził tygodnie czy miesiące w ciele marionetki należącej do Boromeuszy.

Wysypałem lekarstwa na stolik, przygotowując porcję na następny dzień. Jedna tabletka na to, druga na tamto, kolejna, żeby człowiek mógł bez większych protestów własnego organizmu nadal udawać turystę. Przeliczyłem je odruchowo i wtedy coś mi się nie zgadzało. Zajrzałem do pudełka, później pod stolik, bardziej z przyzwyczajenia niż z rzeczywistej potrzeby szukania czegokolwiek, i przy samej listwie podłogowej zobaczyłem małą białą tabletkę.

Schyliłem się i podniosłem ją. Rozpoznałem od razu, bo brałem ten lek każdego ranka od wystarczająco dawna, żeby nie pomylić jego kształtu z żadnym innym. Przez chwilę stałem z tabletką na otwartej dłoni, a potem spojrzałem w stronę łóżka. Przypomniałem sobie poranek, rozsypane lekarstwa i tę jedną pigułkę, która potoczyła się na podłogę. Schyliłem się wtedy po nią niemal bez patrzenia, zauważyłem tylko, że była lekko żółtawa, i uznałem, że o szóstej rano nawet własne lekarstwa mogą człowiekowi wyglądać trochę inaczej.

Tyle że moja tabletka leżała teraz na dłoni.

Usiadłem na brzegu łóżka i jeszcze raz odtworzyłem w pamięci tamtą chwilę. Wysypałem lekarstwa, jedna tabletka upadła, znalazłem coś przy łóżku, podniosłem i połknąłem. Wszystko się zgadzało z wyjątkiem jednego drobiazgu. Najwyraźniej nie podniosłem tego, co mi upadło.

Spojrzałem na podłogę, jakbym spodziewał się znaleźć tam odpowiedź. Mogła to być tabletka pozostawiona przez poprzedniego gościa, jakiś suplement, witamina, cokolwiek. W hotelowym pokoju znajdowano zapewne rzeczy znacznie dziwniejsze niż pojedyncza pigułka wsunięta pod łóżko. Być może właśnie połknięcie nieznanego specyfiku, zmęczenie i całodzienne słońce wystarczyły, żeby mój mózg urządził mi prywatne przedstawienie z Isabellą, Teodorem, flecistą i piękną marionetką o szmaragdowych oczach.

Ta możliwość spodobała mi się najbardziej. Była zwyczajna, rozsądna i nie wymagała uwierzenia w ani jedną rzecz, którą widziałem na Isola Madre. Odłożyłem znalezioną tabletkę do pudełka, zgasiłem światło i położyłem się spać, postanawiając, że rano będę już tylko rozsądnym turystą. Przed zaśnięciem pomyślałem jeszcze o starszej kobiecie, która pomogła mi wstać z posadzki, i o jej oczach, których kolor zdecydowanie zbyt dobrze pamiętałem.

Zasnąłem szybko, lecz po jakimś czasie obudził mnie szelest papieru. Nie otworzyłem oczu, bo już je miałem otwarte. Nie mogłem również poruszyć ręką ani nogą, ale tym razem nie potrzebowałem wielu sekund, żeby zrozumieć, co się stało. Czułem zapach starego drewna, tkaniny i kurzu, a nad sobą widziałem twarz człowieka pochylonego nad wielkim kartonowym pudłem.

Leżałem w nim razem z flecistą, błaznem, żołnierzem, pastereczką i kilkoma innymi marionetkami, które ktoś układał jedną przy drugiej, przekładając ich ciała miękkim materiałem. Blondwłosej piękności nie widziałem. Nie mogłem poruszyć głową, więc pozostał mi jedynie niewielki fragment świata ponad krawędzią kartonu.

Był dzień. Pomiędzy drzewami błyszczało jezioro, a nieco dalej zgromadzili się ludzie. Krzesła ustawiono w równych rzędach, pojawiły się kwiaty, jasne stroje i muzyka. Mężczyźni mieli współczesne garnitury, ktoś unosił telefon, robiąc zdjęcie, a panna młoda śmiała się, poprawiając włosy. Patrzyłem na ślub i nie wiedziałem tylko, czy oglądam coś, co już się wydarzyło, czy coś, co dopiero miało się wydarzyć.

Po ceremonii nowożeńcy ruszyli w stronę przystani, gdzie przy pomoście czekała już łódź. Wtedy pomiędzy drzewami pojawiła się starsza kobieta niosąca przed sobą duże pudło. Zatrzymała młodą parę i powiedziała coś, czego z wnętrza kartonu nie mogłem usłyszeć. Panna młoda roześmiała się, a potem objęła kobietę i pocałowała ją w policzek, jakby prezent był czymś szczególnie miłym albo od dawna oczekiwanym. Pan młody przejął pudło, podziękował i ruszył za żoną ku łodzi.

Starsza pani została na brzegu. Patrzyła za nimi przez chwilę, spokojna i najwyraźniej zadowolona, a później poprawiła włosy i odwróciła się w stronę drzew. Zrobiła kilka kroków, lecz nagle zatrzymała się i spojrzała za siebie. Nie na nowożeńców. Patrzyła w stronę pudła.

Nie mogła mnie widzieć. Leżałem na jego dnie, przykryty częściowo strojem błazna, z flecistą przyciśniętym do mojego ramienia. Dzieliło nas kilkanaście metrów, a mimo to wiedziałem, że patrzy właśnie na mnie. Poznałem szmaragdowe oczy, zanim jeszcze na jej twarzy pojawił się ten sam łagodny uśmiech, który widziałem na Isola Madre, kiedy pomagała mi podnieść się z posadzki. Skinęła mi głową.

Ktoś zaczął opuszczać wieko. W ostatniej szczelinie światła zobaczyłem jasne włosy blondwłosej piękności, którą ułożono tuż obok mnie. Jej twarz była doskonała, policzki miały delikatny rumieniec, a szmaragdowe oczy lśniły tak żywo, jakby właśnie obudziła się z bardzo długiego snu. Przez moment wydawało mi się nawet, że patrzy na oddalającą się kobietę, ale wieko opadło i zamknęło nas w ciemności.

Słyszałem jeszcze kroki, plusk wody i przytłumione głosy dochodzące znad jeziora. Potem wszystko ucichło. Leżałem nieruchomo, zastanawiając się, czy za chwilę obudzę się w hotelowym łóżku, kiedy tuż przy moim uchu rozległ się cichy kobiecy głos.

– Jedziemy.

Jeśli dotarłeś do końca mojego opowiadania, to już wielki plus dla mnie jako autora. Jeśli postawisz mi kawę, potraktuję ją nie tylko jako podziękowanie za wspólnie spędzony czas, ale również jako mały impuls, że warto pisać dalej, bo gdzieś po drugiej stronie ekranu ktoś czeka na następne opowiadanie.

☕ Postaw kawę Skrybie

10 odpowiedzi na “Marionetka”

  1. Awatar Frania
    Frania

    Niesamowite!!!!więcej nie trzeba mówić

    1. Awatar Skryba

      Dziękuję za miłe słowa

  2. Awatar Ada
    Ada

    Zrobiłeś mi dzień.
    Dziękuję👍👏👏👏

  3. Awatar Krystyna
    Krystyna

    No i mam myślenie na wieczór…. Dziękuję 😀

    1. Awatar Skryba

      oj tam, oj tam. Ja sądziłem, że na dłużej niż na wieczór 😀

  4. Awatar Justyna
    Justyna

    Co dalej? Czy skryba wrócił? Przeszył mnie szmaragdowy dreszcz

    1. Awatar Skryba

      pożyjemy, zobaczymy…ale jak to w universum Revenant…coś wraca, ale co…tego nikt nie jest pewien.

  5. Awatar Barbara
    Barbara

    Już sam początek rozbudził moją ciekawość- ta żółta tabletka….oho ! pomyślałam ,będzie się działo :)Nie do końca wiedziałam co jest prawdą a co fikcją .. a może całość to fikcja 😉 Tajemnicza, zagadkowa , poruszająca wyobraźnię- taka jaką lubię. 🙂 Brawo 👏

    1. Awatar Skryba

      przez wrodzoną skromność, nie powiem, co było fikcją a co realem 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *