
*IKIRU
Siedzę w samochodzie pod blokiem i nie mam siły wysiąść. Silnik już dawno zgasł, radio umilkło, telefon co chwilę brzęczy jakimś powiadomieniem z fejsa czy messengera, a ja patrzę przed siebie i widzę tylko własne odbicie w szybie. Śmieszne, człowiek całe życie boi się wielkich katastrof, wypadków, pożarów, wojny, a potem słyszy kilka spokojnie wypowiedzianych słów w małym gabinecie i wszystko kończy się bez huku. Po prostu pęka. Jakby ktoś nagle walnął go z kopa w głowę.
Ciężka choroba. Jeszcze nie śmierć, ale jej zapowiedź, jej cień. To nie wyrok ostateczny, ale już wystarczający, by mój świat nagle zmienił smak i kolor. Jeszcze rano myślałem o racie kredytu, o tym, że trzeba wymienić opony, że żona znowu mówiła, bym poszedł z tym kaszlem do lekarza, że syn od tygodnia prosi o pomoc przy czymś tam do szkoły, a córka obrażona chodzi po domu i trzaska drzwiami, bo ma piętnaście lat i cały świat ją drażni. Rano byłem mężem, ojcem, facetem, który ma do zapłacenia rachunki, który miał oddzwonić do klienta, kupić chleb, wymienić żarówkę w przedpokoju. Jeszcze rano byłem zajęty drobiazgami, które udają życie. A teraz siedzę i myślę o tym, ile kosztuje cierpienie. Nie w pieniądzach. W spojrzeniach. W czasie. W upokorzeniu. W tym wszystkim, co spada na rodzinę razem z chorobą, choć nikt o to nie prosił.
Najgorsze nie jest nawet to, że mogę umrzeć. Najgorsze jest to, że mogę nie umrzeć od razu. Mogę trwać. Mogę wisieć między życiem a śmiercią miesiącami, może latami. Na lekach, na kroplówkach, na podkładach, w pampersie, na cudzej cierpliwości. Mogę stać się jednym z tych ludzi, których odwozi się do miejsc pachnących środkami dezynfekcyjnymi, chłodną zupą i rezygnacją. Do umieralni, choć przecież nikt już tak tego nie nazywa. Hospicjum. Ośrodek. Zakład opiekuńczo-leczniczy. Ładne słowa, miękkie, obłudne, jakby od samego nazwania miało być mniej strasznie. A przecież pod spodem kryje się to samo. Łóżko przy oknie albo bez okna. Kubek z imieniem zapisanym markerem. Bransoletka na ręce. Numer sali. Pozycja w grafiku. Człowiek, który całe życie chciał być kimś, a na końcu staje się miejscem zajętym na jakiś czas, do zwolnienia, do odhaczenia.
I jeszcze ta myśl najbardziej podła, najbardziej wstydliwa. Że będę blokował miejsce komuś innemu. Komuś, kto może bardziej chce żyć. Komuś, kogo rodzina bardziej kocha, lepiej to znosi, częściej odwiedza. Komuś, kto walczy. Będę wpisem na liście, ciężarem w systemie, problemem logistycznym. Pacjent wymaga tyle i tyle opieki. Pacjent nie współpracuje. Pacjent ma dziś gorszy dzień. Pacjent dziś nie jadł. Nie człowiek. Nie ja. Nie Tadeusz, nie Krzysztof. Pacjent. Jak pakunek, jak rzecz, którą trzeba przestawić, przewrócić na drugi bok, odnotować w rubryce. Jak rzecz, którą trzeba przewrócić na drugi bok, żeby nie dostała odleżyn.
Bo ja się nie boję tylko śmierci. Ja boję się utraty godności, zwykłego człowieczeństwa. Tego, że któregoś dnia ktoś obcy będzie mnie rozbierał, mył, podcierał, podnosił, poprawiał poduszkę, mówił do mnie tym spokojnym, wyćwiczonym głosem, w którym nie ma już człowieka, jest tylko procedura. Boję się, że żona przyjdzie w odwiedziny i będzie udawała, że wszystko jest normalne, a ja będę widział, że szuka we mnie resztek dawnego mnie i nie znajduje. Boję się, że dzieci będą zwlekać z przyjazdem, bo mają swoje życie, swoje sprawy, swój lęk, i ja nawet nie będę mógł ich za to winić. Boję się, że któregoś dnia sam zacznę prosić, żeby już nie przychodzili, bo łatwiej znieść samotność niż litość.
Najprościej byłoby wejść na górę, zdjąć buty w przedpokoju, pocałować żonę w policzek i powiedzieć. Tak po prostu. Usiądź, muszę ci coś powiedzieć. Pewnie najpierw by nie zrozumiała. Potem zaczęłaby zadawać pytania. Coraz dokładniejsze, coraz bolesne. Jaki stopień, jakie rokowania, gdzie leczenie, do kogo dzwonić, kto jest najlepszy, ile to będzie kosztowało, kiedy pierwsza wizyta. Już ją widzę. Jeszcze zanim zdążyłaby się rozpłakać, zaczęłaby walczyć. Wyszukiwałaby lekarzy, kliniki, terapie, fora, historie ludzi, którzy mieli gorzej, a jednak żyją. Nie spałaby po nocach. Patrzyłaby na mnie nie jak na męża, tylko jak na zadanie do uratowania. Jak na człowieka, którego trzeba wyrwać śmierci choćby paznokciami.
I może właśnie tego się boję najbardziej. Nie bólu. Nie nawet samego umierania. Tylko tego jej spojrzenia, w którym pojawi się przerażenie, obowiązek, nadzieja na ratunek, a pod spodem rozpacz, której nie będzie umiała przede mną ukryć. Bo ja ją znam. Ona nie umie odpuszczać. Nawet kiedy życie mówi dość, ona odpowiada jeszcze nie. Kiedy świat się wali, ona łapie za szczotkę i zaczyna zamiatać gruz, choćby ręce miały jej krwawić. I właśnie dlatego nie wiem, czy mam prawo jej to zrobić. Zamienić jej życie w niekończący się dyżur. W czekanie na wyniki. W czytanie forów po nocach. W rozpoznawanie z tonu mojego oddechu, z dźwięku mojego głosu, czy dziś boli bardziej, czy mniej.
Czy mam prawo wciągać ją w to bagno? W tę wędrówkę od badania do badania, od kolejnej dobrej wiadomości, która okaże się wcale nie taka dobra, do następnej nocy, kiedy będzie płakała po cichu w łazience, myśląc, że śpię?
A może powinienem powiedzieć najpierw przyjacielowi. Jemu jednemu. Usiąść z nim gdzieś z boku, na ławce, w jego gabinecie przy kawie, byle nie patrzeć sobie prosto w oczy. Powiedzieć spokojnie, rzeczowo, jakby to chodziło o kogoś obcego. Słuchaj, jest źle ze mną. I zobaczyć, co odpowie człowiek, który zna mnie od wielu lat, który pamięta mnie jeszcze z czasów, gdy wierzyliśmy, że czterdziestka to starość, a śmierć zdarza się tylko w cudzych rodzinach. Może odruchowo powiedziałby to, co mówi większość z nas, gdy słyszymy od kogoś podobną wiadomość.
Dasz radę. Będzie dobrze. Medycyna poszła do przodu. Nie takie rzeczy ludzie przechodzili. Jakby życie było konkursem siły woli.
A może on powiedziałby coś, czego sam nie umiem sobie powiedzieć. Może spojrzałby na mnie bez litości, bez tego rodzinnego drżenia ust, tylko po męsku, twardo, uczciwie. Może kazałby mi przestać udawać bohatera. A może przeciwnie. Może poklepałby mnie po ramieniu i zaczął mówić o godności, o tym, że człowiek nie powinien gnić miesiącami pod kroplówkami, przewracany na bok jak toboł, karmiony nadzieją na raty. Żebym wziął ten ostatni raz własne życie w swoje ręce.
Bym godnie odszedł.
Właśnie. Godność. Jakie to piękne słowo, dopóki nie trzeba go naprawdę dotknąć. Łatwo mówić o honorowym wyjściu, kiedy jest się zdrowym, kiedy ciało działa, kiedy ręce się nie trzęsą, kiedy można patrzeć na cierpienie jak na pojęcie, nie jak na własną przyszłość. Tylko czym ono właściwie jest, to honorowe, godne wyjście? Czy odwagą? Czy tchórzostwem przebranym za elegancję? Czy ostatnią próbą zachowania kontroli nad czymś, co i tak już wymknęło się z rąk?
A może nie powinienem mówić nikomu. Może właśnie teraz jest ten moment, kiedy trzeba pomyśleć o wyjściu, póki jeszcze jestem sobą. Póki chodzę. Póki pamiętam własny adres. Póki pamiętam imiona najbliższych. Póki nie trzeba mnie karmić ani podcierać. Póki mogę jeszcze zamknąć za sobą drzwi, zamiast czekać, aż ktoś inny zrobi to za mnie. Ta myśl przyszła szybko, zbyt szybko, aż się jej przestraszyłem. Bo może to faktycznie tchórzostwo, a nie gest odwagi. Może nie honor, tylko paniczna ucieczka przed upokorzeniem. Przed tym, że świat zobaczy mnie słabego, śmierdzącego kałem i lekami, zależnego od czyjejś łaski.
Skąd ten wstyd? Skąd ta odraza do własnej przyszłej słabości? I wtedy, jak na złość, wraca ojciec.
Nie chcę o nim myśleć, a jednak wraca. Leżał latami i cierpiał. Najpierw jeszcze chodził, potem już coraz mniej, potem tylko z pomocą, w końcu wcale. Jego ciało gasło kawałek po kawałku, a razem z nim gasł dom. Wszystko zaczęło kręcić się wokół godzin leków, wizyt, badań, pampersów, kaszlu w nocy, jęku, którego nie dało się nie słyszeć nawet przez ścianę. Pamiętam, jak mnie to drażniło. Jak wracałem po pracy zmęczony, a on znowu czegoś potrzebował. Nie słowami, a wzrokiem. Patrzył na szklankę stojącą pół metra za daleko i już wiedziałem, że mam wstać. Jak patrzyłem na niego i myślałem z okrucieństwem, którego wtedy nawet nie umiałem nazwać, że sam sobie na to zapracował. Że gdyby inaczej żył, gdyby mniej pił, mniej palił, bardziej o siebie dbał, może nie skończyłby w ten sposób. Że to wszystko jest rachunkiem, który wystawił mu własny tryb życia.
Nigdy mu tego nie powiedziałem wprost, ale myślałem. Myślałem i to wystarczyło, żeby dziś paliło mnie ze wstydu. Bo teraz, kiedy sam siedzę w tym samochodzie z wyrokiem schowanym w teczce, nagle rozumiem, jak bardzo byłem podły i małostkowy. Jak łatwo jest osądzać cudze cierpienie, dopóki nie ma ono twojego imienia. Ojciec nie był wtedy dla mnie człowiekiem w strachu. Był problemem. Ciężarem. Kimś, kto zabierał matce siły, zabierał miejsce, czas, pieniądze, uwagę. I chyba właśnie dlatego tak panicznie boję się dziś własnej choroby. Bo boję się, że stanę się dla swoich tym, czym on stał się dla mnie. Nie ojcem, nie mężem, nie kimś bliskim, tylko długim, męczącym obowiązkiem.
Może dlatego słowo hospicjum brzmi dla mnie jak ostateczna kara. Nie za chorobę. Za brak serca. Jakby życie mówiło: teraz popatrz z drugiej strony. Teraz ty będziesz leżał i czekał, aż komuś skończy się zmiana. Teraz ty będziesz słyszał cudze kroki na korytarzu i zgadywał, czy idą do ciebie. Teraz ty będziesz widział w oczach odwiedzających zmęczenie, choć będą się uśmiechać. Teraz ty będziesz wiedział, jak smakuje zależność. I może właśnie to jest najgorsze. Nie ból. Nie śmierć. Kara pamięci.
Bo ojciec, choć tak cierpiał, chyba do końca chciał żyć. Wściekał się, marudził, bywał nieznośny, ale trzymał się życia rękami i resztką sił. A ja tego wtedy nie szanowałem. Wydawało mi się to brzydkie, żałosne, egoistyczne wręcz. Dziś nie jestem już taki pewien. Może to nie była żałosność, tylko rozpacz człowieka, który nie chciał zniknąć. Który jeszcze czegoś się trzymał, choć wszystko mu odbierano po kolei. Może za jego marudzeniem krył się zwykły ludzki strach. Taki sam jak mój dzisiaj. Strach nie przed końcem, tylko przed drogą do końca.
Bo przecież prawda jest bardziej wstydliwa niż wszystkie wielkie słowa. Nie chcę cierpieć. Nie chcę być zdany na innych. Nie chcę, by moje dzieci pamiętały mnie jako cień człowieka, smród gnijącego ciała, kubeczki leków, bezsilność, nocne jęki za ścianą. Nie chcę, by żona, by ktokolwiek mył mnie jak dziecko. Nie chcę, by w domu zapanowała cisza nie z miłości, lecz ze zmęczenia.
Nie chcę być ciężarem. To zdanie wraca do mnie jak refren. Nie chcę być ciężarem. Ciągle do tego wracam. Ciągle.
Tylko że zaraz potem przychodzi druga myśl, jeszcze bardziej bolesna. A kim ja właściwie jestem, by decydować za nich, czy jestem ciężarem? Może miłość właśnie po to istnieje, żeby czasem wspólnie nieść ciężar. Może przez całe życie źle rozumiałem swoją rolę. Myślałem, że mam być tym, który zarabia, naprawia, organizuje, przywozi, załatwia, znosi zakupy, odkręca słoiki, płaci rachunki, milczy, kiedy trzeba, i czasem rzuci żartem przy stole. Może wydawało mi się, że to właśnie znaczy być potrzebnym. A jeśli człowiek jest potrzebny także wtedy, gdy słabnie? Gdy nie daje nic poza własną obecnością, kruchą i niedoskonałą?
I co ja mam z tym zrobić? Wejść na górę i powiedzieć żonie, że być może czeka ją właśnie to wszystko, od czego chciałbym ją ochronić? Że może kiedyś będzie podpisywała dokumenty do jakiegoś ośrodka, wybierała pościel, pakowała mi piżamę i szczoteczkę do zębów, jakbym jechał na wczasy, choć oboje będziemy wiedzieli, że to nie żadne wczasy, tylko poczekalnia? Że może będzie musiała podjąć decyzje, których nikt nie powinien podejmować za kogoś bliskiego? A może mam ją okłamać, oszczędzić, udawać, że wszystko jest pod kontrolą, aż będzie za późno na jakąkolwiek prawdę?
Wiem tylko, że nie chcę skończyć jak numer. Nie chcę, żeby moje życie zostało sprowadzone do tabelki, stanu ogólnego i zapotrzebowania na opiekę.
Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Wiem tylko, że nagle całe moje życie zaczęło wyglądać jak poczekalnia. Tyle lat odkładałem rzeczy na potem. Potem odpocznę. Potem pojadę. Potem porozmawiam z synem jak z mężczyzną, a nie jak z chłopakiem, którego ciągle się poprawia. Potem przytulę córkę, nawet jeśli przewróci oczami. Potem zabiorę żonę gdzieś dalej niż do marketu i do rodziny na święta. Potem nauczę się żyć trochę mniej byle jak. I teraz słyszę, że tego potem może być bardzo mało. Albo może nie być wcale.
Może więc pytanie nie brzmi, komu powiedzieć. Może pytanie brzmi, czy chcę jeszcze przez chwilę naprawdę istnieć, zamiast tylko zarządzać swoim końcem. Bo można przecież umrzeć dużo wcześniej, niż ciało się podda. Można zamknąć się w sobie, przybrać maskę na twarz, udawać spokój, wszystko zaplanować, żeby nikomu nie przeszkodzić, i zniknąć jeszcze za życia. Elegancko. Dyskretnie. Bez kłopotu. Tylko czy to jeszcze będzie godność, czy już tylko ucieczka?
Widzę światła w naszym mieszkaniu. Pewnie Beata robi kolację. Pewnie myśli, że znowu siedzę po pracy lub przeglądam filmiki na komórce bez sensu, żeby nie wracać do codzienności. Może stawia talerze na stole, może nalewa zupę. Gdybym teraz wszedł, wszystko jeszcze przez kilka minut byłoby normalne. Zupa. Pytanie, czy kupiłem chleb. Jakieś narzekanie na ceny, na szkołę, na sąsiadów. Ostatnie minuty starego świata. A potem jedno zdanie rozbije ten dom na kawałki.
Może jednak trzeba rozbić. Może prawda, nawet najgorsza, jest uczciwsza niż samotne bohaterstwo, a może po prostu tchórzostwo, w samochodzie pod blokiem. Może żona ma prawo się bać. Może przyjaciel ma prawo wiedzieć. Może dzieci, choć jeszcze nie od razu, też mają prawo do ojca prawdziwego, a nie do roli, którą odgrywał. Może ciężar, którego tak się boję, jest po prostu inną formą bliskości. Tą najtrudniejszą, bez upiększeń.
A może wcale nie jestem jeszcze na końcu. Może dopiero teraz pierwszy raz od dawna stoję przed czymś prawdziwym. Bez wymówek. Bez odkładania. Bez udawania, że życie będzie czekało, aż łaskawie znajdę dla niego czas.
Boję się. Boję się potwornie. Nie cierpienia nawet, tylko tego, że kiedy spojrzę jej w oczy i powiem prawdę, zobaczę, ile byłem wart dla drugiego człowieka. I że nie będę już mógł schować się za pracą, zmęczeniem, obowiązkami. Zostanie tylko to, czy potrafię przyjąć miłość wtedy, gdy sam nie mam już czym imponować.
Chyba właśnie to jest najtrudniejsze.
Nie umierać.
Tylko pozwolić sobie nie być silnym.
Co wybrać?
*Ikiru — japońskie słowo oznaczające żyć, rozumiane tu nie jako samo trwanie, lecz jako próba odnalezienia sensu i godności w obliczu choroby, lęku i zbliżającego się końca.
Jeśli dotarłeś do końca mojego opowiadania, to już wielki plus dla mnie jako autora. Jeśli postawisz mi kawę, potraktuję ją nie tylko jako podziękowanie za wspólnie spędzony czas, ale również jako mały impuls, że warto pisać dalej, bo gdzieś po drugiej stronie ekranu ktoś czeka na następne opowiadanie.
Dodaj komentarz